Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budka Suflera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budka Suflera. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2025

Z wilczego notatnika #1

W poprzednich latach były sobie tygodnie, ale z racji częstotliwości pojawiania się tekstów trochę mi się ten pomysł rozjechał i zaczął mijać z celem. Od tego roku spróbuję czegoś innego. Nowy minicykl "Z wilczego notatnika" będzie nieregularnym zbiorczym wpisem zawierającym krótsze, luźne myśli związane z muzyką lub popkulturą, które wpierw będą pojawiać się na facebooku, iksie, motylku i okazjonalnie także na moim prywatnym instasiu*, nie będące recenzjami, ani artykułami "promocyjnymi" lub innego rodzaju wpisami nie pasującymi do regularnych kategorii. W rozwinięciu pierwsza część wpisów "Z wilczego notatnika"!

wtorek, 22 listopada 2022

Tydzień 14 - 20.11.2022: Różności #2


 

Miało być więcej, a wyszło jak zwykle, czyli kolejny tydzień za nami. Nie oznacza to jednak, że nic się nie działo. Praca wre głównie na innych frontach, bo przygotowuję nowego Wilka Kulturalnego czyli magazynowy spon-off LU prawie na papierze, który (być może) ukaże się jeszcze w listopadzie, a przynajmniej taki jest plan. Nie obyło się bez nowych ogłoszeń - ostatniego w tym roku Muzycznego Tartaku w gdańskiej klubokawiarni Tartaczna 2 w ramach którego zagra akustycznie (!) grupa Czechoslovakia oraz jeszcze jednego patronatu w ramach współpracy z Prog Rock Metal Promotion, które wyda reedycję materiałów kaliskiej legendy death metalu Cinis. Ponadto wskoczył jeden pełny tekst o najnowszej płycie Budki Suflera, który naprawdę planowałem na krótszy, ale się rozpisałem. Wszystkie znajdziecie także poniżej.

czwartek, 24 grudnia 2020

Podsumowanie roku 2020 według redaktora naczelnego Część I: Polska


 

Koniec tego okropnego dla nas wszystkich roku wreszcie nadszedł. Nie było koncertów, a przynajmniej nie takie jakie byśmy chcieli, żeby były. Wiele z nich przeszło nam koło nosa, choć może jeszcze odbędą się w przyszłym roku. Mijający właśnie pandemiczny rok nie okazał się jednak wcale taki zły jeśli chodzi o ilość płyt i dobrej muzyki. Czas na podsumowanie, choć pojawienie się tego wcale nie oznacza, że w nowym roku nie będzie płyt z 2020 - kupka wstydu bynajmniej się nie zmniejszyła, a pośród niej wciąż czekają ciekawe płyty o których napiszemy. 

Moje podsumowanie postanowiłem rozbić na dwie odsłony - część pierwsza będzie obejmowała najlepsze płyty polskie, a część druga najlepsze zagraniczne i nadzieje na przyszły rok, którego tym razem nie będziemy nazywać. Upragnione zmiany w tym, który wkrótce będziemy mieli za sobą nie nadeszły lub zakończyły się w przedbiegach. Co zaś się tyczy muzyki to w tej polskiej było sporo zaskoczeń, powrotów i fantastycznych dźwięków do których z całą pewnością będę wracał. 

czwartek, 22 lutego 2018

Dice - Nowy Świt (2018)


Niewiele jest takich zespołów z którymi w jakiś sposób związanym jest się od niemal samego początku, obserwuje jak się zmieniają, jak dojrzewają. Jednym z takich zespołów, które napisały do mnie na początku całej przygody z LupusUnleashed, a dokładniej gdzieś pod koniec roku nazwanego przez nas dwa tysiące dźwięcznym, była grupa Dice pochodząca ze Stargardu Szczecińskiego, która wówczas debiutowała albumem "Stara historia" Później przypomnieli o sobie w dwa tysiące pięknistym krążkiem "Paradice" i w końcu atakują po raz trzeci, najnowszym patronackim albumem zatytułowanym "Nowy Świt". Co słychać u chłopaków lubiącymi rzucać kostkami do gry?

piątek, 22 grudnia 2017

Muzyczna Biblioteka: Jarosław Sawic - Budka Suflera: Memu miastu na do widzenia (2017)

Miałem osiem lat kiedy usłyszałem "Takie tango" Budki Suflera z przełomowej dla nich pod względem sukcesu finansowego i komercyjnego płyty "Nic nie boli tak jak życie". Do dziś mam działającą i wciąż czasami puszczaną kasetę magnetofonową z pierwszego tłoczenia z opisywaną w biografii nieszczęsną piramidką i hasłem "zawiera przebój Jeden raz". W moim domu zawsze słuchało się dobrej muzyki od klasyki przez blues, jazz i na rocku kończąc, więc już wtedy znałem Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath czy Milesa Davisa, ale pierwszą absolutną miłością była właśnie Budka Suflera i wspomniany album. Mogłem jej słuchać na okrągło, a wszystkie teksty znam na pamięć. Z czasem zacząłem poznawać wcześniejsze dokonania lubelskiego zespołu i choć wielka miłość i fascynacja przeszła mi w końcu na rzecz zupełnie innego i ambitniejszego grania, to ogromny sentyment pozostał. Dwadzieścia lat później ukazuje się oficjalna, monumentalna biografia zespołu który zakręcił w głowie małego Krzysia, który wówczas nawet do końca nie zdawał sobie sprawy o czym tak naprawdę śpiewa jego imiennik - Cugowski. Trudno więc się dziwić, że czytając tę książkę znów poczułem się jak ten mały chłopiec zafascynowany Budką Suflera.
 
 

Jarosław Sawic wykonał bowiem pracę wręcz tytaniczną, zbierając czterdziestoletnią, a właściwie czterdziestopięcioletnią historię Budki Suflera od epoki jurajskiej, aż po wielki finał gdzie Budka zatoczyła pełne koło. Książka bowiem do najkrótszych nie należy i łącznie można znaleźć w niej 768 stron. Oczywiście końcowe kilkanaście stron to podziękowania, spis treści, indeks, bibliografia i dodatek o fanach (moim zdaniem zbędny, nic nie wnoszący i z przypadkowo ustawionymi zdjęciami nie mającymi pokrycia z notkami), ale i tak jest to liczba pokaźna i robiąca wrażenie. Rzadko można trafić na tak obszerną pozycję o jakimkolwiek zespole czy artyście. Znakomicie została w niej pomyślana struktura o wyraźnym podziale na trzy główne i kilka pobocznych części, które wzajemnie się ze sobą uzupełniały i rozbudowywały poszczególne wątki. Trzy główne części zostały wyszczególnione w podtytule biografii (Muzyka/Miasto/Ludzie), a niektóre stanowią ich wariację lub całkiem odrębny podrozdział i tak w książce znalazło się miejsce na „Za miastem” , trzy częściowy Bridge, intro, intermedium i outro, rozdział zatytułowany „Requiem – Czas Ołowiu”, „Dżingiel – Twoje Radio”, a także obszerny rozdział poświęcony okresie wokalistek lubelskiej formacji. Warto zauważyć, że Intro i Outro dodatkowo jest spięte klamrą tytularną, czyli tytułem jednego z utworów Budki, a mianowicie „Memu miastu na do widzenia”, który znalazł się również w tytule książki. A do tego jeszcze dochodzi wstęp Piotra Metza, który również „występuje” w późniejszej części biografii.

Narracja jest prowadzona w przejrzysty, często dowcipny i pikantny, ale w ściśle określony sposób. Komentarz autorski jest obficie zestawiany z wypowiedziami muzyków zespołu i osób związanych przez lata z grupą. Z własnych opinii Jarosław Sawic korzysta w niej rzadko i tylko w kilku miejscach, choć niektóre porównania wydawały mi się dość górnolotne. Dobrze książce zrobiło skupienie się nie tylko na muzyce i ludziach, którzy tworzyli Budkę na przestrzeni lat, ale także na mieście Lublin z pominięciem aspektów politycznych (za wyjątkiem okresu stanu wojennego) czy intymnych sfer życia bohaterów biografii. Wspomniana klamrowość to świetne otwarcie okresem prehistorycznym, później podsumowanym składanką „Underground” i płynnym przejściem do Budki Suflera „nowożytnej”, a następnie już w ostatnim rozdziale, opisując ostatnie dziesięć lat zespołu od chwili rozstania z Markiem Raduli i Mieczysławem Jureckim aż do zakończenia działalności. Ów ostatni rozdział, choć nie tak precyzyjny i rozbudowany jak wcześniejsze, nie traci jednak nic ze swojego impetu, jakim charakteryzuje się styl Sawica, choć jest już łagodniejszy, wyraźnie zmierzający do zakończenia, które nie jest zrobione po łebkacha kończy się dokładnie tam, gdzie kończyła kariera wielkiego, bo takim z całą pewnością była Budka Suflera, zespołu, czyli na ostatnich koncertach z „Cieniem Wielkiej Góry”.

Bardzo obszernie Sawic w swojej książce opisuje najtrudniejsze momenty w historii zespołu, czyli erę Romualda Czystawa, Felicjana Andrzejczaka, wokalistek oraz powrotu Krzysztofa Cugowskiego w drugiej połowie lat 80., amerykańskiej emigracji i wreszcie drogi ku wielkiemu powrotowi na początku lat 90. Nie żałuje się anegdot, szczegółowych opisów powstawania płyt z Czystawem, którym obok pierwszych dwóch albumów poświęca się najwięcej miejsca. Nie zapomniał nawet o często pomijanym (długo nawet przez samą Budkę) krążku napisanym do gotowych tekstów związku z projektem w ramach olimpiady w Moskwie, czyli „Na brzegu światła”. Sporo miejsca poświęca się też płytom z wokalistkami i samym paniom, czyli Annie Jantar, która nie zdążyła nagrać z Budką pełnej płyty, a następnie wyboistej współpracy z Izabelą Trojanowską i czterem albumom zrealizowanym z Urszulą. Najgorzej moim zdaniem, choć nie pod względem treści, wypada część o latach 80. w chwili powrotu Cugowskiego. Dwa moim zdaniem najsłabsze, choć oczywiście intrygujące, albumy, czyli „Czas czekania, czas olśnienia” i „Ratujmy, co się da” są opisywane jako znakomite płyty, a z kolei o surowym i jednym z moich ulubionych „Giganci tańczą” wspomina się wręcz zdawkowo i z poczucia obowiązku, na podobnej zasadzie jak wspomniano o „Na brzegu światła” (pierwszym z Czystawem, o czym się często już nie pamięta). Mnóstwo ciekawych informacji pojawia się w partiach poświęconych płytom „Cisza” i „Noc” (tu ponownie zarzut personalnych wycieczek o tym jak bardzo nieudany to album, także ze strony muzyków), wreszcie wielkiemu sukcesowi „Nic nie boli tak jak życie”, powolnemu rozpadowi bodaj najmocniejszego składu w historii grupy i okresie schyłku rozpisanym wokół ostatnich dziesięciu lat Suflerów.

Rozdziały o muzyce świetnie łączą się z kolei z rozdziałami poświęconym konkretnym osobom, począwszy od najważniejszych muzyków zespołu z wszystkich inkarnacji, przez tekściarzy (Sikorski i Mogielnicki dostali nawet osobne), aż na ekipie technicznej kończąc (zarówno tej od strony wytwórni New Abra, jak i w części wspominkowej o zmarłych, między innymi o Skurze czy Broniszu). Te zaś kapitalnie uzupełniają się opowieściom o Lublinie czy to o knajpach, które już nie istnieją, sporcie, albo miejscach magicznych, kolejnym zagranicznym wyprawom Budki Suflera (z dramatyczną historią koncertu w Carnegie Hall na czele). Sporo miejsca poświęca się też okładkom i oprawie teledysków zespołu z lat 90. (bardzo ciekawy osobny rozdział). Całość zaś jest okraszana mnóstwem zdjęć z różnych lat i okresów działalności. Fantastyczny jest choćby fotoreportaż z pożegnalnego koncertu w Lublinie znajdująca się na końcu książki z podpisami będącymi cytatami z utworu, a jakże, „Memu miastu na do widzenia” (w pełnej wersji!). Cytaty z poszczególnych utworów zresztą odgrywają dużą rolę w książce, będąc myślami przewodnimi dla poszczególnych rozdziałów, za wyjątkiem tych o ludziach, sporadycznie pojawiających się także w samych rozdziałach. Z cytatów będących wypowiedziami korzysta się jeszcze częściej i to one stanowią trzon książki, co sprawia, że razem z płynną narracją Sawica ma się niemal wrażenie oglądania filmu czy też może raczej „kalejdoskopu zdarzeń” o Budce Suflera.

Monumentalna biografia zespołu, jaką napisał Jarosław Sawic, to pozycja porażająca swoim ogromem i zaangażowaniem. Jest w niej kilka fragmentów, o których chciałoby się przeczytać więcej, brakuje rozdziału o Janiszewskim, który nie chciał się wypowiedzieć na potrzeby książki, brakuje wypowiedzi Urszuli w rozdziale o niej (niestety również odmówiła wypowiedzi), ale chyba mało który zespół może się poszczycić tak grubą i rzetelną pracą. Można ją czytać od deski do deski, delektować się poszczególnymi rozdziałami lub epokami, lub skakać tylko po określonych kluczach, przede wszystkim jednak trzeba ją czytać z akompaniamentem poszczególnych albumów i to nawet tych najsłabszych i już nieco zapomnianych wydawnictwach z wokalistkami czy płyt koncertowych. Wreszcie, to książka, która bardzo skrupulatnie i dokładnie stara się opisać fenomen lubelskiego zespołu, z dużą dozą wyczucia i budowania napięcia, a także odpowiednim tonem w każdej z partii i dostosowanym do wypowiedzi muzyków, dziennikarzy i innych twórców cytowanych w książce. Nie mam też wątpliwości, że dla fanów Budki Suflera niezależnie od wieku i stopnia wtajemniczenia jest to pozycja obowiązkowa. Świetnie będzie się ją czytało także tym, którzy mają do zespołu sentyment, ale już dawno nie mogą się nazywać miłośnikami, jak również tym, którzy z Budką nigdy nie mieli nic wspólnego, a chcieliby zgłębić historię jednej z najważniejszych polskich grup o bardzo szerokim spektrum stylistycznym, zbudowanym wokół silnych osobowości, które przez niemal cztery dekady tworzyły grupę. Wreszcie, to książka, do której podobnie jak do biografii Riverside autorstwa Nowakowskiego, warto wracać po wielokroć i zgłębiać jej fragmenty wraz z muzyką, warstwa po warstwie.

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka w ramach współpracy z Laboratorium Muzycznych Fuzji. Tekst pierwotnie ukazał się w całości na łamach LMF.

środa, 4 stycznia 2017

SMS z Polski: Cugowscy, Organek, Jachna/Mazurkiewicz/Buhl

Wypatrujemy już wiosny, a Wy?

Bluesy, alternatywny rock ze szczyptą Jacka White'a czy eksperymentalny nowoczesny jazz? A może wszystkiego po trochu? W drugim "SMSie z Polski" dwie płyty o których wspomniałem w "Podsumowaniu roku szczodrego", a na które nie znalazłem w minionym roku czasu, by o nich napisać czyli Cugowscy i Organek. Oni stawiają na klasyczne brzmienia z pogranicza bluesa i hard rocka z polskim tekstem, Organek bawi się bluesem, alternatywą, podryguje w rytm White Stripesowych gitar, a nawet bawi się w piaskownicy w szalonego punkowca. A na deser jazzowa psychodeliczna podróż od Instant Records, czyli Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. Zapinamy pasy i zaczynamy!

środa, 26 stycznia 2011

Nieznana Budka Suflera - opowieść o dwóch niesłusznie zapomnianych płytach

Budka Suflera. Większość ludzi, gdy słyszy nazwę tego zespołu wzrusza obojętnie ramionami. Inni strzygąc uszami i rozglądając się dookoła jakby obawiali się, że zostaną zlinczowani nieśmiało mówią: „Takie Tango”? Jeszcze niektórzy wymienią nieśmiertelną „Jolkę, Jolkę” czy „Nie wierz nigdy kobiecie”, a ewentualnie także „Bal wszystkich świętych” czy „Martwe Morze”. Znam takich, który z rozmarzeniem jednak przywołają „Jest taki samotny dom”, „Noc nad Norwidem”, „Pieśń Niepokorną”, „Memu miastu na dowidzenia” czy „Noc komety”…
Niektóre płyty i niektóre utwory jednak przechodzą bez echa, tak jakby ich nie było. Od początku są skazane na klęskę, niepowodzenie i zapomnienie, nawet przez samych twórców. Nie wiem, czemu tak się dzieje i nie będę próbował wyjaśniać tego dziwnego zjawiska. Chcę zwrócić uwagę na dwie płyty Budki Suflera, które w ten sposób zostały potraktowane. Paradoksalnie, zostały w ten sposób potraktowane właśnie przez swoich twórców i uważam, że zupełnie niesłusznie, bo po macoszemu. Zachowując chronologię czasową powstania płyt, zaczynamy:

  1. „Na brzegu światła” (1979)     8,5/10

Pierwsza płyta z Romualdem Czystawem przy mikrofonie. Jedyna, którą zespół pisał pod gotowe już teksty. Jedyna płyta zespołu, która została im narzucona (powstała na okoliczność igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 roku; to wtedy Kozakiewicz pokazał swój piękny, legendarny już gest). Jest to też jedyna płyta, która powstała - miało ich być jeśli się nie mylę trzy. A obok Budki Suflera, poproszono oto Perfect. Perfect płytę nagrał, ale nigdy jej nie wydał. Budka Suflera płytę nagrała, wydała i szybko się jej wyparła. Na próżno szukać na ich stronie tekstów z tej płyty, na próżno szukać wersji koncertowych któregokolwiek z utworów. Nie ma. Płyta nie istnieje. A jednak przetrwała, na przekór Budce Suflera, na przekór próbom zatarcia po niej wszelkich śladów.
                Dwa miesiące temu znalazłem rip tej płyty z oryginalnego dwustronnego winyla Pronit. Dla kogoś, kto swego czasu szalał na punkcie Budki Suflera to rarytas i gratka niesamowita. Dziś pozostał mi do Budki jedynie sentyment, zwłaszcza do starych płyt z lat 70 i kilku z lat 80. Ale wróćmy do opowieści: zassałem bez zastanowienia. Odpaliłem i…
Hm… ciężka sprawa w sumie z tą płytą. Nie jest zła, a przynajmniej nie taka zła, jak można by się spodziewać, po jej „czarnej” legendzie. Muzycznie… to Budka Suflera z tamtych lat…
                Po bluesowo-psychodeliczno-progresywnym okresie z lat 69 – 76 nadszedł czas na jedną z pierwszych budkowych płyt nagranych tak przebojowo. To właściwie kopalnia porządnych rockowych songów, które mogłyby piąć się po listach przebojów, gdyby nie jeden fakt… teksty. Bo teksty, napisane przez Piotra Trojkę, są tragiczne. Dosłownie wręcz – grafomańskie. I wszystkie aż roją się od propagandy i metaforyki niskich lotów oscylującej wokół tematów olimpijskich i sportowych. Puszczając je mimo uszu, zatapiamy się w muzyce napisanej przez Romualda Lipko. I to kawał naprawdę świetnej muzyki. Jak już powiedziałem, jest ona bardzo przebojowa. Ale nie tylko. Jest bardzo melodyjna i przemyślana, słychać w niej wpływ muzyki z tamtych lat. Gdzieś słychać zeppelinowskie eksperymenty, a nawet (zwłaszcza w sposobie nagrania i konstruowania dźwięków) do zapomnianej, równie niesłusznie płyty z tego samego roku belgijskiego zespołu Flyte „Dawn Dancer”, o której już pisałem. Przypadek? Myślę, że nie. Redaktor Kaczkowski naucza przecież, że: Nie ma przypadków.
Obok wiadomej jakości klawiszy Lipki (raz lepiej, raz gorzej), uwagę zwracają ciekawe orkiestryzacje, do których na ostatnich płytach Budka Suflera wróciła z dość wątpliwym, trzeba przyznać, skutkiem. Świetnie wypadają też pozostali muzycy: gitarzysta Jan Borysewicz (znany chyba bardziej jako gitarzysta Lady Pank), wyśmienity basista Andrzej Ziółkowski, który wyjechał do Stanów i tam zmarł oraz wówczas dwudziestokilkuletni perkusista Tomasz Zeliszewski. Pozostał w grupie do dziś, prezentując sobą lepszą lub gorszą formę, tu wypadając nie najgorzej, chociaż trzeba przyznać, że czasami nie wyrabia, mógł wygrywać przejścia z większą pewnością i szybkością, ale ogólnie dorównuje on pozostałym muzykom.
I wokal… Romuald Czystaw. Legenda, obok Cugowskiego i Andrzejczaka najważniejszy wokalista zespołu. Nagrał z Budką jeszcze dwie znakomite płyty, które stylistycznie kontynuują obrany na tej płycie kierunek („Ona przyszła prosto z chmur” w 1980 roku i kultowy „Za ostatni grosz” w 1981 roku). Miał bardzo ciekawą barwę głosu i naprawdę dobre warunki wokalne. Miał własny niepowtarzalny, rozpoznawalny styl. Paradoksalnie, po odejściu z grupy z powodów zdrowotnych, nie wrócił ani do zespołu, ani do śpiewania. Okazjonalnie pojawiał się na koncertach, a na swoim, jednym z ostatnich występów z Budką Suflera, w Sopockiej Operze Leśnej w 2010 roku na kilka miesięcy przed nagłą i niespodziewaną śmiercią dał pokaz oszałamiający po prostu swoich możliwości, przebijając słabą Urszulę i powalając na łopatki beznadziejną Izabelę Trojanowską, stękającego jak zawsze Felicjana Jędrzejczaka i wyciągającego niemiłosiernie, stetryczałego Krzysztofa Cugowskiego… On wiedział (?), że to jego ostatni występ i pokazał jak się powinno śpiewać. Paradoksalnie, wyglądał świetnie, nic nie wskazywało na to, że to jego ostatnie kilka miesięcy życia… dziś śpiewa w największej orkiestrze świata. Już nikt nie zaśpiewa tak jak on… choćby kultowego utworu „Za ostatni grosz”… nikt…
Na swojej pierwszej płycie z Budką już pokazuje swoje możliwości w sposób fenomenalny. Doskonale radzi sobie w wysokich rejestrach, szeptających partiach i budowaniu niesamowitych melodyjnych linii wokalnych.
Na kolejnych płytach jego styl ewoluuje i będzie się rozwijał w bardzo ciekawym kierunku. Ciekawe, jak wyglądałby Budka Suflera, gdyby wokalistą nadal był Czystaw. Jak postąpiłaby dziś, kiedy go już nie ma? Może by się rozwiązali z szacunku dla kolegi, skąd inąd naprawdę świetnego wokalisty? Trudno powiedzieć… kariera Budki Suflera potoczyła się innymi torami, a dziś tworzy wołającą o pomstę do nieba chałę i szmirę, tak niskich lotów, że nie wartą nawet wykorzystania do podtarcia nią, za przeproszeniem, tyłka – brutalne, ale niestety prawdziwe.
Podsumowując, jest to płyta ciekawa. Na pewno warta uwagi ze względu na Czystawa i stylistykę muzyczną obraną na płycie. Później już nigdy właściwie Budka Suflera nie wróciła do podobnego grania. Warto posłuchać jej również po to, żeby uśmiechnąć się słuchając tych, rzeczywiście, strasznych tekstów. Paradoksalnie, tytułowy utwór ma naprawdę świetny tekst i zdecydowanie najlepszy na płycie i jest to chyba jeden z najlepszych tekstów napisanych dla Budki (skojarzenia z „Zegarmistrzem Światła” Tadeusza Woźniaka?). Sądzę, że nie słusznie starano się ją zlikwidować, zapomnieć o niej. To wbrew pozorom, kawał naprawdę świetnej roboty, zarówno pod względem muzycznym, jak i paradoksalnie, tekstowym, mimo wszystko…

2. Giganci Tańczą (1986)        9,5/10

Czwarta płyta Budki w latach 80. Druga nagrana ponownie z Krzysztofem Cugowskim, po jego powrocie do grupy (w 1984 wydali słabą „Czas czekania, czas olśnienia” ). Obok dwóch wyśmienitych płyt nagranych z Czystawem, jest to ich najlepsza płyta z tamtego okresu. Potem już nigdy nie nagrali płyty tak dobrej, jak ta.
Dobrze, były wyjątki w postaci „Ciszy” (1993), „Nocy” (1995) czy „Nic nie boli tak, jak życie” (1997), ale one reprezentowały i reprezentują już zespół zupełnie inny. Mówimy o płytach zapomnianych, a „Giganci Tańczą” zostali zapomniani, mało tego: w 1998 i 2008 roku zostali skandalicznie sprofanowani… ale do rzeczy…
                 Jest to jedyna płyta Budki Suflera na której można posłuchać rasowego heavy metalu w stylu lat 80. Obok kultowych „Dorosłych dzieci” (1983) i „Kawalerii Szatana” (1986) Turbo, legendarnego TSA oraz początkującego wówczas Vadera to chyba jedyna taka płyta w polskiej muzyce heavy metalowej. Jednak płyta nie jest w całości heavy metalowa, bo dzieli się na dwie odrębne części, połączone wspólną tematyką. Nie jest też w pełni heavy metalowa z tego względu, że ta druga część jest troszkę inaczej skonstruowana niż wskazywałaby nazwa heavy metal. Poza tym czy Budka Suflera naprawdę grała heavy metal? Przekonajmy się, słuchając płyty:
                 Otwierająca płytę (jej część pierwszą) „Kwadratura koła” to walec. Potężne uderzenie perkusji na wstępie, które dosłownie wbija w fotel. Potem wchodzi złowróżbny akord na klawiszach i odbijany ton gitary… do tego świetny tekst o zagubieniu we własnym schizofrenicznym świecie. Tego utworu nie powstydziłby się Megadeth, a nawet Black Sabbath z okresu współpracy z Dio. Na zakończenie pojawia się nawet… rap (!). Drugi jest „Gratuluję Ci”  - nieco tylko wolniejszy, na początku wyłaniający się, a potem przyśpieszający. Potem jest masywnie i krocząco. A mrocznego tekstu nie powstydziłby się nawet Dio, gdyby tylko umiał śpiewał po polsku.
 Trzeci jest utwór tytułowy – wolny, bardziej bluesowy niż metalowy, ale to tylko spowolnienie. Dodatkowo mamy kapitalny, niezwykle dowcipny tekst i melodyjny motyw na saksofonie.
Czwarty numer to „Synowie Chin”. Masywny riff gitary, potężne uderzenie perkusji i zaczynamy marszowy pochód, którego celem jest podbicie świata. Tekst, przywodzi na myśl skojarzenia z utworami Turbo z tego samego okresu.
Ostatnim na stronie A jest interesująca, trochę niepasująca do całości albumu ballada „Bez wstydu”. Nie, nie jest to kolejna „Jolka, Jolka” czy cukierkowe „Dmuchawce, latawce, wiatr”. Zaczyna perkusja, potem wchodzi melodyjna gitara i właściwie nie zwalniamy tempa, dalej jest marszowo, ale słowa tekstu przywołują do porządku. Podmiot liryczny ma problem… i to poważny. Nie będę zdradzał jednak jaki.
Na dokładkę znów pojawia się  na chwilę saksofon.
                Druga część płyty, czyli strona B, to w oryginalnej wersji zaledwie trzy utwory (w rozszerzonej z 1995 roku otrzymujemy jeszcze dwa bonusy). Pierwszy to „W niewielu słowach” - minisuita, trwająca około siedem minut liryczna i unosząca się w przestrzeni opowieść o poszukiwaniu własnego ja, próbie uchwycenia prawdy. Płynący i rozwijający się powoli utwór, nawet w swoim najszybszym momencie, jest utrzymany w średnim tempie i przywodzi na myśl… pierwszą płytę King Crimson !). W siódemce przyśpieszamy, znów jesteśmy na terenie heavy metalu. Mroczny riff i unoszące się klawisze, polifoniczny wokal i duszna atmosfera unosząca się znad tekstu. Ten utwór też byłby godny Dio. Ostatnia jest „Moja Alabama” – zaczynają klawisze, których nie powstydziliby się pewnie w Deep Purple, gdyby jeszcze pozwolić im się wyszaleć, ale nie tym razem, są tylko tłem dla reszty muzyków. Utwór jest raczej wolny, duszny i na pierwszy plan wysuwa się mięsisty bas. Na refren całość delikatnie przyśpiesza.
Dziewiątka, czyli pierwszy bonus, to niepasujący trochę do całości, utwór o motocykliście i jego maszynie. „Znikający punkt” jest szybki, masywny i ma ciekawy riff przewodni. Dziesiątka to „Klaustrofobia”. Zaczyna się od przesterowanej gitary i klawiszy i delikatnych uderzeń hi-hata. Wchodzi tekst – smutny, duszny, klaustrofobiczny. Utwór przyśpiesza i potężnym akcentem kończy całą płytę.
                Muzycy, którzy grają na tej płycie, to też ciekawa sprawa. Obok Romualda Lipko (naturalnie) na klawiszach i Krzysztofa Cugowskiego przed mikrofonem mamy znakomitego basistę Piotra Płechę, który nagrał z Budką dwie płyty (tę wcześniejszą i tą) oraz sesyjnie udzielał się na nieudanej „Ratujmy co się da” z 1988 roku. Niestety nie kontynuował kariery basisty w zespołach rockowych i zaczął się udzielać… w ruchach chrześcijańskich…
Na gitarze Krzysztof Mandziara – bardzo dobry gitarzysta, który pojawił się na dwóch płytach Budki (z 1984 i tej), wcześniej występował w zespole Cross, a po odejściu z Budki współtworzył bluesrockowy zespół CrossRecydywa, który rozwiązał się w 2007 roku wraz z jego odejściem z zespołu. Aktualnie występuje z własnym zespołem pod pseudonimem Wojskowy.
Na perkusji Tomasz Zeliszewski. To, co wyrabia na tej płycie to po prostu mistrzostwo. Zupełnie inne podejście niż siedem lat wcześniej, brawurowe przejścia i… to już kwestia nagrania… te potężne, odbijające się uderzenia, albo te delikatne liryczne budowanie klimatu w niektórych partiach… ogromny postęp, który Zeliszewski poczynił na tę płytę, słychać do dziś, choć dziś to już właściwie nie ma co grać. Mógł z niego być świetny bębniarz, został zaledwie dobry i w dodatku od czterdziestu lat w tym samym zespole, szkoda.
Osobna sprawa to Krzysztof Cugowski. Wówczas w szczytowej formie, nigdy potem nie zaśpiewał tak niesamowicie i z takim  wyczuciem. W późniejszych latach miał momenty, ale tylko tyle. Dziś jest wokalistą masakrycznym, zmanierowanym i po prostu nieciekawym. A wtedy… miał naprawdę dobry głos i ciekawą, nietypową modulację linii. Na tej płycie wyraźnie słychać inspiracje Dio czy Hetfieldem (!), wyraźnie słychać inspirację Dickinsonem czy byłym wokalistą TSA Grzegorzem Kupczykiem. Później raczej do tych inspiracji już nie wracał.  A miał naprawdę mocny głos.   
Ktoś pewnie powie, że to raczej hard rock jest. Ale ja się będę upierał, że to jest heavy metal. Jedyna taka płyta w dyskografii Budki. I jest to płyta naprawdę świetna, mocna i dająca po głowie. Na uwagę zasługują bardzo dobre teksty, jedne z najlepszych jakie Budka kiedykolwiek miała, przeważnie oscylujące tematycznie wokół pustki, zagubienia, schizofrenii i ogólnie pojętego mroku duszy.
Dla wielbicieli Budki pozycja obowiązkowa, dla zwolenników mocniejszego grania niezła ciekawostka, a dla fanów Turbo i TSA, pozycja po prostu godna uwagi.
                W tym miejscu powinienem zakończyć, ale chcę jeszcze zauważyć kilka faktów, odnośnie tej płyty. W 1998 roku Budka zrealizowała akustyczną wersję „W niewielu słowach”. I właściwie nic się nie zmieniło, utwór może zrobił się jeszcze bardziej liryczny poprzez dodanie ciekawej orkiestryzacji. Ale teledysk, który zrobili do tego utworu to po prostu profanacja. Co mają mnisi i stylistyka rodem z Monty Pythona z utworem o poszukiwaniu własnej tożsamości? Nie wiem i nie rozumiem tego zupełnie.
W 2008 roku wydali płytę „Było” na której zrealizowali nowe wersje starych utworów z różnych płyt. Wśród nich „Giganci tańczą”. Przearanżowany  ciekawie, nie można zaprzeczyć. I byłoby w porządku gdyby nie jeden fakt. Utwór jest krótszy o co najmniej dwie zwrotki tekstu, wypaczając zupełnie jego żartobliwy kontekst, jego niezwykły smaczek. No, takich rzeczy to się nie robi. Żeby tylko tyle, ale w książeżce do płyty jest przytoczony cały tekst. Przeoczenie to na pewno nie było…
               
                Podsumowując, można zauważyć, że obie płyty są warte uwagi Na pewno niesłusznie zostały one zapomniane i pominięte w dyskografii zespołu, który dziś nie stworzy już niczego dobrego. Zespołu, który odcina kupony od swojej popularności i nie wróci już nigdy do dawnej formy. A przede wszystkim zespołu, który nie wróci już do tworzenia takich płyt.
Niesłusznie też potraktowano wspomniane utwory z drugiej przywołanej płyty, a w każdym razie u mnie wywołuje to dość mieszane uczucia. I chyba nie pozostaje nic innego jak odkopać te płyty z zapomnienia i rozkoszować się ich ukrytym, a na pewno nieodkrytym jeszcze pięknem… Miłego słuchania!
               
PS. Na uwagę zasługuje też epka z 1988 roku „American Tour” a na nim między innymi kapitalna wersja „Jolki, Jolki” po angielsku w wykonaniu Krzysztofa Cugowskiego (kolejny dowód na to jak dobrym wokalistą był kiedyś, a jak bardzo nim nie jest obecnie).
Ta „Jolka” to zupełnie inny utwór!!! Z kolei na epce „4 pieces to go” z 1992 znajdziemy anglojęzyczną i również zupełnie inną od oryginału wersję „Ragtime” pod tytułem „La Mancha Taxi Driver.” Naturalnie z Cugowskim w szczytowej formie. A także piękna anglojęzyczna wersja równie pięknej „Kolędy rozterek” („Miracle of the night”). Czemu Budka Suflera nie może tworzyć tak pięknych rzeczy nadal?