O Leash Eye pisaliśmy dawno, bo jeszcze w roku trzeszczącym, czyli jakby nie patrzeć sześć lat temu. W tym czasie zespół przechodził problemy związane ze składem i w końcu udało im się wydać czwarty album studyjny, który przynosi drobne zmiany w ich graniu. Czy hard rock w sosie stonerowym nadal opłaca się w roku dwóch tysięcy dziewięćsiłów?
Strony
- Strona główna
- Wstępniak
- O Nas
- Kontakt - dla zespołów
- WAFP! 2011 - 2014
- Heavy Metal Pages 2013 - 2015
- Rock3miasto.pl
- LMF 2016 - 2019
- Polisz Jor Inglisz
- Weekend Węgierski
- Weekend Chorwacki
- Wydział Filmowy
- LUpa czy Pod LUpą?
- Wilk z zakładką
- Muzyczna Biblioteka
- Wilk Kulturalny/Książki autorskie
- Oceny
- Patronat medialny LU
- Współpraca
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą southern rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą southern rock. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 lutego 2019
niedziela, 22 maja 2016
Two Timer - The Big Ass Beer to Go (2016)
Ta płyta mogłaby wyjść gdzieś w południowych rejonach Stanów Zjednoczonych i być w całości grana w zadymionych pomieszczeniach tamtejszych knajp w latach 40, 50, a może nawet wczesnych 60. Przy starym wysłużonym fortepianie siedzi Ray Charles, Mistrz B.B King stroi gitarę, obok czeka już gotowy Muddy Waters, znudzony Bob Dylan odpala kolejnego papierosa, a przy barze od niechcenia opiera się sam Jim Morrison, który wpadł posłuchać starych Mistrzów przed nadchodzącą sesją nagraniową któregoś z albumów The Doors. Barman przeciera niezbyt czystą szmatką kufel i wlewa w niego kolejną porcję złocistego, pieniącego się trunku, gdzieś z oddali ktoś krzyczy: "Whisky!" Zaraz, zaraz... wiecie, że to nowa płyta i w dodatku wydana przez polski zespół?!
niedziela, 21 września 2014
Corruption - Devil's Share (2014)
Napisała: Milena "Lady Stoner" Barysz
Ostatni album
studyjny „Bourbon River Bank” został wydany w 2010 roku. Później skład Corruption
posypał się jak igły z choinki. Nie przeszkodziło to jednak w niczym, by Corruption niczym feniks z
popiołów narodził się w nowym składzie i ruszył do boju z nowym
albumem zatytułowanym "Devil’s Share"...
środa, 3 września 2014
Death Denied - Transfuse the Booze (2014)
Napisała: Milena "Lady Stoner" Barysz
Przetaczanie alkoholu do krwi za pomocą
kroplówki nie jest niczym oczywistym. Death
Denied alkoholową transfuzją zaskakuje wielokrotnie. Panowie swoim pierwszym
longplayem robią psikusa, zaczynając od okładki, kończąc na dwunastym –
ostatnim utworze z płyty...
niedziela, 22 grudnia 2013
R23/75: Inverted Mind, Struggle With God, J.D Overdrive (20.12.2013, Desdemona, Gdynia)
Nie wszystkie niedźwiedzie zapadają w sen zimowy. Nie wszystkie też mają ochotę użerać się z choinką, która nie pasuje żonie, albo lepić pierogi i uszka do barszczu. W piątkowy wieczór warto było zajrzeć do Desdemony, szkoda tylko, że niedźwiedzi, które wypełzły ze swoich jaskiń, przybyła mało reprezentatywna grupa.
piątek, 6 grudnia 2013
WNS Polski VII: Leash Eye, Rebelianci
![]() |
| Już po jesieni, ale do stonera Andy Kehoe trzeba przyznać pasuje idealnie... |
Veni, vidi..., stoner rock. - tak pewnie brzmiałyby słowa Juliusza Gajusza Cezara, gdyby przekraczał rzekę Rubikon, jako muzyk rockowy. Choć jak każdy gatunek muzyki rockowej swoje najlepsze lata dawno ma już za sobą, wciąż powstają bardzo dobre płyty i ciekawe zespoły, które taką muzykę tworzą i robią to znakomicie, nie tylko na całym świecie, ale także w Polsce. W siódmym "WNSie Polskim" przyjrzymy się trzeciemu albumowi grupy Leash Eye, która notabene nie zatytułowała swojego najnowszego krążka "Vici", epce Rebeliantów i ich południowej duszy...
wtorek, 24 lipca 2012
R10/38: Broken Betty, Vagitarians, Horisont, The Flying Eyes (19.07.2012, Desdemona, Gdynia)
Deszczowa pogoda, zwłaszcza w wakacje zniechęca do życia –
dosłownie I w przenośni. Dobrą
alternatywą jest dobry koncert, ciężko wszak taki teraz znaleźć, ale gdyńska Desdemona
również w takie smutne wakacyjne dni potrafi zaskoczyć, a w dodatku bardzo
ciekawą ofertą koncertową.
Etykiety:
Broken Betty,
Desdemona,
hard rock,
heavy metal,
Horisont,
relacja,
southern rock,
stoner metal,
stoner rock,
The Flying Eyes,
Vagitarians
sobota, 11 lutego 2012
Black Rainbows – Supermothafuzzalicious!! (2011)
Pod długim tytułem, nad którym dosłownie można połamać sobie język kryje się trzecia studyjna płyta włoskiego zespołu Black Rainbows. Miała swoją premierę 5 grudnia 2011 roku i idealnie się składa, bowiem piszę o nich w niemal rok po tym, gdy poznałem i opisałem ich w cyklu Swobodni Jeźdźcy . A nowa płyta? Fenomenalna…!
piątek, 23 grudnia 2011
RXXVIII: Ninja, Broken Betty (22 XII 2011, Desdemona, Gdynia)
Przedświąteczne ładowanie
akumulatorów odbyło się w gdyńskiej Desdemonie. Uciekając od odwiecznych
problemów z lampkami choinkowymi, ubierania sypiącego się drzewka i od lepienia
pierogów postanowiłem posłuchać dwóch bardzo dobrych gdyńskich zespołów.
Młoda grupa Ninja oraz nieco starsza wiekiem i stażem Broken Betty zagrały mocne, bardzo energetyczne sety…
czwartek, 8 grudnia 2011
Stoner Again: Węgry
Stoner ma różne oblicza. To lżejsze, nastawione na niebezpieczne zbliżanie się do space rocka z lat 70 i to bardziej ekstremalne. To drugie wywodzące się w prostej linii z grania choćby takiego zespołu jakim była legendarna Pantera. Ostatnio w Polsce nawet nastąpił wysyp takiego grania, żeby wspomnieć tylko najbardziej znaną – aktualnie, z wiadomych powodów zawieszonej - Black River. A co powiecie na stoner z Węgier?
sobota, 12 listopada 2011
Jesienne Smuty Koncertowe: Tides From Nebula (10 XI 2011, Sfinks 700, Sopot)
Do napisania czegoś o Tides From Nebula zabierałem się kilkakrotnie i za każdym razem ponosiłem klęskę. Najpierw z trudem przyszło mi pokochanie tego instrumentalnego grania, później była próba napisania o najnowszej płycie „Earthshine”, następnie o debiutanckim krążku „Aura”. Wreszcie chciałem napisać o obu jednocześnie, powstał wstęp i pustka.
Postanowiłem wybrać się na koncert i nadal nie wiem jak o nich napisać – bo tego się po prostu nie da opisać. No, ale spróbujmy.
Przystawka I: Broken Betty
Przed każdym głównym daniem są przystawki, pierwszą było trójmiejskie trio Broken Betty grające southern/stoner rocka. Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z kawałków, bo było to moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, ale także nic, nowego w tym gatunku zaprezentowane nie zostało. Występ chłopaków był bardzo udany i w porównaniu z Octopussy, które słyszałem kilka dni wcześniej znacznie lepszy i ciekawszy. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrego, wyważonego nagłośnienia. Perkusja nadawała tempo i tło, a gitary wygrywały swoje – czyli tak jak powinno być. Był wyczuwalny pustynny klimat, groove i to, czego brakowało mi w Octopussy – przestrzeń, zwolnienia do następnego uderzenia – te, w finałowym niemal dziesięciominutowym utworze były po prostu wspaniałe.
Mocną stroną Broken Betty jest także wokal basisty, który potrafił oczarować szorstkim głosem, krzykiem by po chwili zaśpiewać wolno, łagodnie i lirycznie. I oto w tej muzyce właśnie chodzi. Czystą przyjemnością było też patrzenie na bardzo dobrą technikę gry perkusisty.
Przystawka II: NAO
Drugą przystawką była warszawska formacja NAO, która zaprezentowała materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Deprywacja Sensoryczna”. Zespół ten gra specyficzną mieszankę muzyki ekspyremntalnej z post rockiem i szeroko pojętą alternatywą. Dużym plusem na pewno był polskojęzyczny wokal – co już jest niemal rzadkością na polskim rynku fonograficznym, a muzycznie – cóż jak dla mnie jest trochę gorzej…
W każdym razie mnie ich granie nie poraziło – dłużyło się, było nieciekawe, a wokalistka sprawiała wrażenie ryby z trudem łapiącej powietrze na powierzchni – przynajmniej na początku. Słowa były kompletnie nie zrozumiałe, a kiedy zaczęły już być wyłapywalne, odniosłem wrażenie grafomańskiego bełkotu, który kiedyś zarzucano wszak łódzkiej Comie. Muzyka była pozbawiona emocji, a kompozycje były za długie – jeden numer potrafił brzmieć tak, jakby zawarte były w nim co najmniej trzy, albo cztery kawałki. Dziwna sprawa…
- Zagramy Wam trochę muzyki – powiedziała Edyta Glińska, wokalistka zespołu. Cóż, nie nazwałbym tego muzyką, przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, miałem raczej bardzo mieszane uczucia, choć ludziom wokół się podobało. Nie skreślam tej grupy zupełnie, może się do nich przekonam, gdyż w zanadrzu mam jeszcze asa: ich debiutancką płytę – ale to już będzie inna historia i nie przeznaczona na mojego bloga – ale dla We Are From Poland.
Danie główne: Tides From Nebula
Zagrali prawie dwugodzinny koncert, grając utwory z obu swoich płyt. Gitarowe galopady i melancholijne pasaże, które raz po raz wybuchały w ekstatycznym tańcu emocji.
Tak jak napisałem na początku, nie wiem, po prostu nie wiem jak opisać swoje wrażenia; to, co widziałem i słyszałem jest nie do opisania. To była po prostu magia, metafizyka i ciężkie działa z bronią masowego rażenia emocjami, wytoczone przeciwko ludziom, którzy przyszli na ich koncert.
Spodziewałem się tego, ale jak przelać na papier to, co trzeba przeżyć samemu – wewnątrz siebie? Wielokrotnie udawało mi się to w mniejszym lub większym stopniu, ale tym razem nie potrafię. Było niesamowicie i pięknie – to chyba był najwspanialszy koncert mojego życia. Spróbuję oddać magię tego wydarzenia z pomocą kilku zdjęć:
Cóż jeszcze? Jesień trwa w najlepsze. A wraz z nią piękne przeżycia, zatopienia, odkrycia i uniesienia. A tego się właśnie oczekuje od tej pory roku.
Postanowiłem wybrać się na koncert i nadal nie wiem jak o nich napisać – bo tego się po prostu nie da opisać. No, ale spróbujmy.
Przystawka I: Broken Betty
Przed każdym głównym daniem są przystawki, pierwszą było trójmiejskie trio Broken Betty grające southern/stoner rocka. Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z kawałków, bo było to moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, ale także nic, nowego w tym gatunku zaprezentowane nie zostało. Występ chłopaków był bardzo udany i w porównaniu z Octopussy, które słyszałem kilka dni wcześniej znacznie lepszy i ciekawszy. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrego, wyważonego nagłośnienia. Perkusja nadawała tempo i tło, a gitary wygrywały swoje – czyli tak jak powinno być. Był wyczuwalny pustynny klimat, groove i to, czego brakowało mi w Octopussy – przestrzeń, zwolnienia do następnego uderzenia – te, w finałowym niemal dziesięciominutowym utworze były po prostu wspaniałe.
Mocną stroną Broken Betty jest także wokal basisty, który potrafił oczarować szorstkim głosem, krzykiem by po chwili zaśpiewać wolno, łagodnie i lirycznie. I oto w tej muzyce właśnie chodzi. Czystą przyjemnością było też patrzenie na bardzo dobrą technikę gry perkusisty.
Przystawka II: NAO
Drugą przystawką była warszawska formacja NAO, która zaprezentowała materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Deprywacja Sensoryczna”. Zespół ten gra specyficzną mieszankę muzyki ekspyremntalnej z post rockiem i szeroko pojętą alternatywą. Dużym plusem na pewno był polskojęzyczny wokal – co już jest niemal rzadkością na polskim rynku fonograficznym, a muzycznie – cóż jak dla mnie jest trochę gorzej…
W każdym razie mnie ich granie nie poraziło – dłużyło się, było nieciekawe, a wokalistka sprawiała wrażenie ryby z trudem łapiącej powietrze na powierzchni – przynajmniej na początku. Słowa były kompletnie nie zrozumiałe, a kiedy zaczęły już być wyłapywalne, odniosłem wrażenie grafomańskiego bełkotu, który kiedyś zarzucano wszak łódzkiej Comie. Muzyka była pozbawiona emocji, a kompozycje były za długie – jeden numer potrafił brzmieć tak, jakby zawarte były w nim co najmniej trzy, albo cztery kawałki. Dziwna sprawa…
- Zagramy Wam trochę muzyki – powiedziała Edyta Glińska, wokalistka zespołu. Cóż, nie nazwałbym tego muzyką, przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, miałem raczej bardzo mieszane uczucia, choć ludziom wokół się podobało. Nie skreślam tej grupy zupełnie, może się do nich przekonam, gdyż w zanadrzu mam jeszcze asa: ich debiutancką płytę – ale to już będzie inna historia i nie przeznaczona na mojego bloga – ale dla We Are From Poland.
Danie główne: Tides From Nebula
Zagrali prawie dwugodzinny koncert, grając utwory z obu swoich płyt. Gitarowe galopady i melancholijne pasaże, które raz po raz wybuchały w ekstatycznym tańcu emocji.
Tak jak napisałem na początku, nie wiem, po prostu nie wiem jak opisać swoje wrażenia; to, co widziałem i słyszałem jest nie do opisania. To była po prostu magia, metafizyka i ciężkie działa z bronią masowego rażenia emocjami, wytoczone przeciwko ludziom, którzy przyszli na ich koncert.
Spodziewałem się tego, ale jak przelać na papier to, co trzeba przeżyć samemu – wewnątrz siebie? Wielokrotnie udawało mi się to w mniejszym lub większym stopniu, ale tym razem nie potrafię. Było niesamowicie i pięknie – to chyba był najwspanialszy koncert mojego życia. Spróbuję oddać magię tego wydarzenia z pomocą kilku zdjęć:
Cóż jeszcze? Jesień trwa w najlepsze. A wraz z nią piękne przeżycia, zatopienia, odkrycia i uniesienia. A tego się właśnie oczekuje od tej pory roku.
czwartek, 10 listopada 2011
RXXV: Call the Fire Brigade, Ninja, Octopussy (8 XI 2011, Pokład, Gdynia)
Pierwsza trasa koncertowa po Polsce gdyńskiej grupy Call the Fire Brigade zakończyła się pomyślnie. W Gdyni. Finał trasy musiał nastąpić w mieście rodzinnym, jednak tym razem nie odbył się w Uchu. Wybór padł na klub Pokład, charakteryzujący się ekscentrycznym pirackim wystrojem, który średnio chyba pasuje do klimatów postmetalowych i hardcore’owych.
Jeden zespół bardzo mnie zainteresował (Ninja), CTFB dało koncert zaledwie dobry, ale skoro byli zmęczeni po prawie dwóch tygodniach grania w kraju, można im to wybaczyć, a trzeci, chyba jednak przereklamowane OśmioCipki, czyli Octopussy nie podobały mi się wcale jakoś specjalnie.
Jako pierwsi wystąpili chłopacy z zespołu Ninja. To jeden z kilku zespołów w których udziela się Max Krzywkowski i równie ciekawy jak Timmy And the Drugs czy akustyczne projekty. Obracający się też w zupełnie innych rejonach stylistycznych. Chłopaki zaserwowali energetyczną mieszankę punk rocka zmieszanego z hard/metalcore’em i wypadli nader interesująco.
Nie obwijając w bawełnę zaczęli z grubej rury pędzącym riffem, trzaskiem perkusji, melodią i mocnym wokalem. Niektóre kawałki przywodziły nawet na myśl ostrzej potraktowane eksperymenty Jacka White’a – osobiście bardzo lubię takie właśnie granie, które nie ogranicza się do konkretnego stylu, ale odlatuje w coraz to inne rejony idealnie się ze sobą spasowując i kolidując. Nastawione na zabawę granie czasami mogło się wydać mało oryginalne, ale w tym wypadku chodziło, oto żeby dobrze się wkręcić, dobrze się bawić.
Zespół ten swoje ciosy rozdawał z zaskakującą precyzją i siłą – zabrakło mi tylko momentów „bullet time”. Czasami kojarzyło mi się granie chłopaków z jakimś gore’owym filmem o zombie, które rzuciwszy się na ofiarę, wyrywają ogromny ociekający krwią kawał mięsa. Pierwszorzędne granie, do którego z chęcią się wróci – a podobno nagrywać będą materiał studyjny. Trzymam(y) zatem kciuki!
CTFB po debiucie 8 grudnia 2010 roku w sopockim Starym Rowerze i pierwszej epce „Dockyard Session” konsekwentnie zaczęło rosnąć w siłę. Każdy kolejny koncert był coraz lepszy i ciekawszy, druga płytka „2EP” dziwiła nieco łagodniejszym obliczem, a świeżutki teledysk, który pojawił się w zeszłym miesiącu, do utworu „Alex Broke My Shoulder” pokazał z kolei, że z chłopaków to niezłe łobuzy. Kto to bowiem widział demolować samochód…?
Wreszcie trasa koncertowa. Nie wiem jak pozostałe koncerty na trasie, ale gdyński, finalny występ CTFB był, jak już powiedziałem, zaledwie dobry. Zespół, który nie wątpliwie rośnie w siłę, zaprezentował mocny set złożony z kawałków z obu wydawnictw i z tego co wiem, najprawdopodobniej również jakiś nowości. Co zawiodło? Mniej ruchliwy niż zazwyczaj wokalista. Postawił na nieco spokojniejsze i mniej zadziorne śpiewanie, które średnio zaczyna pasować do stylu grupy – niestety słychać tendencje regresywne u Marka. CTFB również zagrało nieco łagodniej i bardziej jeszcze przestrzennie niż poprzednio, gdy ich słyszałem w Uchu. Wszystko wskazuje na to, że chłopaki z CTFB szukają i idą w dobrą stronę. I tak trzymać!
Octopussy to zespół, który wziął nazwę od trzynastego odcinka przygód brytyjskiego agenta Jamesa Bonda 007. Łącząc południowo amerykański rock i pustynny stoner z rock’n’rollem postawili na dobrą zabawę, która wielu zachwyciła. Ile ja dobrego słyszałem o tym zespole – ale niestety wcale mnie nie zachwycili.
Brak świeżości, polotu, czegoś oryginalnego w tym graniu, jest zbyt sucho i nudno. Intrygował jedynie fantastyczny perkusista, który nadawał całości tempa i przestrzeni. Wszystko inne jakoś stało z boku – gitary burczały, brakowało płynących zejść i zabaw z przestrzenią po których winien nastąpić ekstatyczny wybuch, klawiszy, skoro już są, było ewidentnie za mało, a wokal jest według mnie mało stonerowy.
Technicznie jest świetnie, ale jak dla mnie bez szału. Na dłuższą metę są strasznie męczący, a tego typu granie nie powinno męczyć. Zespół dobił się zagranym na bis coverem Zepellinów. Szkoda. Zawiodłem się.
Dwa zespoły mają przyszłość, trzeci – Octopussy pewnie ją też ma, ale nie będę o niej mówił, bo zwyczajnie jej nie widzę. Podobnego grania słyszałem już trochę i były to rzeczy znacznie ciekawsze, nie wspominając już o Black River, które mam nadzieję jeszcze wróci do grania. Jak na razie o stanie zdrowia Taffa – cisza. I też szkoda. Może gdyby Octopussy zagrali z nimi? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Albo po prostu zadajcie je sobie – retorycznie.
Jeden zespół bardzo mnie zainteresował (Ninja), CTFB dało koncert zaledwie dobry, ale skoro byli zmęczeni po prawie dwóch tygodniach grania w kraju, można im to wybaczyć, a trzeci, chyba jednak przereklamowane OśmioCipki, czyli Octopussy nie podobały mi się wcale jakoś specjalnie.
Jako pierwsi wystąpili chłopacy z zespołu Ninja. To jeden z kilku zespołów w których udziela się Max Krzywkowski i równie ciekawy jak Timmy And the Drugs czy akustyczne projekty. Obracający się też w zupełnie innych rejonach stylistycznych. Chłopaki zaserwowali energetyczną mieszankę punk rocka zmieszanego z hard/metalcore’em i wypadli nader interesująco.
Nie obwijając w bawełnę zaczęli z grubej rury pędzącym riffem, trzaskiem perkusji, melodią i mocnym wokalem. Niektóre kawałki przywodziły nawet na myśl ostrzej potraktowane eksperymenty Jacka White’a – osobiście bardzo lubię takie właśnie granie, które nie ogranicza się do konkretnego stylu, ale odlatuje w coraz to inne rejony idealnie się ze sobą spasowując i kolidując. Nastawione na zabawę granie czasami mogło się wydać mało oryginalne, ale w tym wypadku chodziło, oto żeby dobrze się wkręcić, dobrze się bawić.
Zespół ten swoje ciosy rozdawał z zaskakującą precyzją i siłą – zabrakło mi tylko momentów „bullet time”. Czasami kojarzyło mi się granie chłopaków z jakimś gore’owym filmem o zombie, które rzuciwszy się na ofiarę, wyrywają ogromny ociekający krwią kawał mięsa. Pierwszorzędne granie, do którego z chęcią się wróci – a podobno nagrywać będą materiał studyjny. Trzymam(y) zatem kciuki!
CTFB po debiucie 8 grudnia 2010 roku w sopockim Starym Rowerze i pierwszej epce „Dockyard Session” konsekwentnie zaczęło rosnąć w siłę. Każdy kolejny koncert był coraz lepszy i ciekawszy, druga płytka „2EP” dziwiła nieco łagodniejszym obliczem, a świeżutki teledysk, który pojawił się w zeszłym miesiącu, do utworu „Alex Broke My Shoulder” pokazał z kolei, że z chłopaków to niezłe łobuzy. Kto to bowiem widział demolować samochód…?
Wreszcie trasa koncertowa. Nie wiem jak pozostałe koncerty na trasie, ale gdyński, finalny występ CTFB był, jak już powiedziałem, zaledwie dobry. Zespół, który nie wątpliwie rośnie w siłę, zaprezentował mocny set złożony z kawałków z obu wydawnictw i z tego co wiem, najprawdopodobniej również jakiś nowości. Co zawiodło? Mniej ruchliwy niż zazwyczaj wokalista. Postawił na nieco spokojniejsze i mniej zadziorne śpiewanie, które średnio zaczyna pasować do stylu grupy – niestety słychać tendencje regresywne u Marka. CTFB również zagrało nieco łagodniej i bardziej jeszcze przestrzennie niż poprzednio, gdy ich słyszałem w Uchu. Wszystko wskazuje na to, że chłopaki z CTFB szukają i idą w dobrą stronę. I tak trzymać!
Octopussy to zespół, który wziął nazwę od trzynastego odcinka przygód brytyjskiego agenta Jamesa Bonda 007. Łącząc południowo amerykański rock i pustynny stoner z rock’n’rollem postawili na dobrą zabawę, która wielu zachwyciła. Ile ja dobrego słyszałem o tym zespole – ale niestety wcale mnie nie zachwycili.
Brak świeżości, polotu, czegoś oryginalnego w tym graniu, jest zbyt sucho i nudno. Intrygował jedynie fantastyczny perkusista, który nadawał całości tempa i przestrzeni. Wszystko inne jakoś stało z boku – gitary burczały, brakowało płynących zejść i zabaw z przestrzenią po których winien nastąpić ekstatyczny wybuch, klawiszy, skoro już są, było ewidentnie za mało, a wokal jest według mnie mało stonerowy.
Technicznie jest świetnie, ale jak dla mnie bez szału. Na dłuższą metę są strasznie męczący, a tego typu granie nie powinno męczyć. Zespół dobił się zagranym na bis coverem Zepellinów. Szkoda. Zawiodłem się.
Dwa zespoły mają przyszłość, trzeci – Octopussy pewnie ją też ma, ale nie będę o niej mówił, bo zwyczajnie jej nie widzę. Podobnego grania słyszałem już trochę i były to rzeczy znacznie ciekawsze, nie wspominając już o Black River, które mam nadzieję jeszcze wróci do grania. Jak na razie o stanie zdrowia Taffa – cisza. I też szkoda. Może gdyby Octopussy zagrali z nimi? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Albo po prostu zadajcie je sobie – retorycznie.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Black Stone Cherry – Between the Devil and the Deep Blue Sea (2011)
Tytuł płyty zaczerpnięto z terminologii marynistycznej. W wolnym tłumaczeniu oznacza on „pomiędzy oddechem Diabła a głęboką otchłanią błękitnego morza”. Sam termin dawniej określał sytuację, w której marynarz był zmuszony do zawiśnięcia pomiędzy burtą statku a morzem w celu dokonania koniecznych napraw lub pomiarów, często ryzykując nawet życiem. Doskonale oddaje on też problem tej płyty. Choć sami muzycy podkreślają, że tytuł płyty i jej zawartość to podsumowanie roku z ich życia. Odnoszę jednak wrażenie, że można by go przetłumaczyć też w ten sposób: „pomiędzy łaską producenta a zachowaniem własnej tożsamości”. Nie, nie jest to wcale zła płyta, wręcz przeciwnie. Pojawia się jednak kilka dużych i istotnych „ale”.
Po raz pierwszy chłopaki nie rejestrowali materiału w rodzinnym Kentucky, lecz w Los Angeles pod czujnym okiem (i uchem) uznanego producenta muzycznego Howarda Bensona. Nowe środowisko przyczyniło się w znacznej mierze do tego jak brzmi nowy, trzeci studyjny już album Black Stone Cherry. Właśnie brzmienie mocno wpływa na odbiór najnowszego wydawnictwa kwartetu, wcześniejsze płyty bowiem, (również koncertowa), charakteryzowały się surowością i brudem, młodzieńczym nieokrzesaniem. Nowa płyta została obdarta z tych właściwości, całość została uładzona, wyczyszczona i zmiękczona. Oczywiście, to nadal jest ten sam zespół, jednak różnica jest kolosalna. To, że jest to grupa „radiowa”, a ich kawałki świetnie nadają się do audycji, to rzecz wiadoma, jednak na tej płycie zostało to jeszcze bardziej uwypuklone właśnie przez nowe, zupełnie inne brzmienie.
Płytę otwiera wydany 10 kwietnia jako singiel utwór „White Thrash Millionaire”, który nie ma nic wspólnego z fantastycznymi, ciężkimi i przebojowymi otwieraczami z dwóch pierwszych płyt („Rain Wizard” i „Blind Man”). Też jest dość ciężki i przebojowy, ale jest trochę jak zbyt słodki cukierek i słucha się go ciężko i z mieszanymi uczuciami, ale kiedy już wybrzmi robi się troszkę ciekawiej. Troszkę, bo przyjemność psuje brzmienie i dwa utwory znajdujące się na płycie.
I tak, drugi jest „Killing Floor”. Wolne wejście i po chwili ostry, melodyjny riff oraz chwytliwy refren. Trzeci utwór to „In My Blood”. Również wolniejszy, bardziej balladowy i melancholijny, przywodzący na myśl trochę starsze Lynyrd Skynyrd, legendę southern rocka.
„Such a Shame” to numer czwarty. Szybszy, pędzący z bardzo ciekawym riffem prowadzącym i trochę niepotrzebnymi chórkami.
Piątka to „Won’t let go” – akustyczny, balladowy kawałek, z nieco ostrzejszym momentem na refren. Moim zdaniem, to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Szóstka to „Blame It On The Boom Boom” – kolejny szybki numer z riffem i konstrukcją trochę jak z Black Label Society. I znów niepotrzebne, moim zdaniem, chórki. Lepsza byłaby w tych miejscach zagrywka na gitarze, albo harmonijka ustna. Chwytliwy „Like A roll” to siódemka, która jest ewidentną, krótszą i dużo gorszą kopią „I Won’t Get Fooled Again” The Who.
Lepiej byłoby po prostu nagrać cover, niż bezmyślnie kopiować patenty tej legendarnej grupy. Ósemka nosi tytuł „Can’t you see” – wolny, pochodowy i do tego Lynyrd Skynyrdowy szlif. To kolejny utwór, należący do najciekawszych na płycie.
Dziewiąty jest „Shake” oparty na ciężkim riffie, dość wolny utwór, znów trochę przywodzący na myśl Black Label Society. Numer dziesiąty to „Stay” – ballada, z ładną i klimatyczną linią melodyczną akustycznych gitar. Dobre posunięcie z powtarzaniem słów przez echo.
Jedenastka to „Change” – będąca z jednej strony kopią utworu „Your Betrayal” Bullet For My Valentine, który otwiera ostatnią płytę walijskiej grupy „Fever” (dokładnie to samo wejście i konstrukcja) a z drugiej strony znów przywołujący Black Label Society. I ostatni numer na płycie, dwunasty (dwie wcześniejsze zawierały trzynaście kompozycji) to akustyczna, bardzo interesująca ballada w południowo amerykańskim stylu country, troszkę przywodząca na myśl eksperymenty Led Zeppelin z tą stylistyką.
Podsumowując, nową płytę BSC słucha się przyjemnie i bez większego znudzenia. Pozbawiona jednak zadziorności i brudu dwóch poprzednich płyt, rozczarowuje. Na pewno, jest to granie dojrzalsze i inne od tego z trzech poprzednich wydawnictw (wliczając koncertówkę „Live In Astoria” z 2007). Nie jest to jednak dobra płyta do rozpoczęcia przygody z BSC, warto wpierw poznać wcześniejsze płyty grupy, a dopiero potem sięgnąć po tą. Mocno uładzone, zmiękczone brzmienie płyty sprawia, że brakuje na płycie energii i trzeba dużo czasu, aby przesłuchać ją w całości, zwłaszcza przy pierwszych podejściach.. Bardzo się zawiodłem na utworach „Like A Roll” oraz „Change” – czegoś takiego uznany producent w ogóle nie powinien pozwolić nagrać chłopakom, bo są to po prostu zerżnięte całe fragmenty innych, świetnych kawałków - klasyka The Who i zeszłorocznego otwieracza albumu BFMV.
Bardzo cieszyłem się na tę płytę, ale niestety zawiodłem się. Moim zdaniem zespół nie podołał trudnej sztuce zawiśnięcia pomiędzy „oddechem Diabła a głęboka otchłanią błękitnego morza”. Szkoda, bardzo wielka szkoda. Na pocieszenie zostaje jeszcze bardzo ładna i intrygująca, ascetyczna czarnobiała okładka. Gdyby niewspomniane kawałki byłbym skłonny postawić tej płycie mocną siódemkę. W tej sytuacji, stawiam (tylko i aż): 6,5/10
sobota, 2 kwietnia 2011
W niewielu słowach
W niewielu słowach: Część I
Na początek małe wyjaśnienie. To nie jest żadne zgapienie pomysłu, a raczej wyjście naprzeciw, coś w rodzaju odpowiedzi. Niektórych płyt czy zespołów nie da się opisać w pełnych artykułach czy recenzjach, a na pewno nie zawsze jest to łatwe. Nie będę o opisanych w taki sposób płytach pisał później szerzej. Nie widzę bowiem większego sensu wracania do raz opisanego materiału. Związku z tym, że mamy do czynienia z wersją skróconą: obniżam punktację do pięciu punktów.
Na początek zaś garść debiutów.
1. Celtachor – In The Halls Of Our Ancient Fathers (2010)
Debiutancka płytka, a właściwie debiutanckie demo, tego irlandzkiego zespołu wpadło mi w ręce dość przypadkowo. Nie szukałem tej płyty, ani tego zespołu. Znaleźli mnie sami – na moim Myspace. Styl grupy można określić jako połączenie black metalu z folkiem. Mocno zbliża się ona stylem do tego, co zapoczątkował Quorthon (wraz ze swoim projektem Bathory) – zarówno w sferze black metalu, ale także epic i viking metalu czy wczesnego Satyricona. Płyta zawiera bowiem siedem potężnych, epickich kawałków a całość zamyka się w nieco ponad trzydziestu sześciu minutach. Obok ciężkich, mrocznych riffów i potężnej dającej po głowie perkusji, mamy wstawki na fletni, zapewne oparte na tradycyjnej celtyckiej muzyce i bardzo dobrym charczącym, growlowanym wokalu. Spokojne, wyłaniające się z mgły intro „Nemed’s Wake” z chorałami i delikatną orkiestracją fantastycznie wprowadza w klimat opowieści. Drugi utwór „Rise of Lugh” i kolejne to już bitewny zgiełk. Kiedy pojawia się flet, ma się jednak przed oczami tańce driad i faunów przed ogniskiem. Stanowi on piękny, liryczny dodatek, który melodyjnymi dźwiękami uzupełnia całość. Materiał jest nagrany bardzo surowo i z dużą dawką ukrytej mocy. Podsumowując, jest to płyta godna polecenia każdemu wielbicielowi takich klimatów, zarówno tym, którzy ubóstwiają Bathory jak i dla tych, którzy preferują klasyczny black metal. Jedna z tych, którą można słuchać bez znudzenia po kilka razy pod rząd. 5/5
2. Godsized – Godsized EP (2011)
Stoner ma się dobrze. Wszystko za sprawą Zakka Wylde’a i jego Black Label Society oraz nierdzewiącej legendy, jaką jest Lynyrd Skynyrd. Zespoły i płyty oscylujące wokół tej stylistyki powstają już nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Polsce i we Włoszech jak grzyby po deszczu. Godsized pochodzi z Wielkiej Brytanii, aktualnie jest w trasie z BLS i właśnie wydał swoją debiutancką epkę. Płytka trwa około czterdziestu jeden minut i zawiera materiał nawiązujący do stylistyki BLS, ale jednocześnie prezentują swój własny, oryginalny styl. Stawiają na chwytliwość kawałków, które są dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Jak na brudne stonerowe brzmienie jest ono bardzo wysublimowane i eleganckie. A cała płyta to potężna i nowoczesna mieszanka bluesa z ostrym, tnącym hard rockiem i z imponującymi, silnymi heavy metalowymi wstrząsami sejsmicznymi. Otrzymujemy osiem utworów, które porażają doskonałą jakością nagrania, bardzo ciekawymi riffami i (jak na standardy stoner rocka) chwytliwymi melodiami. Już otwierający płytę pędzący „Walking Away” wypada niezwykle interesująco, a potem jest już coraz ciekawiej. Bardzo dobra epka zachęca do śledzenia kariery tego młodego zespołu. Jest to pozycja silnie rekomendowana nie tylko wielbicielom stoner rocka, BLS czy BSC, ale także wszystkim tym, którzy szukają po prostu dobrej, mocnej muzy. 5/5
3. Delifony – Human Time (2010)
Zespół pochodzi z Francji i gra metal progresywny. Nie kopiują założeń jakie wypracowali Bogowie, czyli Dream Theater, mają bowiem swój własny styl. Utwory zawarte na płycie nie są długie, najdłuższy trwa raptem osiem minut z sekundami. Album zaś jest jak sądzę konceptem, opowiada bowiem jeden (?) dzień z życia pewnego człowieka zawieszonego pomiędzy światami – naszym i tym, którego nie znamy. Intrygująca jest już sama okładka – po lewej stronie tarcza zegara dworcowego, po prawej tarcza zegara słonecznego, a pośrodku stacja metra, korek uliczny i załamany mężczyzna siedzący na łóżku. Poniżej jeszcze linia życia… W ogóle czas odgrywa na tym albumie dużą rolę – na początku mamy nawet tykanie i dzwonienie budzika. Choć wokale są po angielsku, momentami słychać przebijający się francuski akcent. Bardzo ciekawe riffy i klawiszowe pasaże budują klimat, a perkusja przepięknie uzupełnia całość. W momencie kiedy Dream Theater zaczyna zjadać własny ogon, powielać schematy i boryka się z problemami braku perkusisty (podobno kogoś już mają, ale tylko rzucają hasełkami w rodzaju „jesteśmy podnieceni”, „nagrywamy miażdżący materiał, najlepszy jaki stworzyliśmy” - a to zazwyczaj niestety nie wróży niczego dobrego) Delifony jest zespołem dużo ciekawszym i oryginalniejszym od Bogów. Spośród albumów oscylujących wokół klimatów progresywnych jest to jeden z najlepszych albumów ostatnich kilku lat jaki słyszałem. Polecam go każdemu kto jest ciekawy muzyki z innego kraju niż Stany czy Wielka Brytania, wielbicielom metalu progresywnego, również Bogów i każdemu, kto lubi zatopić się w dźwiękach i na chwilę znaleźć się w innych miejscach czy stanach świadomości. 5/5
4. Sinebreed – When Worlds Collides (2010)
Ta niemiecka supergrupa powstała niedawno i od razu przystąpiła do realizacji debiutanckiego albumu. W każdym razie muzycy, którzy wchodzą w skład zespołu nie są amatorami, grają już jakiś czas, często nawet w kilku różnych grupach i międzynarodowych składach. Otrzymaliśmy ciekawą mieszankę power metalu w stylu wczesnego Helloween i Edguy z hard rockowym szlifem w rodzaju Jorna, czy Blach Sabbath i progresywnymi wędrówkami i operowym zacięciem. Mamy więc pędzącą perkusję, ciężkie charczące riffy, klawiszowe wstawki, orkiestracje i chwytliwe melodie. Wokal jest szorstki, hard rockowo chrypliwy i na tyle wysoki, że wyciągane fragmenty brzmią naprawdę dobrze i nie męczą zbyt wysokimi rejestrami. Wszystkie utwory są przemyślane i dopracowane w najmniejszym szczególe, nie nużą i dobrze dają po głowie, po prostu słuchanie tej płyty sprawia satysfakcję. Choć podobnego grania jest w ostatnich latach sporo, jest to bardzo dobra pozycja, którą śmiało polecam każdemu wielbicielowi podobnych brzmień i stylistyki heavy/power metalowej. 4/5
Cdn.
Etykiety:
2010,
2011,
Bathory,
Celtachor,
Delifony,
epic metal,
Godsized,
metal progresywny,
power metal,
Sinebreed,
southern rock,
stoner metal,
viking metal,
w niewielu słowach
środa, 2 lutego 2011
Swobodni jeźdzcy - część III
Swobodni jeźdźcy:
- od southern rocka do stoner metalu (część III - ostatnia)
4.2 Black River
Grupa powstała w 2008 roku jako nowe wcielenie rozwiązanego Neolithic. W tym samym roku został wydany debiutancki album zatytułowany po prostu „Black River”. Płyta uzyskała m. in. nominację do Fryderyków oraz nagrody rozgłośni radiowej Antyradio
W skład weszli muzycy nie byle jacy, bo: Dariusz „Daray” Brzozowski na perkusji (m. in. Vesania, Neolithic, Vader, Hunter, Dimmu Borgir), Artur Kempa na gitarze, Tomasz Wróblewski na basie (Vesania, Neolithic, Behemoth), Piotr Witulich na gitarze (Neolithic) oraz Maciej Taff na wokalu (Rootwater, Geisha Goner, Testor, Neolithic).
Już w roku 2009 supergrupa zaprezentowała kolejne wydawnictwo „Black’n’roll”. Aktualnie zespół zawiesił działalność na czas nieokreślony z powodu poważnej choroby Macieja Taffa, co nie przeszkodziło w grudniu 2010 roku wydać trzecią płytę pod tytułem „Trash”. Na tej płycie znalazły się odrzuty z sesji nagraniowych obu płyt i kilka utworów koncertowych. Odrzuty odrzutami, ale wiele zespołów chciałoby mieć takie odrzuty, które brzmią jak pełnoprawne utwory i takimi właśnie są, po prostu nie znalazły się na poprzednich płytach grupy.
Styl grupy ciężko w sumie opisać, bo jak opisać płyty, na których znajdują się same doskonałe utwory i to takie, które trafiają do celu jak doskonale wymierzony pocisk i to w dodatku wykonaniu takich muzyków? Spróbujmy… na pierwszy rzut ucha to po prostu rock’n’roll, albo taki mocniejszy southern rock po polsku. Idąc dalej można takie granie określić jako rasowy stoner metal, z tą różnicą, że tak naprawdę grupa wypracowała swój własny niepowtarzalny styl, który na drugiej płycie określili jako black’n’roll. I jest coś w tym. Na basie mamy przecież kolesia z Behemotha, a na perkusji jest człowiek, który bębni nawet z Dimmu Borgir… a muzyka to właściwie taki black-death metalowy… southern rock właśnie. Mamy utwory stosunkowo krótkie (do pięciu minut) zbudowane na potężnych riffach, łomoczącej i pędzącej perkusji, nisko osadzonym basie i wyśmienitym wzorcowym wręcz wokalu Macieja Taffa, którego uważam, za najlepszego polskiego wokalistę.
Jest niezwykle wszechstronny i utalentowany – to taki nasz polski Derrick Green
Tematyka utworów to osobna sprawa, mamy bowiem utwory m.in. o piciu na umór („Young’n’drunk” z drugiej płyty), o podróżowaniu bezdrożami południa („Desert Rider” czy „American Way” z płyty „Trash”), czy nawet tematy socjalne („Street Games” czy „Fanatic” z pierwszej), o trudnych kobietach („Punky Blond” z pierwszej czy „Isabel” z drugiej) a nawet żarty muzyczne pokroju „Jumping Queeny Flash” będący coverem przeboju Rolling Stonesów „Jumping Jack Flash” z hymnem Wielkiej Brytanii „God Save the Queen”.
W ogóle atmosfera tych nagrań jest bardzo luźna, żywiołowa i pełna niespożytej energii. Nawet w akustycznych utworach („Silence” z pierwszej czy „Free Man” z płyty „Trash”) słychać kipiące emocje. I do tego jeszcze dochodzą niesamowite umiejętności muzyków, które razem są mieszanką iście wybuchową i niezwykle świeżą.
Bardzo amerykańska muzyka prosto od polskich gigantów. Tak należy ich określić, a płyty, wszystkie trzy to dosłownie walec, który przejeżdżając przez głowę zostawia tylko miazgę.
Powyższe przykłady znakomicie pokazują, że rock z amerykańskiego południa ma się doskonale i inspiruje na całym świecie. Mało tego, cały czas się rozwija i wchłania coraz to kolejne odmiany rocka i heavy metalu. Zespołów grających w ten sposób, inspirujących się klasykami i tworzącymi własne odczytania tej stylistyki można by mnożyć pewnie bez końca i znalazłoby się na pewno jeszcze wiele niesamowitych grup obracających się w tych stylistykach. Nie pozostaje nic innego, jak założyć skórzaną kurtkę i usiadłszy za kierownicą naszego jednoślada lub muscle cara udać się w podróż po bezdrożach, w podróż po nieznanych pustyniach prosto w palące słońca Teksasu…
Koniec
Swobodni jeźdzcy - część II
Swobodni jeźdźcy:
- od southern rocka do stoner metalu (część II)
3. Włochy – Black Rainbows
Zespół powstał w 2005 roku. W dwa lata od powstania własnym sumptem wydał pierwszą płytę, zatytułowaną „Twilight In the Desert”. Nagraną słabo i w sumie niezbyt ciekawą, choć pokazującą, że grupa ma dość spory potencjał. W ciągu kolejnych kilku lat występowali m.in. z Airbourne (!). Krytycy podkreślają, że zespół rozwija się w zatrważająco szybkim tempie i stworzył własną odmianę stoner metalu, którą sami muzycy określają jako heavy-psychodelic stoner rock. I jest coś w tym… W stylu muzycznym można doszukać się najlepszych wzorców np.: obok Black Sabbath, mamy space rockowy Hawkwind, a nawet wyśmienitą współczesną grupę Kyuss.
W 2010 roku wydali znakomitą, drugą w swojej karierze płytę, zatytułowaną „Carmina Diabolo”. Jest ona znacznie lepsza i bardziej reprezentatywna niż debiut, a na pewno pokazuje zespół już w pełni dojrzały i świadomy tego jaką drogą chcą podążać. Przyjrzyjmy się krótko najnowszemu wydawnictwu włoskich ogierów w podróży po dzikim zachodzie współczesnej Ameryki…
Pierwsza rzecz, która zwraca uwagę to świetna grafika na okładce płyty: na kunsztownie zdobionym krwawym tle i satanistycznej gwieździe mamy pożółkłą czaszkę kozła, a pod nim oplatające ja niczym kołnierz dwa kościste żebra spięte psychodelicznym okiem, które zdaje się przeszywać obserwatora na wylot i poznawać jego myśli. Kapitalnie wprowadza ona w klimat płyty, za nim jeszcze się ją włączy. A zatem włączamy… uwaga…
Pierwszy numer zatytułowany „Himalaya” uderza w nas nisko nastrojonymi wibrującymi gitarami i basem, potem dochodzi pędząca perkusja. Wokal… przywodzi na myśl nawet samego Ozzy’ego Osbourne’a. Gdzieś po głowie chodzą zaś skojarzenia z Lynyrd Skynyrd.
Drugi „Babylon” nie zwalnia tempa, mamy charczący pędzący wokal i „pykającą” perkusję. Cały numer jest utrzymany na wysokich obrotach silnika i z każdą sekundą prędkość rośnie.
„Under the Sun” to trzeci numer na płycie: zaczyna wibrujący bas, kilka uderzeń perkusji i gitary i zaczynamy kolejną jazdę. Tu zaczyna nam trochę pachnieć AC/DC, perkusyjne zwolnienie przywodzi na myśl Bonhama. I do tego melodyjne wstawki przywodzące na myśl samego Hendrixa.
„What’s in your hands” rozpoczyna orientalny motyw i deszcz, który zaczyna być powtarzany przez gitarę, delikatne uderzenia perkusji i utwór się rozkręca. Ten jest nieco wolniejszy, a niski chrypkowy wokal jest melodyjny i przywodzi na myśl styl Kurta Cobaina…
Rozpędzęni na opuszczonej pustynnej autostradzie wjeżdżamy do „Bulls & Bones”. Nie zwalniamy tempa, a wokal tym razem przypomina Jamesa Hetfielda (razem z jego manierą, ale do takiej muzy pasującej znacznie lepiej). Docieramy do tytułowego utworu. Zaskoczenie, że jest krótki (niecałe półtorej minuty) uspokaja fakt, że jest bardzo klimatyczny. Przywodzi na myśl Zeppelinów, może nawet The Doors. Na tle gitary, przesterowany głos i elektronika jak z Hawkwind… takie małe cudeńko. Po zwolnieniu znów przyśpieszamy wjeżdżając do „In the City”, gdzie ogłuszeni rock’n’rollowym szlifem rodem z AC/DC siejemy postrach w mieście. Druga połowa utworu przypomina spowolnione płynące momenty Zeppelinów i do tego melodyjna, świdrująca solówka jako przerywnik między wokalem. Omijając policję, zwalniamy i skradamy się do „Return to Volturn”, który znów przyśpiesza, ale jest utrzymany w trochę wolniejszych tempach. Nisko strojona gitara przywodzi najlepsze momenty z Black Sabbath okresu Glenna Hughesa i Zeppelinowskie galopady, by za chwilę delikatnie popłynąć niczym u The Doors z elektronicznoprzestrzennym progresem Hawkwind. W dziewiątce zostajemy porwani przez czarownicę. Najpierw jakby próbowała się do nas niepewnie zbliżyć, a wraz z jej śmiechem zaczynamy gorączkową ucieczkę. I znów Black Sabbath… zmieszany z Lynyrd Skynyrd, a nawet rock’n’rollem w stylu Led Zeppelin, AC/DC czy spowolnionym The Rolling Stones z elementami The Doors.
Ostatni jest „Space Kingdom” – najdłuższy i najbardziej rozbudowany pod względem klimatu kawałek na płycie. Zaczynamy od gitary, która opada niczym pajęcza sieć, polifoniczny przestrzenny wokal i hi-hat. Powoli wchodzimy w trans, zdejmujemy nogę z gazu, kiwamy głową w rytm, gdy przyśpieszamy, robimy to nieznacznie. Unosimy się wraz z pojazdem. Hawkwind i The Doors migają nam w lusterku. Progresywnopsychodeliczny szlif wprawia nas w senny nastrój, ale nie z nudów, tylko z coraz głębszego wchodzenia w trans, zatapiania się w siebie. Zwalniamy całkiem. Uderzenia talerzy i przyśpieszające delikatnie tomy, delikatne narastanie i znów przyśpieszamy, znów niczym pocisk wystrzelamy w drgającą od słońca pustkę. A potem znikamy za horyzontem wraz z ostatnimi dźwiękami na płycie, zwalniającymi po kolei każdymi instrumentami jakby ktoś wyłączył prąd.
Mnie ta płyta postawiła pod ścianą, mocno zastanowiła. Czy to aby na pewno Włosi są… przecież Włosi to Raphsody of Fire (jak dla mnie niestrawny symfoniczny power metal), ale zaraz przychodzi mi do głowy znakomity włoski Kingcrow grający metal progresywny… tak, to są Włosi. Ale nie brzmią jak Włosi… to bardzo amerykańska płyta. Nagrana świeżo i potężnie.
Doskonała płyta, którą mogę śmiało polecić każdemu, nawet tym, którzy nie przepadają za stoner rockiem czy metalem.
I jeszcze wyjaśnienie. Gorąca Norwegia i chłodne Włochy. Pomyliłem się? Nie. Paradoksalnie przy takiej muzyce tak właśnie jest. Zimna Norwegia zaczyna topnieć i zamieniać się w gorącą pustynię, pełną życia i energii (!). A gorące Włochy z lekka zaczynają zamarzać i pokrywać szronem, a wszystko przez nisko strojone gitary i potężną dawkę emocji, która w takim kraju musi przyczynić się do pogodowego sprzężenia zwrotnego. Przypadek? Nie ma przypadków.
Wracamy na północ. Lądujemy na chwilę na Śląsku, a potem pociągiem jedziemy prosto do stolicy pewnego kraju na P. Warszawa…tak, jesteśmy w Polsce. Witamy w domu? Tak i nie…
4. Polska
4.1 Heavy Weather
Ta śląska formacja została założona około roku 2004, może nawet wcześniej. Niewiele o niej wiadomo, bo strona zespołu przestała działać, a Myspace zespołu od dawna nie jest aktualizowany.
Informacja na stronie napisana pod koniec bodajże 2008 roku mówi, że zespół szykuje się do powrotu wraz z nowym materiałem studyjnym już za kilka miesięcy. Kilka miesięcy minęło, a zespół nie wrócił. Nie jestem też wcale przekonany, że ten zespół wróci, niestety chyba przepadł, a w sumie szkoda, bo wydana w 2006 roku jedyna studyjna płyta zespołu zatytułowana „Goddamn Stoned Junkies” to pozycja bardzo ciekawa.
Zaczyna króciuchne intro: deszcz i grzmot (The Doors). Drugi jest już pełnowymiarowy utwór „Not me”. Nisko strojone gitary, pędząca perkusja i ładna, wibrująca melodia. Trochę za mocno wypuszczona stopa, interesujący wokal, choć pozostawiający wiele do życzenia.
Utwór „Starvation” przywodzi stylem grania gitar death metal, ale perkusja jest typowa dla gatunku. Polifoniczny wokal i nieciekawa linia niestety psuje pełny odbiór, bardzo interesującej gry muzyków. „Older” nie zwalniamy tempa, ale wszczynamy w przydrożnym barze burdę. Przeszkadza stopa, ale wokalista zaczyna się rozkręcać (i przypominać Morrisona z chrypką). Interesująca solówka, nieco traci z racji surowego, dość amatorskiego, pozostawiającego wiele do życzenia pod względem jakości nagrania. Piątka: „Don’t care” – wejście gitary jak z Lynyrd Skynyrd, trochę jak z The Doors. Tym razem motocykl, najlepiej harley albo chopper, w zwolnionym tempie przesuwa się po spękanym asfalcie Route 66. To jeden z najciekawszych utworów na płycie. Ma przestrzenne, transowe tempo, unosi się i drga jak fatamorgana widziana spod ciemnego szkiełka kasku, naturalnie z amerykańską flagą. Wokal tutaj tez jest bardzo dobry, lekko Morrisonowski, z chrypką, lekko growlujący. Bas tutaj ma swoje istotne, sześć minut z sekundami, bo tyle trwa numer.
„Wind” to takie bottleneckowe, Zeppelinowskie, może nawet Doorsowe instrumentalne interludium. Horyzont, zachodzące słońce, deszcz i wiatr rozwiewający włosy… oddalamy się coraz bardziej od cywilizacji. Bardzo ładny niespełna trzyminutowy (zabrakło dwudziestu sekund) utwór, z własnym niesamowitym klimatem… jako żywo wyjętym z filmu przywołanego w tytule.
Siedem: „He knows me”… Morrisonowski wokal i Black Sabbathowy szlif sprawia, że jest to kolejny udany numer na płycie. Łosiem to „No fate” – trochę taki Black Sabbathowy z jednej, a z drugiej Rolling Stonesowy. Ale wibrująca gitara i charczący wokal doprowadza do porządku: to nie jest Rolling Stones. To raczej Lynyrd Skynyrd, ewentualnie przesterowane The Doors.
Jedziemy dalej: „Spirit” – gdyby nie jakość nagrania byłby z niego majstersztyk. Potężne wyjście i lekkie spowolnienie na wokal, wykrzyczany refren. Żywiołowy bit i świetny riff, genialna konstrukcja drugiej połowy utworu. Raptem dwuminutowy (plus osiem sekund) kawałek tytułowy miał być żarcikiem, przywodzącym pewnie na myśl Lynyrd Skynyrd, ale oprócz ładnej melodyjnej gitary wyszedł nijako. Trochę taki niepotrzebny wypełniacz w sumie.
Przedostatni to „My friend” – rozpędzający się kolejny na płycie bardzo dobry utwór, który po prostu pędzi. Polifoniczno-wspólny wokal wypada dość interesująco, choć przydałby się mocno zachrypnięty wokal jednej osoby. A na koniec…klawiszowa wstawka. I ostatni… The Doors, najlepszy chyba utwór na płycie, czyli „The Riders of the Storm”. Zagrany niesamowicie. Stąd na początku ten deszcz i burza… Nie trzeba opisywać, jak wygląda ten numer, bo każdy doskonale wie, każdy zna go na pamięć. Ale wersja jest bardzo klimatyczna i pokazuje w bardzo dobrym świetle wokalistę Heavy Weather (nazwę wzięli zapewne od płyty Weather Report z 1978 roku, choć grali oni zupełnie inną muzykę), a także jest trochę niżej zagrana. Na chwilę zamykamy oczy i płyniemy wraz z dźwiękami. Nasz motocykl tymczasem stoi na poboczu, podczas gdy my tańczymy w deszczu…
Jest to pozycja interesująca i bardzo obiecująca. Jeśli tylko zespół jeszcze wróci, ma szansę być bardzo interesującym zjawiskiem na naszej scenie muzycznej. Jeśli nie, to szkoda. Ta płyta pokazuje ogromny, zmarnowany potencjał i… polskie odczytanie stylistyki tak bardzo przecież amerykańskiej. Właściwie to nie podróżujemy po słynnej Route 66 tylko po naszej bieszczadzkiej wielkiej serpentynie… Polskie odczytanie amerykańskiej stylistyki? Proszę bardzo… walec i potęga od najznakomitszych muzyków w Polsce na deser…
cdn.
wtorek, 1 lutego 2011
Swobodni jeźdzcy - część I
Swobodni jeźdźcy:
- od southern rocka do stoner metalu (część I)
Creedence Clearwater Revival i The Doors – od nich zaczęły się muzyczne podróże po dzikiej Ameryce. Ameryce motocyklowych gangów i bezdroży, przy których wysychają rzeki lub nie ma ich wcale, a spękane i pożółkłe od słońca czaszki bawołów i koni spoglądają groźnie na przejeżdżających obok na swoich cudownych jednośladowych maszynach lub w lśniących muscle cars… Narodził się jeden z najprężniej rozwijających się gatunków muzyki rockowej…
W latach 60 na gruncie bluesa wyrósł nowy gatunek, który szybko obrósł legendą Ameryki i pokrył brudem opiewanych w pieśniach pustkowi. Southern rock – czyli rock południa. Na początku byli klasyczni już Creedensi…, czyli Creedence Clearwater Revival, dowodzeni przez gitarzystę i wokalistę Johna Fogerty’ego. Obok nich Jim Morrisom z The Doors i jednym z najwybitniejszych kawałków grupy – legendarnym „Riders of the Storm”.
W latach 70 southern rock wchłonął stylistykę hard rocka, a wszystko za sprawą rock’n’rollowych AC/DC i Motörhead. Tak powstał Lynyrd Skynyrd. Gdzieś momentami obok nich przemykały motywy southern rockowe w twórczości Led Zeppelin. Gdzieś wtedy przemknął niezauważony Lincoln Street Exit i równie zapomniane Yesterdays Children, jak również fantastyczne Three Man Army. Wszystkie zespoły grały podobnie… takiego bluesa z naleciałościami. A gdy w połowie lat 70 pojawił się Black Sabbath… styl przybrał właściwie pełną i wykrystalizowaną wersję: ostre, melodyjne riffy na zazwyczaj nisko strojonych gitarach, perkusyjne pasaże i rozbudowane solówki, zazwyczaj dość krótkie utwory, rzadko przekraczające czas czterech minut. I oczywiście wokal – z obowiązkową chrypką, dość wysoki, ale jednocześnie niski, wyciągany do góry i melancholijnie zawijany niczym luesem, wyciągany do góry i melancholijnie zawijany niczym rozbudowane solówki, zazwyczaj dość k zawodzenie pijanego albo łkającego wędrowca… Wówczas na tego typu granie zaczęto mówić hard’n’heavy albo stoner rock. Stąd też pewnie wielokrotnie przywoływane w nazwach zespołów słowo „black”…
W ciągu ostatnich dziesięciu, piętnastu lat można zaobserwować renesans takiego grania, które przefiltrowane przez heavy, a nawet death metal przybrało formę stylistyczną określana jako stoner metal np. Corrosion of Conformity.
A oto opowieść o kilku formacjach z różnych zakątków świata, które najpełniej reprezentują tradycyjnie pojmowany southern rock w dzisiejszych czasach, naturalnie przefiltrowany przez wszystkie dotychczasowe naleciałości i najnowsze trendy ciężkiego grania, a zaczniemy… od jakżeby inaczej: Stanów Zjednoczonych…
jednym słowem blues.
lbo łkającego wędrowca...1. Stany Zjednoczone
1.1 Black Stone Cherry
Grupa powstała czwartego lipca 2001 roku w Edmonton w stanie Kentucky z inicjatywy Chrisa Robertsona i jego przyjaciela Johna Freda Younga. Jako, że ojciec tego drugiego, Dick Young to znany w Stanach gitarzysta rytmiczny zespołu The Kentucky Headhunters, młoda grupa szybko podpisała kontrakt z Roadrunner Records i nagrała w 2006 roku swój pierwszy krążek zatytułowany po prostu „Black Stone Cherry”, którą promował singiel „Rain Wizard”. 31 października 2007 roku grupa zagrała koncert w londyńskiej Astorii, który został zarejestrowany i wydany za pośrednictwem Roadrunner Records. Następnie dołączyli jako support do takich grup jak Def Lepard i Whitesnake. 19 sierpnia 2008 roku grupa wydała swoją drugą płytę studyjną „Folklore and Superstition” , którego promocją zajęły się cztery kolejne single: „Blind Man”, „Please comin’”, „Things My Father Said” oraz „Soul Creek”.
Aktualnie zespół pracuje nad trzecią płytą (!), której premiera jest planowana na kwiecień albo maj tego roku. W skład zespołu wchodzą: Chris Robertson na gitarze i wokalach, Ben Wells na gitarze i wokalach, Jon Lawhon na gitarze basowej i wokalach oraz John Fred Young na perkusji, instrumentach perkusyjnych, wokalach i instrumentach klawiszowych.
Krytycy muzyczni często podkreślają, że w muzyce BSC słychać wpływy Lynyrd Skynyrd, AC/DC oraz Led Zeppelin (!). Do tego ostatniego zwłaszcza w tonacji i konstrukcji kompozycyjnej utworów. Zespół jednak wypracował swój własny, unikatowy i niezwykle charakterystyczny styl. Co ciekawe BSC występował też z Black Label Society oraz… AC/DC, przy czym Bogowie zagrali jako support przed BSC (!). W czasie zarejestrowanego i wydanego koncertu „Live in Astoria” zespół zagrał cover „Hoochie Coochie Man” Muddy’ego Watersa oraz kilka utworów Jimiego Hendrixa. W tekstach utworów snują opowieści z mocnym przekazem emocjonalnym i psychologicznym: w „Lonely Train” jest to historia dramatu rodzinnego, gdy jeden z jej członków idzie na wojnę, „Rain Wizard” to klechda o tajemniczym wędrowcu, który sprowadza deszcz w czasie suszy, „Backwoods Gold” jest z kolei legendą o człowieku, który złapał światło księżyca i schował je gdzieś w granicach Edmonton…
Trzeba przyznać, że jest to mieszanka naprawdę wybuchowa, niezwykle świeża i mocno dająca po głowie… i tak jest w istocie. Właściwie nie pozostaje mi nic innego jak polecić, zarówno płyty studyjne, jak i koncertówkę grupy. A od siebie dodam, że już z niecierpliwością wypatruję najnowszego wydawnictwa BSC, dosłownie ślinię się na samą myśl o tej płycie…
1.2 Black Water Rising
Zespół powstał stosunkowo niedawno, bo jakieś dwa czy trzy lata temu z inicjatywy producenta, tekściarza i wokalisty Roba Traynora, który po opuszczeniu macierzystej formacji Dust to Dust przeniósł się do nowojorskiego Brooklynu, gdzie próbował stworzyć nowy zespół, by ostatecznie stworzyć Black Water Rising. Zespół mocno zakorzeniony w tradycji ciemnego hard rocka, o wściekłych, drapieżnych riffach, potężnej „chodzącej” perkusji, charczących (a nawet growlowanych) melodyjnych wokalach i tekstach opowiadających przeważnie o sprawach polityczno-socjalnych, mrocznych zakamarkach duszy i skrywających dzisiejszy świat ciemnościach. Uzbrojony w następujących muzyków: Mike’a Meselsohna na perkusji, Johnny’ego Fatturuso na gitarze i Oddie’go McLaughina (!) na basie, nagrał w 2010 roku świetną i dosłownie miażdżącą płytę, zatytułowaną po prostu „Black Water Rising”. Są jak rozpędzony rozwścieczony bawół, który taranuje na swojej drodze wszystko, nie zważając ani na pogodę, ani na zmianę świateł…
Za każdym razem kiedy słucham tej płyty i przestaje grać, mam ochotę włączyć ją od nowa, i jeszcze raz, i jeszcze raz… bez końca… Wystarczy zapiąć pasy i przycisnąć odpowiedni przycisk – satysfakcjonująca jazda gwarantowana… i pozostaje tylko czekać na kolejne wydawnictwo grupy…
Tymczasem my przenosimy się do gorącej (tak, tak) Norwegii…
2. Norwegia – Långfínger
Niewiele wiadomo o tym zespole, sami muzycy, a jest ich trzech, niechętnie wypowiadają się o swojej twórczości i historii. Pochodzą z miasta Göteborg z okolic regionu Välj… a ich muzyka to bardzo ciekawa i wyjątkowa sprawa…
W roku 2010 wydali własnym sumptem znakomitą debiutancką „Skygrounds”, którą będę musiał po krótce opisać, aby przybliżyć ten znakomity tercet, w skład którego wchodzi gitarzysta i wokalista (jedna osoba), basista/basistka (?) (druga) oraz perkusista (trzecia). To, że to tylko trzech muzyków słychać, bo nagranie jest surowe i bardzo klimatyczne, pulsujące, żywe i… dosłownie ma się wrażenie, że muzycy stoją i grają tuż obok.
Płytę otwiera „Herbs in my garden” – perkusyjny wstęp, motyw na basie, a potem uderzenie gitary i płyniemy… skojarzenia: lata 70, lata 70 i jeszcze raz lata 70… Led Zeppelin, Lincoln Street Exit, ewentualnie współczesny Dead Weather…, tylko bez rozbuchanego ego Jacka White’a… (to nie jest wrzuta, bardzo lubię jego genialną muzykę i jego wielkie autystyczne ego). Drugi jest utwór tytułowy: melodyjny i skoczny… z klawiszami i wysuniętym na pierwszy plan basem (właściwie to we wszystkich utworach bas jest doskonale słyszalny i mający istotną rolę dla kompozycji). Trzeci jest „Restart the groove” : znów perkusja na wejście i melodyjny motyw gitary, który po chwili dosłownie wwierca się w głowę jak rylec wiertarki. Czwórka: „Eclectic Boogieland” – AC/DC nagrane w bardziej soczysty i jeszcze szybszy sposób? Duch Zeppelinów? Tak właśnie brzmi ten utwór… Słuchamy dalej: piątka to „Ultra” – intro perkusyjne, którego nie powstydziłby się „Bonzo” Bonham, spowolnione wejście gitary i na refren mocne przyśpieszenie, a na końcówce perkusyjne solo godne wspomnianego już Bonza… majstersztyk. Szósteczka to „Fantasy Ridge” – melodyjny, dość szybki utwór przywodzący na myśl Zeppelinów, Creedence Clearwater Revival i Jimiego Hendrixa (!).
Następnie mamy „Slightly to the west” – utrzymany w wolnych tempach, melodyjny i ani na chwilę nie zdejmującego nogi z gazu naszego Forda Mustanga, nawet gdy na chwilę utwór zwalnia jakby zatrzymany stopklatką, by za chwile jak pocisk wystrzelić w dalszą drogę…
Łosiem… „Iller” – znów wibrująca gitara i owiewające włosy tempo, punkowy i AC/DC-owy szlif oraz solówka jak wycięta z Dire Straits…Dziewiątka „A subtle life (as it is)” to hołd dla Zeppelinowych bluesów z czwartej płyty (tej ze znaczkami zamiast tytułu) w stylu bottleneck… i ta stopa… magiczne przywołanie Bonhama…
Na koniec mamy, najdłuższy na płycie, bo prawie dziewięciominutowy „Ragnar”. Na początku szybki, pędzący i przywołujący ewidentnie Zeppelinów i Creedensów, a na koniec melancholijnie wyciszony i unoszący się w przestrzeni jakby wyjęty gdzieś z Dire Straits, Pink Floyd, a zwłaszcza… The Doors…
Jest to płyta niezwykła, nagrana niesamowicie czarująco, kipiąca energią i smaczkami, które za każdym kolejnym puszczeniem cieszą tak samo, a nawet bardziej, bo za każdym razem się tę płytę przeżywa tak samo mocno. Obok fantastycznych umiejętności muzyków, należy też odznaczyć naprawdę dobry wokal: szorstki lub wysoki, w odpowiednich momentach zadziorny, a w innych melancholijny i pełen smutku.
To wręcz idealna płyta na podróż samochodem, zwłaszcza z dużą prędkością i po bezdrożach, zwłaszcza jeśli tym samochodem jest Ford Mustang lub Dodge Camaro, albo inny muscle car z lat 70…
Tymczasem przenosimy się na południe. Tym razem do chłodnych (tak, tak) Włoch…
cdn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









