niedziela, 27 grudnia 2020

Podsumowanie roku 2020 według redaktora naczelnego Część II: Świat i nadzieje


 

Do końca roku jeszcze cztery dni, choć do płyt roku pandemicznego jeszcze będziemy przez jakiś czas wracać. Kupka wstydu ma to do siebie, że zmniejszy się dopiero wtedy, gdy się za nią zabierzemy,nie wcześniej i nie później, a w przeciwnym razie może zdążyć tylko urosnąć. Ta związana z zagranicznymi lubi rosnąć szczególnie i w zatrważającym tempie. Siłą rzeczy w drugiej części podsumowania nie znają się w nim więc te płyty, które znalazły się na kupce wstydu i jeszcze czekają na swoją kolej. 

Niedawno było podsumowanie związane z polskimi płytami, więc nadszedł czas na drugą odsłonę, a w niej najlepsze moim zdaniem albumy zagraniczne i nadzieje na nadchodzący rok 2021. Pandemiczny rok okazał się być wyjątkowo owocny jeśli chodzi o ilość płyt, a tych naprawdę dobrych i do których warto wracać również nie brakowało. 

 

W przypadku istniejącego już tekstu o danej płycie, odsyłam we właściwe miejsce, a tam gdzie tekstu jeszcze  nie napisałem, a zamierzam, odpowiednio to zaznaczam. W moim zestawieniu kolejność nie ma znaczenia. Zaczynamy! 

Najlepsze albumy ze świata:

1. Trivium - What The Dead Man Say

Dla mnie dziewiąty album tej amerykańskiej formacji okazał się być bardzo miłym zaskoczeniem, zwłaszcza po dwóch poprzednich wyjątkowo słabych wydawnictwach. To niezwykle równy, mocny krążek, którego można słuchać na okrągło i za każdym razem cieszyć się dynamiką, ciężarem i rozbudowanymi partiami instrumentalnymi czy rozwiązaniami brzmieniowymi. To także jeden z tych, których w mijającym roku słuchałem najczęściej i zdecydowanie jeszcze do niego będę wracał. [recenzja redaktora Jarka Kosznika tutaj]

2. Raphael Weinroth-Browne - Worlds Within

Piekielnie uzdolniony młody kanadyjski wiolonczelista, znany z projektu Kamancello i The Visit, który od kilku lat intensywnie współpracuje także z norweskim Leprous na początku tego roku wypuścił swój debiutancki, pełnometrażowy solowy album, będący tak naprawdę jedną, długą suitą rozpisaną wyłącznie na wiolonczelę i elektronikę, podzieloną na dziesięć części. Czy niemal samą wiolonczelą można namalować impresjonistyczny muzyczny obraz? - tak zaczynamy naszą recenzję tej wspaniałej i wyjątkowo nietuzinkowej płyty. Po prostu magia! [nasza recenzja tutaj]

3. Paradise Lost - Obsidian

Dobra passa Paradise Lost trwa. (...) "Obsidian" to bardzo solidny i mocny materiał łączący to, co najlepsze w twórczości Paradise Lost - od death/doom metalowego ciężaru, przez gotyckie klimaty, melodyjność i soczyste wokale Holmesa, po energię, zadumę i ogromną swobodę z jaką poruszają się wokół tematyki i brzmień, które się z nimi kojarzą. Jest ponuro, jest ciężko, nie szczędzi się atmosfery, balansu między mrokiem i grozą, a wyciszeniem, liryzmem i przeraźliwym krzykiem melancholii i smutku. Perfekcyjne jest tutaj brzmienie oraz skondensowanie ciężaru z lirycznymi momentami, także poprzez zróżnicowany wokal Holmesa pokazującego pełne spektrum swoich umiejętności i stylów, które wykorzystywał przez lata. Nie brakuje tutaj autocytatów, które są zaznaczane ze smakiem, ale bez poczucia nachalności. Nie brakuje tutaj mrugnięć do wszystkich dotychczasowych albumów i stylów, a nawet - jakby od niechcenia - machnięć ręką do zespołów, które czerpały z nich lub z których Paradise Lost czerpał tworząc podwaliny pod gatunki, które dziś działają prężnie, a oni nadal je eksplorują po swojemu, wciąż znajdując w nich miejsce dla siebie. Wreszcie, "Obsidian" jak wskazuje tytuł jest jak kamień - połyskuje, ale w tym wypadku zachwyca swoją ciemną barwą, kusi, ale parzy, bo dopiero co zastygł z gorącej magmy. Być może nie jest to najlepszy album Paradise Lost, ale z całą pewnością jest to jeden z ich lepszych, a na pewno jeden z tych, który może z godnością stanąć obok ich najlepszych, najbardziej szanowanych i najważniejszych krążków. Polecam.[nasza recenzja tutaj]

4. Kiko Loureiro - Open Source

Okres pandemiczny okazał się być dobrym czasem dla wydawania solowych albumów. Jednym z nich okazał się być płyta byłego gitarzysty Angry, obecnie występującego u Dave'a Mustaine'a w jego Megadeth. To jego piąty solowy album i zdecydowanie najciekawszy. Nie brakuje w nim wirtuozerii, melodii, pazura i ciekawego, ciężkiego brzmienia oraz intrygujących stylistycznych wycieczek po metalu - począwszy od power metalu, przez thrash, progresywny, a na melodyjnym i klasycznym kończąc. Słuchałem go często i zdecydowanie będę do niego wracał. [nie przewidujemy pełnej recenzji]

5. Moon Reverie - Moon Reverie

Debiutancki krążek włoskiej formacji założonej przez wirtuoza gitary Luca Pomę. Ten krążek to w zasadzie nic nowego, ale nie sposób odmówić mu dawki przebojowości, kapitalnej zabawy klimatem i pokręconych melodii balansujących między neoklasycznym heavy metalem, a progresywnymi czy power metalowymi elementami, a do tego zagrane nowocześnie, z biglem i szacunkiem dla klasyki. To album, który nie sili się na przesuwanie granic, ani eksperymenty, przedstawiający wszystko to, co najlepsze i co najbardziej kochamy w takim graniu, doskonale przy tym wprawiając w dobry nastrój. [nie przewidujemy pełnej recenzji]

6. John Petrucci - Terminal Velocity

Piętnaście lat John Petrucci kazał czekać swoim fanom na następcę debiutanckiego solowego krążka zatytułowanego "Suspended Animation". Gitarzysta Dream Theater wrócił na nim do dawnej formy i wydając album, który przywodzi najlepsze lata macierzystej formacji muzyka. Znakomicie wypada też na nim Mike Portnoy, który również wyraźnie odżył grając ze swoim dawnym kompanem z zespołu. Pełno tutaj mocnych numerów, ciekawych zwrotów akcji, perfekcji wykonawczej, doskonałego brzmienia i pozytywnych wibracji, które każdego fana gitarzysty i Dream Theater zabiorą w prawdziwą jazdę bez trzymanki. [recenzja redaktora Jarka Kosznika tutaj]

7. The Ocean Collective - Phaneorozoic II: Mesozoic/Cenozoic

Niemiecki The Ocean Collective dwa lata temu zabrał swoich słuchaczy i fanów w kolejną podróż po historii świata, tym razem zabierając ich do najmłodszego eonu znanego jako faneorozoik. W tym zaś dokończył go, dochodząc do czasów współczesnych. (...) po raz kolejny nagrało album tyleż solidny, co absolutnie porywający klimatem, pomysłowością i techniką wykonawczą. Gęste i ciężkie sludge'owe brzmienia, fantastycznie łączą się tu ze zwolnieniami, post-rockowe progresje budują napięcie, wreszcie tworzą niesamowitą, nieco egzotyczną i orientalną atmosferę. Odnoszę jednak wrażenie, że paradoksalnie jest to także najlżejszy i najbardziej przystępny pod względem brzmieniowym i melodycznym album Niemców. To nie jest wada, a raczej dodatkowa wartość, bo tym samym grupa jeszcze mocniej udowadnia swoją ogromną wszechstronność, siłę i mimo powielania pewnych wypracowanych już wcześniej założeń czy gatunkowych klisz pozostając formacją świeżą i fascynującą. W Noise Magazine żartobliwie napisano, że The Ocean Collective jako cała grupa mogłoby się habilitować z historii pierwotnej oraz, że chyba trochę wpadli w pułapkę nazewnictwa. Jest w tym trochę prawdy, ale mam nadzieję, że gdy panowie znów się zbiorą, by nagrać następcę obu "Phanerozoiców", a tym samym swój dziesiąty album studyjny (licząc razem z "Fogdiverem"), nie tylko nie zabraknie im pomysłów, ale także możliwości - skoro Ziemia już jest omówiona, to może przyjdzie czas na resztę wszechświata? [nasza recenzja tutaj]

8. Briqueville -Quelle

Jeden z najfajniejszych i najcięższych albumów tego roku, którego jesienią mijającego roku słuchałem często i nadal lubię do niego wracać. To płyta bolesna, ale miażdżąca swoim brzmieniem, pomysłem i ciężarem, wielowątkowa i masywna, awangardowa i wyłamująca się stylistycznym szufladkom. Belgowie nie tworzą radiowych przebojów, a mimo to potrafią zaskoczyć i jestem pewien, że zrobią to jeszcze nie raz. [nasza recenzja tutaj]

9. Oranssi Pazuzu - Mestarin kynsi

Fińscy black metalowcy ukrywający się pod nazwą Oranssi Pazuzu, nie byli mi wcześniej znani, choć na uwagę zdecydowanie zasługują. Ich piąty pełnometrażowy album to pokręcona awangardowa jazda bez trzymanki osadzona między black metalem, a ciężką, techniczną progresywą i psychodelą oraz kapitalnej, gęstej atmosfery z pogranicza horroru, groteski, sonicznego eksperymentu i wręcz halucynogennych, hipnotyzujących dźwięków. Idealny do słuchania nocą, z zamkniętymi oczami i ze słuchawkami na uszach. [nie przewidujemy pełnej recenzji]

10. sleepmakeswaves - These Are Not Your Dreams

Australijscy post-rockowcy wrócili z pełnometrażowym albumem na który złożyły się trzy epki. Będąca semi-konceptem najnowsza propozycja muzyczna jest zaś komentarzem do kondycji świata w jakim obecnie żyjemy. (...) sleepmakeswaves nie stworzyło kolejnej takiej samej płyty, ani nie popadło w sztampę post-rockowego grania skłaniającej się ku pejzażom i hałaśliwym rozwinięciom. Wszystkie dźwięki są tutaj przemyślane, układają się w zgrabną całość, flirtują z gatunkami w które post-rockowcy zaglądają rzadko i raczej niechętnie, a jeśli już to nie zawsze właściwie. Każda z epek składających się razem na niemal siedemdziesięciominutowy (bez ośmiu sekund) materiał ma swój niepowtarzalny klimat, jednocześnie nawiązując do siebie i przedłużając. Nie brakuje tutaj refleksji, ostrości, ale i naprawdę udanych sonicznych eksperymentów tak rzadko już obecnych w tego typu graniu. "These Are Not Your Dreams" jako całość to materiał naprawdę warty uwagi, któremu powinni przyjrzeć się nie tylko wielbiciele post-rocka jako takiego, czy fani Sleepmakeswaves, ale także wszyscy Ci, którzy lubią granie oryginalne, intrygujące i przede wszystkim bardzo smakowicie zrealizowane brzmieniowo. Każda z epek zasługuje na swoją osobną pełnię, ale ocena będzie jedna i dla całości. Ta naprawdę nietuzinkowa grupa udowodniła bowiem po raz kolejny, że post-rock nadal ma wiele do zaoferowania i że są jedną z najciekawszych formacji parających się tym właśnie gatunkiem. [nasza recenzja tutaj]

11. Warbringer - Weapons of Tomorrow 

Mijający rok obfitował też w albumy thrash metalowe, które często gościły na moich słuchawkach.  Jednym z nich był ósmy album studyjny młodych thrasherów z grupy Warbringer, którzy pokazują, że to gatunek, który nadal ma wiele dobrego do zaoferowania. Rzadko obecnie sięgam po thrash metal, a już w szczególności po nowe zespoły, choć trafiwszy na kilka nowych numerów Warbringera postanowiłem nie tylko sprawdzić wcześniejsze albumy, ale przede wszystkim odsłuchać najnowszy. Nie zawiodłem się. "Weapons of Tomorrow" to kawał bardzo solidnego, szalonego thrash metalu na najwyższym poziomie, który mruga oczami do klasyków i tuz gatunku z szacunkiem, a jednocześnie pokazuje, że w tym graniu nadal jest miejsce na świeże, kopiące dupsko granie. To album, który można śmiało postawić obok największych dokonań wspomnianych zespołów, ale także nie tylko najlepszy album Warbringer, jak również jedno z najlepszych wydawnictw jakie usłyszycie w tym roku. Nie ma tu mowy o nudzie, monotonii czy mieliznach, ani suchym brzmieniu (nowy Testamencie patrzę na Ciebie z odrazą), a pięćdziesiąt jeden minut mija szybko i od razu ma się ochotę puścić go ponownie. [nasza recenzja tutaj]

12. Havok - V

Havok podobnie jak Warbringer postawił na sypanie brzmieniowymi cytatami, choć podszedł do tego zadania bardziej klasycznie, a nawet pokusił się na swoistą reinterpretację jednej z najważniejszej płyty gatunku, która co wrażliwszym może wręcz ocierać się o plagiat. Moim zdaniem jednak daleko tutaj jeszcze od bezczelnej zrzyny czy kopii. To materiał mocno inspirowany "Justicem", ale mimo to sprawny i wyjątkowo udany, będący taką oswojoną bestią, która robi bałaganu, ani fermentu, nie warczy, a przymila się, mruczy i ociera o nasze nogi, które mimowolnie tupią w rytm tego,co na"V" proponuje Havok. Obok nowego Warbringera jest to bowiem przykład bardzo udanego współczesnego thrash metalu, który będąc osadzonym w klasyce, miejscami brzmi staroświecko, ale korzysta z dobrodziejstw współczesnej technologii, nawet jeśli w lirykach ostro się je krytykuje, ale nadal świeżo. Nie jest to może album do którego będzie się chciało wracać, ale jest to nadal wysoki i bardzo przyjemny poziom, nawet jeśli pozbawiony większych niespodzianek. [nasza recenzja tutaj]

13. Apocalyptica - Cell-0

Fińscy wiolonczelowi metalowcy wrócili do korzeni i jedynie z dodatkiem perkusji nagrali jeden z najmocniejszych albumów nie tylko tego roku, ale i w swojej dyskografii. Będący czymś w rodzaju koncept albumu, dziewiąty studyjny krążek Finów stanowi coś w rodzaju kwintesencji ich twórczości, fantastycznie łączącej brzmienie metalowe z klasycznym. Czerpiąc z obu zabierają nas w niezwykłą, gęstą i bardzo klimatyczną podróż. To także jeden z najchętniej przeze mnie słuchanych albumów mijającego roku, a zwłaszcza jego początków. [nasza recenzja tutaj]

14. Airbag - A Day at the Beach

Proszę Państwa, oto misie. Misie są dzisiaj bardzo grzeczne, chętnie podadzą Państwu łapy. Nie chcą podać? Nie wiedzieć czemu schowały głowy w piasek, strusie udają zdawać by się mogło... - tak mógłby zaczynać się słynny wiersz Jana Brzechwy, gdyby opowiadał o pluszowych niedźwiedziach spędzających dzień na plaży - niesamowite zresztą mrugnięcie koralowym oczkiem do tytułów albumów grupy Queen*. Z kolei piękne zdjęcie skojarzyć się - a przynajmniej mi się kojarzy - z łóżkami z okładki "A Momentary Lapse Of Reason" Pink Floyd, to niesamowicie intrygujące zaproszenie do piątego albumu norweskiego Airbag, macierzystej formacji Bjørna Riisa, o którego solowych płytach już wielokrotnie pisaliśmy (...). Najnowsza płyta Airbag to bez cienia wątpliwości jedna z najlepszych tegorocznych płyt i kolejna znakomita pozycja w dyskografii Airbag. Jest to też album dużo bardziej nastawiony na emocje oraz klimat, a dużo mniej na ciężar i epatowanie szybkością. Jest lirycznie, miejscami dość duszno, ale z każdym dźwiękiem coraz bardziej intrygująco. Nie jest to też album na jedno przesłuchanie, a zdecydowanie jeden z tych, który się chłonie warstwami, wychwytuje znaczenia i dźwięki z każdym odsłuchem. To także album, który mruga do tradycji rocka i metalu progresywnego, ale robi to z szacunkiem, świeżością, własnym i niepowtarzalnym pomysłem na siebie. Rzecz naprawdę wybitna, porażająca i taka której wstyd nie znać.[nasza recenzja tutaj]

15. Kadavar - The Isolation Tapes

Niemiecki Kadavar to moje pandemiczne odkrycie, które wszyscy doskonale znają. Znałem ich oczywiście wcześniej, ale nie robili na mnie większego wrażenia. Ot, kolejna retro kapela. Brak koncertów jednak robił swoje, a panowie w wyniku ich braku zaserwowali dwa prosto ze swojego studia, które mógł oglądać na żywo każdy zainteresowany na ich facebooku. Ten pierwszy sprawił mi dużo frajdy i dopiero właściwie odkryłem tę kapelę dla siebie. Drugi, nieco słabszy panowie zagrali zaledwie kilka dni temu, a wcześniej wyszedł ich nowy album studyjny nagrany z potrzeby grania, właśnie podczas pandemii. To album wyjątkowy, bo pokazujący Niemców z nieco innej strony - mniej tu dzikiego rocka, gitarowych riffów czy szaleństwa, a więcej refleksji, klawiszowych brzmień. Takie stylistyczne wolty, nawet jeśli tymczasowe to rozumiem i naprawdę doceniam. [pełna recenzja jest w trakcie pisania]

16. Tau Cross - Messengers of Deception

Takie powroty to ja rozumiem! Debiutancki album do dzisiaj jest jednym z tych albumów, które dosłownie sprawiają, że spadają mi przysłowiowe laczki. Najnowszy, będący ich trzecim krążkiem, miał ukazać się w zeszłym roku, ale w wyniku kontrowersji w podziękowaniach, wytwórnia Relapse Records wstrzymała jego premierę i zniszczyła cały zarejestrowany materiał, a grupa w zasadzie przestała istnieć. Wokalista i lider grupy Rob Miller zdołał jednak zebrać nowy skład i zarejestrować całość na nowo. Rezultat pojawił się w roku pandemicznym i nie mam wątpliwości, że jest jednym z jego najmocniejszych muzycznych wypustów. [pełna recenzja jest w trakcie pisania]

Nadzieje na 2021 rok:

  • Powrót dużych koncertów - przecież wszyscy na to czekamy, prawda?!
  • Piętnasty album Dream Theater nad którym trwają zaawansowane prace w studiu. Nawet jeśli będę narzekał na formę Jamesa LaBrie lub będę miał narzekać, że dawne Dream Theater jest jednak lepsze, to jest to jeden z tych zespołów, które nadal kocham bezgranicznie i na każdą ich płytę studyjną zawsze czekam z wypiekami na twarzy. Do tego John Petrucci wykorzysta na niej po raz pierwszy w historii zespołu ośmiostrunową gitarę. Niech mnie (nas) zaskoczą!
  • Skoro mowa o Johnie Petruccim, to należy wspomnieć o Liquid Tension Experiment, które niedawno ogłosiło swój powrót w oryginalnym składzie, w którym oprócz gitarzysty znalazł sie ponownie Mike Portnoy, Jordan Rudess oraz Tony Levin. Panowie pracują nad swoim trzecim albumem studyjnym, który z całą pewnością będzie jednym z najciekawszych i najmocniejszych przyszłorocznych albumów.
  • Niemieccy weterani i herosi power metalu czyli Helloween ma w końcu wydać długo wyczekiwany, przełożony z mijającego na przyszły rok z powodu pandemii, album studyjny nagrany po raz pierwszy w siedmioosobowym składzie. Będzie to także pierwszy album na którym pojawi się nie jeden wokalista (Andi Deris), a trzej, bo po latach do zespołu wrócili Kai Hansen oraz Michael Kiske. Już w kwietniu ma ukazać się pierwszy singiel zatytułowany "Skyfall", a w ciągu kolejnych miesięcy z całą pewnością ukaże się jedno z najmocniejszych i najbardziej epickich płyt przyszłego roku.
  • Nowa płyta niderlandzkiej Epiki zatytułowana "Omega", a także dwukrotnie przekładany z powodu pandemii koncert tegoż zespołu z Apokaliptyką w Gdańsku. Na ich koncert gdzieś bliżej aniżeli w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu czy Katowicach czekam od dawna i cieszę się, że mimo przekładania cały czas koncert w Gdańsku jest planowany. Co zaś się tyczy najnowszego albumu tej formacji z niesamowitą Simone Simmons wiadomo, że będzie tak samo jak na poprzednich, ale na pewno poniżej pewnego poziomu Epica nie zejdzie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza