czwartek, 24 grudnia 2020

Podsumowanie roku 2020 według redaktora naczelnego Część I: Polska


 

Koniec tego okropnego dla nas wszystkich roku wreszcie nadszedł. Nie było koncertów, a przynajmniej nie takie jakie byśmy chcieli, żeby były. Wiele z nich przeszło nam koło nosa, choć może jeszcze odbędą się w przyszłym roku. Mijający właśnie pandemiczny rok nie okazał się jednak wcale taki zły jeśli chodzi o ilość płyt i dobrej muzyki. Czas na podsumowanie, choć pojawienie się tego wcale nie oznacza, że w nowym roku nie będzie płyt z 2020 - kupka wstydu bynajmniej się nie zmniejszyła, a pośród niej wciąż czekają ciekawe płyty o których napiszemy. 

Moje podsumowanie postanowiłem rozbić na dwie odsłony - część pierwsza będzie obejmowała najlepsze płyty polskie, a część druga najlepsze zagraniczne i nadzieje na przyszły rok, którego tym razem nie będziemy nazywać. Upragnione zmiany w tym, który wkrótce będziemy mieli za sobą nie nadeszły lub zakończyły się w przedbiegach. Co zaś się tyczy muzyki to w tej polskiej było sporo zaskoczeń, powrotów i fantastycznych dźwięków do których z całą pewnością będę wracał. 

 

W przypadku istniejącego już tekstu o danej płycie, odsyłam we właściwe miejsce, a tam gdzie tekstu jeszcze  nie napisałem, a zamierzam, odpowiednio to zaznaczam. W moim zestawieniu kolejność nie ma znaczenia. Zaczynamy!

1. Kiev Office -  Nordowi Môl

Gdyńskie Kiev Office, niestrudzenie dowodzone przez wiecznie zabieganego Michała Miegonia w mijającym roku nie zawiodło. Wracając w odświeżonym składzie z szóstym albumem studyjnym uciekł na nim ze swojskich trójmiejskich rewirów na Kaszuby, a i tak zafundował naprawdę mocną płytę. Świetna okładka Krzyśka Wrońskiego i kapitalne numery zachęcają, by często do nich wracać. Grupa trzyma się własnego, niepodrabialnego stylu, od czasu do czasu pozwalając sobie na śmiałe eksploracje gatunkowe, a mimo to trzyma wysoki poziom. Po prostu płyta, której nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu, co sugerowałem już w styczniu. [nasza recenzja tutaj]

2. Roman Walczak - Taniec Dwóch Księżyców

To się nazywa moi kochani debiut! Intrygująca grafika okładkowa, równie intrygująca wymykająca się szufladkom i wszelkim stylistykom muzyka, z ciekawymi tekstami i gościnnym udziałem Mistrza Steve'a Hacketta! Gdynianin Roman Walczak spełnił nie tylko jedno ze swoich marzeń, ale też dostarczył płytę, która potrafi wzruszyć, wprawić w dobry lub nostalgiczny nastrój, a także zachwycić bogatą warstwą brzmieniową i sprawnymi poetyckimi tekstami. O tej płycie z wiadomych względów było zdecydowanie za cicho, ale jestem pewien, że będzie jeszcze głośno, tym bardziej, że Roman już pracuje nad jej następczynią. [nasza recenzja tutaj/obszerny wywiad z Romanem tutaj]

3. Mariusz Duda - Lockdown Sessions + piosenki

Basista i wokalista Riverside mimo szalejącej w tym roku pandemii był chyba najpracowitszym polskim muzykiem, bo wydał dwie pełne płyty i dwie piosenki. O drugiej z płyt, a mianowicie kolejnej odsłony Lunatic Soul za chwilę, a w tym miejscu i rzeczach wydanych pod swoich nazwiskiem. Pełna płyta to oczywiście niezwykle intrygujące "Lockdown Sessions" które Mariusz Duda nagrał i postanowił spontanicznie wypuścić w formie cyfrowej osnute wokół przestrzeni, izolacji, niepewności i elektroniki rodem ze starych komputerów i gier, które dzisiaj mogą przyprawiać o dreszcze ilością pikseli, co bardziej zatwardziałych graczy. Fantastyczna sprawa i zupełnie inna od dotychczasowych dźwięków z jakich znany jest Mariusz. Na drugim biegunie znalazły się dwie "piosenki podskórne". Najpierw w marcu pojawiła się "The Song Of Dying Memory", a w sierpniu "Are You Ready For The Sun?". Obie znacząco się od siebie różniące, obie piękne i obie bardzo Mariuszowe. W tej drugiej dodatkowo znakomity gościnny udział perkusisty Macieja Gołyźniaka. [nasza recenzja "Lockdown Sessions" tutaj/nasza recenzja dotychczasowych "piosenek podskórnych" tutaj]

4. Lunatic Soul - Through Shaded Woods

Ponownie Mariusz Duda i wspomniana wyżej płyta Lunatic Soul. Tym razem podwójna, zielona i słowiańska. Jak zwykle intrygująca, gęsta i piękna. Zdecydowanie jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie polskich płyt z roku 2020. Póki co tyle, bo więcej będzie w recenzji, która jeszcze się pisze.

5. Maciek Gołyźniak Trio - The Orchid

Były perkusista Lion Shepherd i Sorry Boys, znany także z projektu Meller Gołyźniak Duda i współpracy z Mariuszem Dudą, tym razem w wersji solowej. Pierwszy solowy album, który został wydany w ramach serii Polish Jazz z numerem 85, był jednym z tych, który sprawił mi w mijającym pandemicznym roku największą radochę. Nie będący do końca jazzowy, choć obracający się wokół jazzowego brzmienia. Zrealizowany surowo, ale z pazurem, ale przede wszystkim zabierając słuchacza w niezwykłą muzyczną podróż idealną nie tylko na jesień. Zdecydowanie jest to krążek, który warto poznać i często do niego wracać. [nasza recenzja tutaj]

6. Maciej Meller - Zenith

Maciej Meller, znany z Quidam, a obecnie będący także nowym gitarzystą Riverside również w mijającym roku postanowił wydać debiutancki solowy album. To płyta o charakterystycznym dla Mellera brzmieniu, pełnym melancholii, ale niepozbawionej rockowego pazura, a przy tym doskonale łącząca przeszłość muzyczną muzyka z przyszłością, dając wgląd w to, jak może brzmieć Riverside na nowej płycie, która będzie nagrywana z Mellerem właśnie. To także kapitalne spojrzenie, a raczej wsłuchanie jak mogą brzmieć Ci sami muzycy w zupełnie innym materiale i stylistyce, radząc sobie w jednej i drugiej doskonale - mam tu na myśli basistę Roberta Szydło i klawiszowca Łukasza Damrycha, którzy stali się także głównymi muzykami Macieja Gołyźniaka na jego "The Orchid". To niezwykle smakowita i jesienna płyta, do której będę wracał i do czego również zachęcam, bo uważam, że jest tego warta. [nasza recenzja tutaj]

7. Hellvoid - Bass'n'roll vol.1

Wracamy na chwilę do Trójmiasta. Gdyński Hellvoid to nietuzinkowa formacja, która rocka gra na dwa basy. Pierwszy pełnometrażowy album chłopaków to niestety kolejna ofiara pandemii - mieli z nią związane dość spore plany o których krótko przed wydaniem opowiadali mi w obszernym wywiadzie, który znajdziecie w kwietniowym numerze Wilka Kulturalnego z mijającego roku [tutaj]. Udało się im wypuścić do niej dwa bardzo ciekawe teledyski realizowane własnym sumptem, jednak szkoda że nie można było go dobrze wypromować na koncertach, bo to muza, która potrzebuje sceny i bawiącej się do niej publiczności. Poza tym to kapela, która wkłada w swoją twórczość ogrom serducha, energii i zaangażowania, co słychać w każdym numerze i sporych umiejętnościach muzyków. [nie przewiduję pełnej recenzji]

8. Swiernalis - Psychiczny Fitness

Jestem pod ogromnym wrażeniem rozwoju Pawła, który wyrasta na jednego z najbardziej oryginalnych, nietuzinkowych młodych twórców polskiej sceny muzycznej. Kontynuacja sytlistyczna "Draumy" idzie jednak kilka, może nawet kilkanaście kroków dalej - jest przebojowo, nowocześnie, ale i z mrugnięciami do polskiej klasyki muzyki alternatywnej, także już tej niegranej, choć wszystkim doskonale znanej. Świetnie wypada na niej nie tylko utwór tytułowy nagrany ze znakomitym gościnnym udziałem Piotra Roguckiego, ale i każdy numer z osobna, które w niezamierzony sposób w pandemii wybrzmiewają jeszcze bardziej dosadnie. Poza płytą muszę tu także wyróżnić mocną i niezwykle ważną piosenkę "Polska jest kobietą", którą Swiernalis skomponował, a następnie wykonał razem z Michałem Szpakiem podczas protestów kobiet odbywających się w cieniu pandemii po... wszyscy wiemy po czym. Tak moi mili rodzą się głosy pokolenia i artyści, którzy będą pamiętani. Jestem tego pewien i cieszę się, że Swiernalis tworzy swoją muzykę i dzieli się nią z nami wszystkimi, bo są to utwory kapitalnie zrealizowane, z przekazem i przede wszystkim pełne emocji, szczerości i prawdziwych uczuć do świata i do ludzi. Brawa! [nie przewiduję pełnej recenzji]

9. Budka Suflera - 10 lat samotności

Dwa słowa, którymi rozpocząłem recenzję tej płyty mówią właściwie wszystko: Popłakałem się. Czemu? Odsyłam do recenzji

10. Darzamat - A Philosopher at the End of the Universe

Nieznana mi wcześniej formacja, (ale chyba dosyć zasłużona i istotna dla polskiej sceny metalu ekstremalnego), parająca się gotycko-symfoniczną odmianą death metalu, której najnowszej płycie mieliśmy przyjemność patronować. Katowicka grupa wróciła po jedenastu latach milczenia z nowym, prze wielu długo wyczekiwanym bardzo dobrym albumem łączącym w sobie to, co najlepsze w ciężkim, mrocznym metalu napędzanym głównie żeńskim wokalem. Ponownie jest to album, który mam wrażenie padł ofiarą czasu pandemii. Jestem niemal pewien, że byłoby o nim głośniej, gdyby grupa mogła koncertować i promować najnowszy krążek, a tym samym ja również miałbym większe pole do popisu przy "promowaniu" tegoż albumu. Mimo, że zostałem poproszony o patronat na który się zgodziłem jednocześnie czuję lekki zawód - nie z powodu samej płyty, bo jest naprawdę mocnym materiałem, ale raczej z powodu zlekceważenia: nie otrzymałem egzemplarza fizycznego, który jak sądzę patronowi przysługuje, ale co ja tam wiem, nawet po tak długim czasie pisania i tworzenia tego bloga. Zostawiając z boku moje personalne wycieczki, uważam, że to bardzo solidny krążek dopieszczony brzmieniowo i stojący na bardzo wysokim poziomie wykonawczym, nie przesuwający żadnych granic, ale w swoim gatunku sprawiający mnóstwo frajdy i przypominający o tym, że ekstremalna scena muzyki metalowej nadal w naszym kraju stoi na wysokim poziomie. Żywię też nadzieję, że już wkrótce będzie można zobaczyć Darzamat na żywo, bo to też materiał, który fantastycznie zabrzmi na koncercie. [nie przewiduję pełnej recenzji]

Część 2: Świat i nadzieje wkrótce! [tutaj]

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza