czwartek, 22 października 2026

Deep Purple - Splat! (2026)

 

Wilgotny, mlaskający dźwięk lub odgłos uderzenia miękkiego, płynnego bądź mokrego obiektu o jakąś powierzchnię jest znany każdemu. Deep Purple nieco przewrotnie, jak często mieli już w zwyczaju, użyli tej onomatopei w tytule swojego dwudziestego czwartego już albumu studyjnego. Czy drugi album składu MKIX podtrzymuje dobrą passę zasłużonej grupy czy może rozbryzguje się z plaśnięciem o podłogę, a raczej uszy słuchacza?

 

Opisywany przez członków zespołu jako rozpędzony pociąg pełen nostalgii i zbliżony do tego, co robił z zespołem Ritchie Blackmore (gitarzysta Simon McBride dla którego jest to drugi album studyjny nagrany z Deep Puprle)* i jeden z najcięższych płyt grupy od lat, to także szósty wyprodukowany przez Boba Ezrina. Po raz pierwszy jednak od czasu "Rapture of the Deep"** oprócz członków zespołu nikt nie miał wpływu na kształt kompozycji. Wokalista, Ian Gillan idzie nawet dalej, porównując obecne wcielenie formacji i najnowszą płytą do najbardziej cenionego, klasycznego składu MKII i albumów z tamtego okresu. - „Obecne wcielenie Deep Purple sprawia wrażenie wersji zespołu bardzo osadzonej w »tu i teraz«, a jednocześnie nawiązującej do tego, czym Deep Purple było w latach siedemdziesiątych” – mówi wokalista Ian Gillan. - „Muszę przyznać, że wróciliśmy do materiału, który jest w pełni spójny z utworami takimi jak »Highway Star«, »Smoke On The Water« czy »Lazy« – pod względem dynamiki, równowagi oraz radości płynącej z muzyki, którą tworzyliśmy w latach 1969–1973”. Wyjaśnił też semi-koncept wokół którego jest zbudowany "Splat!": „Zamiast postrzegać kres jako zniszczenie, album ukazuje go jako przemianę. Splat! zgłębia temat końca ludzkości nie w prymitywnym, apokaliptycznym sensie, lecz jako metamorfozę wykraczającą poza fizyczną egzystencję”. Roger Glover, basista Deep Purple, zdradził z kolei w wywiadach, że Gillan wymyślił tytuł "Splat!" jako swego ich rodzaju kontynuację i dopełnienie albumu "Whoosh!" z 2020 roku*** – o ile tamten album sugerował ruch i pęd, o tyle "Splat!" symbolizuje sam moment uderzenia i nagły impet. Glover podkreślił również, że mimo złowrogo brzmiącego tytułu, nie jest to żaden dźwięk uderzenia w ścianę, ani ostateczne pożegnanie zespołu ze sceną.

Na przykład utwór "Guilt Trippin", jeden z trzech singli promujących album, został napisany z perspektywy Boga oraz Karola Darwina, prowadzących refleksyjną rozmowę na temat pozornie ponurego losu świata i tego, który z nich ponosi za to większą winę. W piosence słychać też charakterystyczny dla Gillana styl śpiewu oparty na krzyku – technikę, której artysta nie stosował przez wiele lat. Ponadto, album promowały utwory "Arrogant Boy", o którym Ian Gillan powiedział, że jest to historia Billy’ego, który nie potrafił czytać ani pisać. Jest niezadowolony z otaczającej go rzeczywistości, więc zabiera głos i na różne sposoby irytuje elity. A nie przychodzi mi do głowy nic przyjemniejszego niż irytowanie elit. Byłoby to dla mnie wspaniałe zajęcie każdego ranka, zaraz po wypiciu kawy oraz "Diablo", który frontman grupy opisał jako surrealistyczną opowieść o podejmowaniu ryzyka i wyłamywaniu się ze schematów, śledząc losy bohaterki podczas jej niebezpiecznej podróży.


Na wydanym 3 lipca krążku znalazło się ostatecznie miejsce na trzynaście premierowych kompozycji zamykających się w łącznym czasie pięćdziesięciu jeden minut i osiemnastu sekund. Zaczynamy od wspomnianego już "Arrogant Boy" faktycznie mogący przypominać czasy pierwszych płyt składu MKII, bo praca gitary McBride'a przywodzi na myśl wstępy do "Space Truckin'" czy "Highway Star". Jest energicznie, dość szybko, a gitarowy riff McBride'a świetnie współgra z klawiszami Aireya. Po nim pojawia się zyskujący z każdym odsłuchem "Diablo" w którym również doskonale słychać starego ducha Purpli. To numer, który z powodzeniem mógłby powstać właśnie w latach 70tych, czy nawet na potrzeby wspomnianego już "Rapture of the Deep" sprzed dwudziestu jeden lat. Na trzeciej pozycji znalazł się "The Rider", a w nim najpierw wita nas niepokojący klawiszowy początek. Szybko jednak pojawiają się gitary, perkusja i wokal Gillana. Jest nieco wolniej, bardziej melodyjnie, a sama kompozycja brzmi tak jakby mogłaby się znaleźć zarówno na poprzedniku, jak i na którymś z ostatnich albumów z Morsem. Solówka McBride'a ponownie ma jednak sporo z oryginalnego Blackmore'owskiego vibe'u, choć sam gitarzysta w żaden sposób nie kopiuje stylu Ritchiego. Następny jest znakomity "The Lunatic", który wraca do potężniejszego, cięższego brzmienia. Mocna perkusja Paice'a kapitalnie współgra z klawiszami Aireya, doskonale słychać też tutaj charakterystyczny bas Glovera. Ponownie kawałek ma w sobie coś z dawnych Purpli, ale moim zdaniem brzmieniowo blisko mu także do odświeżenia brzmienia grupy w czasie, gdy dołączył od niej Morse, bo da się tutaj wyczuć tę samą energię, co na "Purpendicular" czy "Abandon".


Piątą pozycję zajął "The Only Horse In Town". Klawiszowy wstęp to ewidentny hołd dla Lorda, a reszta zespołu również nie ukrywa w nim mrugania oczkiem do lat świetności składu MKII, choć sam numer z powodzeniem mógłby znaleźć się też na kilku wcześniejszych albumach formacji. Podpatrywania dawnych czasów nie brakuje też w "Sacred Land" z masywną, kroczącą perkusją, podniosłymi klawiszami i rwanym, mocnym riffem gitarowym, wreszcie także nieco progresywną atmosferą. Szkoda tylko, że nie rozbudowano mocniej partii instrumentalnych, bo te aż się proszą o odrobinę szaleństwa. Zmiana klimatu przychodzi wraz ze świetnym "The Beating of Wings". Bluesowa prostota i lekkość zdaje się wręcz przypominać o zupełnych początkach grupy, a nawet kojarzyć z "...And the Adress", który to panowie odświeżyli na "Whoosh!". Trzeci singiel czyli "Guilt Trippin'" znalazł się na pozycji ósmej. W nim panowie przepięknie usypiają czujność rzewnym klawiszem i gitarą, by następnie uderzyć i ponownie przyspieszyć. Tu pojawia się ta brakująca odrobina szaleństwa, a Gillan rzeczywiście mocno stara się, by znów brzmieć jak dawniej, co może nie brzmi komicznie, choć nieco karkołomnie. Mający osiemdziesiąt jeden lat wokalista nadal ma głos i brzmi świetnie, ale swojego młodzieńczego ja z lat 70tych nie przywoła. Fantastyczny jest następujący po nim "Scribblin' Gib'rish" z masywnym perkusyjno-gitarowym marszem i wtórującymi im klawiszom. Tu także nie brakuje tego brakującego szaleństwa i ewidentnego podpatrywania siebie z najlepszego okresu.

Utwór dziesiąty to "Jessica's Bra", w którym panowie zostają w mocno napędzanym klawiszami i gitarami brzmieniu mogącym kojarzyć się z pierwszymi płytami składu MKII, choć sam klimat utworu zdecydowanie bardziej przywodzi na myśl ostatnia płytę MKII czyli "The Battle Rages On..." czy obie składu MKVII wymieszane z atmosferą odświeżonego brzmienia ostatnich albumów, a szczególnie "Whoosh!" i "=1". Mocny vibe lat 70tych i duch Lorda unosi się z kolei w znakomitym "Third Call", który łączy w sobie hard rockowe uderzenie z bluesową, wyciszoną wibracją. Nieco słabszy na tym tle może się wydawać przedostatni "My New Movie", choć sam żartobliwy tekst wydaje się być satyrą na megalomańskich reżyserów filmowych, a może też w pewnym sensie na długo grających zasłużonych muzyków. Muzycznie jest jednak nadal sympatycznie, w duchu ostatnich dokonań zespołu. Stare łączy się z nowym, jest skocznie, a gitary sprawnie łączą się z klawiszami. Można jednak odnieść wrażenie, że ten kawałek spokojnie mógłby być częścią jakiegoś singla, czy dodatkowej epki, a nie regularnego krążka. Na koniec zamieszczono utwór tytułowy, w którym panowie witają perkusyjnym intrem wspomaganym ambientowym klawiszem i mruczącym basem Glovera. Numer stopniowo się rozkręca, pozostając w fantastycznym kroczącym rytmie z kapitalnie wypadającym tutaj instrumentalnym fragmentem z funkującą (!) klawiszową solówką Aireya przy akompaniamencie tamburynu, a następnie gitarowej McBride'a.


"Splat!" to kolejny udany album zespołu, który już nie musi, ale wciąż chce. Purple udowadniają na nim, podobnie jak na poprzedniku, że wiek nie ma znaczenia i wciąż można nagrywać dobre płyty. Oczywiście, nie ma tutaj nic odkrywczego i nawet mrugając do najlepszych lat, nowe utwory nie staną się takimi klasykami jak te z czasów składu MKII, ale są na tyle solidne, że słucha się ich naprawdę dobrze. Nie jest to płyta wybitna, aczkolwiek zdecydowanie nie przynosi ujmy legendarnej grupie. Nie musiała powstać, ale czuć w niej energię, świeżość i radość z tworzenia, a sam zespół choć łączy swoje charakterystyczne brzmienie z nowocześniejszym, bynajmniej nie zjada swojego ogona. Ci, którym podobały się ostatnie płyty i nie postawili na Purplach krzyżyka, z pewnością znajdą tutaj coś dla siebie, a malkontenci i przeciwnicy obecnych dokonań formacji mogą z kolei narzekać do woli. Deep Purple w obecnym składzie są nadal machiną nie do powstrzymania i należy się cieszyć, że pozostają w zdrowiu pozwalającym im wciąż robić to, co kochają w sposób w jaki wiele dużo młodszych zespołów powinno pozazdrościć, a "Splat! zdecydowanie podtrzymuje formę grupy. Ów mlaskający dźwięk uderzenia to bardziej uderzenie w twarz z przypomnieniem, by nie lekceważyć legend, które nie boją się być sobą i wciąż mają siły, by tworzyć, grać i przynosić radość nie tylko sobie, ale i tym słuchaczom, którzy wciąż ich lubią i okopują się jedynie najbardziej cenionymi albumami. Powtarzam to od kilku lat, ale powtórzę na zakończenie raz jeszcze: byłoby to moim zdaniem godne zakończenie kariery wielkiego zespołu, ale absolutnie nie obrażę się na dwudziesty piąty krążek Purpli, a zarazem trzeci nagrany z Simonem McBridem. 

Ocena: Pełnia

* Mowa o wydanym w 2024 roku "=1". Nasza recenzja tutaj.

** Osiemnasty album studyjny Deep Purple z 2005 roku, który w zeszłym roku doczekał się rocznicowej reedycji z okazji dwudziestolecia wydania. Był to drugi album składu MKVIII. 

*** Nasza recenzja tutaj. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz