Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Led Zeppelin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Led Zeppelin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 marca 2018

LUpa: Było kopistów wielu















Ludzie mają różne gusta i zdania, są też niewdzięczni ale nie ma chyba nic gorszego jak krytykowanie czegoś czego się nie lubi lub zwyczajnie zazdrości. Zamiast bowiem docenić najprościej jest opluć i nazywać to coś lub kogoś beztalenciem i kopią. O czym mowa? O zdobywającej coraz większą popularność w Stanach i na świecie grupie Greta Van Fleet, którą jedni pokochali od pierwszego usłyszenia (i zobaczenia), a inni z marszu obwołali marną imitacją i kopią legendy jaką jest Led Zeppelin do której słusznie się ją porównuje. Kto ma rację i jak to z tymi kopistami w ogóle jest? Czy w dzisiejszych czasach w ogóle możemy mówić o czymś takim jak oryginalne albo skopiowane? Czy nie lepiej wziąć po prostu coś na uspokojenie i zwyczajnie dać sobie spokój z krytyką i podburzaniem tych, którym się Greta Van Fleet czy jakikolwiek inny "nowy/stary" zespół podoba i w odwrotną stronę kiedy się nie podoba?

sobota, 9 grudnia 2017

Greta Van Fleet - From The Fires EP (2017)


Koniec roku to nie jest dobry moment na odkrywanie takich perełek, ale zdarza się że jak się takową dorwie to nie ma sposobu i po prostu trzeba o niej napisać. Młodziutcy panowie, którzy grają w grupie Greta Van Fleet pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych najwyraźniej mają własny wehikuł czasu, bo przenieśli się do nas z lat 70, prosto z koncertu Led Zeppelin w ich najlepszej, złotej erze...

środa, 28 września 2016

Pod LUpą - Skończyli się na Kill'Em All Część II

Znowu zrobiłeś zdjęcie tego samego? Ale po co?

To określenie dobrze znane każdemu miłośnikowi muzyki metalowej już dawno nie dotyczy tylko i wyłącznie Metalliki, która niebawem wyda swój najnowszy album studyjny, a zaczęło mieć nieco szersze znaczenie. Każdy zespół ma w swojej historii wzloty i upadki, płyty przełomowe i takie o których pewnie sami muzycy chcieliby zapomnieć, okresy milczenia przez lata i wielkich powrotów czy wreszcie często poważnych zmian składu. Te wszystkie czynniki wpływają na to jak postrzegamy dane grupy niezależnie czy nadal jesteśmy ich fanami czy przeciwnikami, choćby z powodu zmiany gustów. Redaktor Chamera w swoim felietonie na ten temat przedstawił już swój punkt widzenia (i słyszenia) więc przyszła kolej na mnie. Jak to jest z tym "skończeniem się na Kill'Em All"?

wtorek, 2 września 2014

Robert Plant - Lullaby And... The Ceaseless Roar (2014)


Robert Plant, który konsekwentnie odcina się od chlubnej przeszłości z legendarną grupą Led Zeppelin, przypomina o sobie kolejnym solowym albumem. 66 letni muzyk mówi o krążku, że jest niesamowicie radosny i odważny. Powołuje się na Massive Attack, wspomina o afrykańskich dźwiękach i kalejdoskopie kolorów. Zapowiedzi zawsze brzmią pięknie, jednak tym razem jest inaczej. To album niezwykły, smutny, potrafiący oczarować i zachwycić, ale nie spełniający tych oczekiwań i obietnic w pełny sposób...

piątek, 28 marca 2014

R7/82: Kismet Ryding, The Brew (27.03.2014, B90, Gdańsk)



W 2010 i w 2011 grali w gdyńskim Uchu, byłem na obu. Trzeci raz miał już miejsce w Gdańsku, w stoczniowym B90, gdzie w czwartek, The Brew zaprezentowało w znacznej mierze materiał z najnowszego, czwartego już krążka, zatytułowanego „Control”. To nie był zwykły koncert, tylko wspaniałe widowisko z trzema rewelacyjnymi muzykami, a przede wszystkim dwoma niezwykle utalentowanymi młodymi chłopakami, którzy dojrzewają wraz z muzyką, którą tworzą…

poniedziałek, 3 marca 2014

Revival 7: The Brew - Control (2014)


Czwarta (oficjalna) płyta Brytyjczyków to nie tylko powrót do wyśmienitej formy. To także kolejna znakomita muzyczna podróż w lata 60 i 70, ale z domieszką współczesnej alternatywy. Balansując pomiędzy starym i nowym jak mało kto zachowują pełną kontrolę i zachwycają energią - panowie i panie The Brew:

sobota, 7 września 2013

RXX: "Co mnie kręci, co mnie podnieca", czyli 10 muzycznych łakoci według Lupusa Część III (ostatnia)

W wehikule  czasu, w którym wraca się do ulubionych płyt lub ukochanych utworów jest inaczej niż przy odkrywaniu muzycznych "staroci" nieznanych nam wcześniej. 
Każdy z nas ma swoje ulubione zespoły i ukochane płyty. Pośród wielu wspaniałych kompozycji zawartych na albumach tych grup są utwory, których jednak słucha się częściej niż inne, a nawet takie, które kradną cały album tylko dla siebie.  Utwory wielkie i wspaniałe, a przy tym ponadczasowe. 

W dwudziestej "Retrospekcji" przedstawię ostatnią partię "łakoci", a w niej finalne pozycje. Z wyborem dwóch ostatnich, czy też raczej pierwszych nie miałem problemów, bo były one dla mnie oczywiste. Wielu zapewne się ze mną zgodzi, że to także ich "łakocie". Odpalamy silnik DeLoreana, rozpędzamy się i...

czwartek, 29 sierpnia 2013

RXIX: "Co mnie kręci, co mnie podnieca", czyli 10 muzycznych łakoci według Lupusa Część II

W wehikule  czasu, w którym wraca się do ulubionych płyt lub ukochanych utworów jest inaczej niż przy odkrywaniu muzycznych "staroci" nieznanych nam wcześniej. 
Każdy z nas ma swoje ulubione zespoły i ukochane płyty. Pośród wielu wspaniałych kompozycji zawartych na albumach tych grup są utwory, których jednak słucha się częściej niż inne, a nawet takie, które kradną cały album tylko dla siebie.  Utwory wielkie i wspaniałe, a przy tym ponadczasowe. 

W dziewiętnastej "Retrospekcji" przedstawię kolejną partię "łakoci", tym razem tylko trzy pozycje, od numeru piątego do trzeciego. Podobnie jak w przypadku poprzedniej odsłony wybór był trudny, a wśród nich znalazły się tylko niektóre utwory, bo z całą pewnością mógłbym wskazać takich perełek więcej. Wsiadamy do naszego DeLoreana i zaczynamy:

środa, 5 czerwca 2013

Revival 3: Gingerpig, Gin Lady, Oblivious

Retro granie nie tylko ze Skandynawii, ale psychodeliczny rysunek jest z Pensylwanii!
Niespodziewane rozwiązanie Devil's Blood na początku tego roku, który już "pośmiertnie" wydał swój trzeci album studyjny bardzo mnie zasmuciło i sądzę, że nie tylko mnie. Na szczęście nawrót do rocka lat 60 i 70 trwa nadal, czego dowodem jest wysyp zespołów grających w tej stylistyce pochodzących z krajów skandynawskich. Trzecia część "Revivalu" będzie właśnie o nich, choć jeden z opisywanych zespołów pochodzi z Niderlandów. Przedstawiam trzy najgorętsze odkrycia "retro grania" roku trzeszczącego: Gingerpig, Gin Lady i Oblivious...

niedziela, 9 grudnia 2012

RXIV: Budgie – Never Turn Your Back On a Friend (1973)



Napisał: Marcin Wójcik

Trzeci album tej walijskiej grupy jest według mnie najciekawszym w ich dyskografii. Zawiera bowiem utwory, które trwale wpisały się w historię rocka. Wywarł na mnie duży wpływ jako muzyka, a ponadto zbliża się nieuchronnie do magicznej „czterdziestki”…

piątek, 2 listopada 2012

Pedal Distorsionador - Pedal Distorsionador (2012)


Brakowało mi w tym roku debiutu świeżego i bezkompromisowego, takiego którego bym słuchał z otwartą gębą i wybałuszonymi gałami ze zdumienia. Doczekałem się. Wyskoczyli jak diabeł z pudełka i pochodzą ze Straszyna. Nie wiem kiedy powstali i co robili wcześniej, ani ilu muzyków jest w składzie zespołu. Właśnie wydali swój pierwszy album i jest to naprawdę mocne, porządne granie, wywołujące naprawdę pozytywne emocje. Wreszcie, co powinienem napisać na samym początku, czerpią garściami z gitarowego, klasycznego i garażowego brudnego grania...

środa, 3 października 2012

Revival 2: Witchcraft - Legend (2012)


Przyszła kolejna jesień, a wraz z nią czas na kolejną porcję dźwięków dusznych, szeleszczących i mrocznych, w każdym razie mniej lub bardziej kojarzących się z jesienią. Na początek, najnowsza, czwarta płyta grupy Witchcraft, której warto przyjrzeć się dokładniej nie tylko w cyklu jesiennym, ale także w drugiej części cyklu "Revival" zapoczątkowanego kilka miesięcy temu okultystycznym zespołem The Devil's Blood.

poniedziałek, 14 maja 2012

RVII: Voltz – Knight’s Fall (1982)


Logo zespołu

Voltz podczas jednego ze swoich występów

Szczypta epickości w stylu Saxon, klasyczne hard rockowe podejście do heavy metalu znane z Diamond Head, lekko Zeppelinowe inklinacje, progresywny szlif w duchu lat 70 w stylu Genesis – tak można by w skrócie opisać jedyny album brytyjskiego zespołu Voltz, któremu podobnie jak wielu innym, niczego nie brakowało, poza szczęściem…

sobota, 19 listopada 2011

Black Country Communion – Live Over Europe (2011)


Z płytami koncertowymi jest spory problem. Słuchanie ich często nie daje tyle radości jak oglądanie i słuchanie koncertu na żywo (wersje filmowe stanowią chociaż namiastkę atmosfery i klimatu wydarzenia). Takich płyt nie słucha się dobrze, gdy nie zna się twórczości danego artysty czy zespołu, niektóre płyty koncertowe są jednak tak dobre, że słucha się ich z ogromną satysfakcją mimo braku uczestnictwa fizycznego, a jedynie duchowego. Często sama zarejestrowana fonia z powodzeniem wystarcza i można się obejść bez wizji lub spokojnie ją wyobrazić. Zwłaszcza gdy jest to koncertówka takiej grupy jaką jest niesamowite Black Country Communion…

sobota, 11 czerwca 2011

Black Country Communion – 2 (2011)


Pierwsza, naprawdę rewelacyjna płyta grupy Black Country Communion, zatytułowana „Black Country” i wydana w 2010 roku, była miłym zaskoczeniem i bardzo niespodziewanym wydawnictwem. Już wówczas zadeklarowano, że będzie druga płyta, jednak nie przypuszczałem, że pojawi się ona tak szybko. Drugiej płyty tej supergrupy wyczekiwałem z ogromną niecierpliwością i wiadomość, że to już, odebrałem z równie wielkim entuzjazmem. Nawiązując do Zeppelinowskiej tradycji, płyta została zatytułowana nader skromnie – po prostu „2”. I nadal jest to fantastyczne granie, wyraźnie nawiązujące do tradycji hard rocka z lat 70 i bluesa w najlepszym wydaniu.

piątek, 15 kwietnia 2011

Relacja V: THE BREW (Klub Ucho, 13 IV 2011)

Redaktor Kaczkowski kilka godzin po koncercie Led Zeppelin na Arenie O2 w 2007 roku, będąc jeszcze w Londynie, mówił w rozmowie telefonicznej tak: „Niczego nie powiem. Nic się nie dowiecie.” Naturalnie żartował, bo potem w audycji z radością opowiadał o tym, co widział i słyszał. Tym razem ja mogę powiedzieć te same słowa. Kiedy po raz pierwszy 23 kwietnia 2010 roku usłyszałem The Brew na żywo, wiedziałem, że w następnym roku nie ma nawet takiej opcji, żeby nie pójść ponownie na ich koncert. Zaczynałem w to wątpić, gdy zabrakło funduszy, na szczęście podatek został mi oddany nadzwyczaj szybko w tym roku, toteż znalazła się kasa na bilet. I wiecie co? Niczego Wam nie powiem. Niczego się nie dowiecie. Naprawdę… I oczywiście również żartuję. Bo to, co widziałem i słyszałem jest po prostu nie opisywalne. Spróbuję przybliżyć atmosferę, choć odrobinę oddać słowami ducha tego niesamowitego wydarzenia.
            W zeszłym roku grali bez supportu, w tym z. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć, że niestety, ale z drugiej należy podkreślić, że zespół został dobrany bardzo dobrze.
Przed The Brew wystąpiła grupa Nefastus pochodząca z Żukowa. Brzmi swojsko? Tak, bo to polski zespół. Powstał w 1998 roku z inicjatywy braci Bartosza i Filipa Łapa. W 2000 roku do zespołu dołączyła wokalistka Ola. Na początku 2007 roku z zespołu odeszła ówczesna basistka grupy Wioletta Bielawska, aktualnie zaś basistą jest Alek Gruszczyński, z którym tworzy i nagrywa nowy materiał.
Debiutancka płyta zespołu została zaś wydana w marcu 2008 roku.
            Zespół ten słyszałem po raz pierwszy. Obok własnych utworów zagrali bardzo interesująco i oryginalnie dwa covery (The Doors i Led Zeppelin). Muzyka zespołu to po prostu rock, wyraźnie jednak nawiązujący do stylistyki progresywnej, czy hard rockowej w rodzaju Deep Purple. Toteż utwory były dość długie, mocno rozbudowane i nastawione na rozwój i klimat. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się, żeby support grał naprawdę solidną, dobrą muzykę, która w żaden sposób nie jest wypełniaczem, ani nie nuży, tylko fantastycznie wprowadza w atmosferę wydarzenia, jakim jest występ zespołu głównego, czyli w tym wypadku The Brew. Postarano się o dźwięk, zwykle kapele grające przed szumią, brzęczą lub rzężą, po prostu są źle nagłośnione, tym razem zadbano o to, aby wszystko było na swoim miejscu, chociaż wokal spokojnie mógłby być nieco wyżej podkręcony. Sama próba zespołu trwała dobre pół godziny, a to jednak daje wyobrażenie o profesjonalnym podejściu zarówno do grania, jak i uszanowania uszu słuchaczy. W czasie koncertu Nefastusa naszło mnie kilka refleksji:
            Po pierwsze wokalistka. Mogłaby spokojnie śpiewać w zespole jazzowym, jednakże śpiewa w zespole rockowym i wychodzi jej to naprawdę świetnie. Zazwyczaj reaguję alergicznie na damski wokal, tym razem jednak z uznaniem pokiwałem głową. Czasami jednak w utworach brakuje odskoczni, kontrastu w postaci wysokiego męskiego wokalu, no, ale to już kwestia gustu.             
           Druga sprawa, która mi się nasunęła na myśl podczas słuchania Nefastusa została zauważona przez redaktora Kaczkowskiego. Otóż zespół został puszczony jakiś czas temu na antenie Trójki, a redaktor wówczas powiedział mniej więcej tak: „wokalistka ma bardzo ładną i ciekawą barwę głosu, szkoda tylko, że nie śpiewa ani jednego utworu po polsku”. I odniosłem dokładnie takie same wrażenie, wszystkie utwory zostały zaśpiewane po angielsku. Zabrakło tu języka ojczystego, przecież to polski zespół, nie powinni się go wstydzić. Cóż, taka moda, taki wybór. Trochę szkoda. Mimo wszystko, Nefastus to bardzo dobry zespół i zagrał bardzo dobry koncert.
            I wreszcie, ale bez westchnienia ulgi, tylko niczym w hitchcockowskim kryminale, wraz z rosnącym napięciem i zagęszczającą się grupą ludzi pod sceną, pojawili się najważniejsi bohaterowie wieczoru: Jason Barwick, Kurtis i Tim Smithowie, czyli The Brew.
Nie trzeba ich chyba przedstawiać, ale Ci, którzy na koncert nie przybyli, lub co gorsza nie znają ich twórczości nie wiedzą co tracą, a zapewniam, że tracą wiele. Koncert? Oszałamiający, magiczny i niesamowity. W zeszłym roku było fantastycznie, w tym zaś znacznie potężniej i mocniej, niczym gejzery gorącej lawy i eksplodującego wulkanicznego pyłu… Właściwie, żeby w pełni to zrozumieć, trzeba ich usłyszeć i zobaczyć. Bo to co się dzieje na scenie, czy tez raczej działo na scenie, przerasta po prostu ludzkie pojęcie. Jest zupełnie nie opisywalne.
            Zagrali przepiękny prawie półtora godzinny set, w tym utwory z dotychczas wydanych płyt („The Joker” 2008 i „A million dead stars” 2010), a także jeden nowy kawałek z planowanej na sierpień (!) tego roku nowej płyty, a także niezwykłe improwizacje i własne wersje przebojów Hendrixa, Pink Floydów czy Led Zeppelinów. Często jakiś fragment utworu znany z twórczości wymienionych grup, stanowił zaledwie punkt wyjścia do improwizacji i instrumentalnych pojedynków Jasona i Kurtisa. Tim w tym czasie tylko z uśmiechem się przyglądał. Właściwie rola basu, choć istotna, w The Brew jest mocno ograniczona, da się to zauważyć zwłaszcza w czasie koncertów, kiedy Tim oddaje pole do popisu chłopakom.
Jason Barwick ze smyczkiem
            I tak na przykład, kiedy Tim zapowiedział Hendrixa, Jason grał na plecach, kiedy zaś zaczął żartować z flamenco, Jason jak na zawołanie pochwycił inną gitarę i smyczek… i zaczął nim zasuwać po strunach, zupełnie jak czynił to Jimmy Page na koncertach Zeppelinów. A potem po kilkunastu minutach mrocznych dźwięków wygrywanych smyczkiem, stało się to, o co w zeszłym roku publika długo prosiła (i naturalnie otrzymała co chciała)… czyli „Moby Dick” – słynne perkusyjne solo Johna „Bonza” Bonhama w wykonaniu Kurtisa… fenomenalne po prostu, absolutnie genialne. I nie zostało odegrane, ale zagrane i to tak jakby za perką siedział sam Bonzo. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy.
            Nie zabrakło najbardziej znanych utworów The Brew takich jak: „Every gig has a neighbour”, „Surrender it all” (odśpiewane razem z publiką), „A change in the air” pochodzących z drugiej płyty, jak również „Postcode Hero” z „The Joker”. A na bis otrzymaliśmy również „A million dead stars” (połączone z „Dazed and confused” Zeppelinów) - odśpiewane wspólnie z publicznością. Pod sceną nie zabrakło poga, bo do takiej muzyki nie sposób nie skakać.[i] Każdy chciał dotknąć gryfu gitary Jasona, złapać pałeczkę czy rzucaną od niechcenia kostkę lub uścisnąć rękę każdego z muzyków. Największym szczęśliwcom udawało się to kilka razy, inni zadowolili się złapaniem rzucanego sprzętu (właśnie pałeczek i kostek). Jeszcze? W zeszłym roku Jason z trudem wymawiał słowo „dziękuję” (zarzekając się po wielokroć, że „You know? Polish is very difficult language” – „Wiecie co? Polski to trudny język”), a w tym roku? Proszę bardzo: po pierwszym kawałku „Dobry wieczór Gdynia!”, niemal po każdym numerze „dziękuję bardzo” – czysto i niemal bez obcego akcentu, kilka razy wykrzyknął „zajebiście” (naprawdę!), a po ostatnim utworze, tytułowym kawałku z drugiej płyty, wzniósł do góry plastikowy kubeczek i powiedział: „Na zdrowie! Polska wódka!” i wypił zawartość kubeczka z uśmiechem. A po koncercie? Szczęśliwi i zadowoleni ludzie, którzy zdobywają autografy na biletach, płytach cd i dvd albo plakatach. Mi, podobnie jak w zeszłym roku, udało się zdobyć autografy na bilecie. Dodatkowo w tym roku zrobiłem sobie zdjęcie z całym zespołem, a przy całej operacji było dużo śmiechu, żartobliwej i przyjacielskiej atmosfery.
            Podsumowując, podobnie jak w zeszłym roku, był to niesamowity koncert. Jeden z tych nielicznych, które wspomina się z uśmiechem i rozmarzeniem. Jeden z tych, po których wiadomo, że na kolejne spotkanie z chłopakami przyjdzie się z radością. Zapewniam, że Ci, którzy się na kolejny koncert wybiorą nie pożałują. „So, next year: same time, same place, huh?” – zapytałem Jasona. A on na to z szerokim uśmiechem na twarzy: „Yeah, I hope so. As soon as possible! I love Gdynia!” („W przyszłym roku ta sama pora i miejsce?”; „Taa… Mam taką nadzieję. Tak szybko jak się da! Kocham Gdynię!”). W czasie koncertu podkreślił też, że „Gdynia bije na głowę wszystkie polskie publiki i w naszych sercach ma very special place (bardzo szczególne miejsce)”.
Od lewej: Kurtis Smith, Lupus, Jason Barwick i Tim Smith
            Energia i moc płynąca ze sceny wbija się w pamięć i cieszy długo po zakończeniu wydarzenia. Kaczkowski powiedział po koncercie Zeppelinów w 2007 roku: „To niemożliwe, ja jestem w tamtych czasach”. To samo może powiedzieć zapewne każdy po koncercie The Brew. Ja się tak właśnie poczułem, już po raz drugi… Naprawdę. I tyleż… w każdym razie, ja przez wiele dni jeszcze będę przepełniony radością i tą niesamowitą energią…
           
           




[i] Od razu muszę zaznaczyć, że nikt nie ucierpiał, to było tylko wspólne skakanie i przeżywanie, nie każde pogo musi się bowiem kończyć, jak próbowano mnie niedawno uświadomić: złamanymi nogami, rękami i rozbitymi nosami. Pogo to przeżywanie, nie zabijanie. I tu właśnie znalazło fantastycznie odzwierciedlenie takie rozumienie tego pojęcia, tacy, co chcą tłuc i „zabijać” niech nie przychodzą w ogóle na koncert.

niedziela, 23 stycznia 2011

Wspomnienia i refleksje (część II)

Bonhamów dwóch:
moc zaklęta w drewnianej pałeczce

John „Bonzo” Bonham. Nie ma chyba osoby na świecie, która by nie słyszała tego nazwiska, która choć raz nie słyszała jego cudownej gry. Nie ma chyba osoby, która by nie słyszała o Led Zeppelin… A takich bębniarzy jak Bonham dziś można policzyć na palcach. Mi do głowy przychodzi tylko pięciu. Są to: Mike Portnoy (były perkusista Dream Theater), Jason Bonham (syn Bonza), Dariusz „Daray” Brzozowski (Dimmu Borgir, Hunter, Black River), młody Curtis Smith (z The Brew) i Marcin Bocheński (ze State Urge).
Przyjrzyjmy się im, a zwłaszcza Bonhamom i fenomenowi Zeppelinów. Fenomenowi, który zmienił świat muzyki na zawsze. Fenomenowi, który wciąż żyje dzięki nim – perkusistom, którzy wiedzą, znają i czują potęgę tego instrumentu bardziej niż ktokolwiek inny.

Nikt nie zaprzeczy, że bez Bonhama nie byłoby Zeppelinów. Nikt nie potrafi sobie pewnie wyobrazić „Imigrant song” czy choćby „Moby Dicka” bez jego perkusji. W każdym razie dziś na pewno trudno sobie to wyobrazić. W tamtych czasach wcale nie było to takie oczywiste. Paradoksalnie, kiedy Bonzo zakrztusił się śmiertelnie swoimi własnymi wymiocinami, pozostali członkowie Zepów wiedzieli, że bez niego nie mogą kontynuować. Że misja Led Zeppelin się skończyła i rozwiązali grupę, ostatecznie żegnając się płytą „Coda” z 1982 roku zawierającą odrzuty z różnych lat i z różnych sesji nagraniowych. Ale jakie odrzuty (!): wśród nich kapitalna solówka Bonhama „Bonzo’s Montreaux”…
                Kiedy w 2007 roku, po dwudziestu siedmiu latach reaktywowali się w oryginalnym składzie, na jeden jedyny koncert na brytyjskiej Arenie O2, wiedzieli też, że za perkusją może zasiąść tylko Bonham. I zasiadł. Syn Bonza – Jason Bonham – to jak mówił, Jimmy Page: „replika ojca nie tylko w fizycznym sensie, ale także pod względem psychicznym. On dorastał z tą muzyką, z grą swojego ojca. Gra ją ze swoim zespołem, czuje ją bardziej niż ktokolwiek inny. Wiedzieliśmy, że nie może z nami zagrać nikt inny, że to musi być Jason. Nie było innych kandydatów. Nie braliśmy w ogóle pod uwagę innej opcji…”
Sam redaktor Kaczkowski poświadczał, że czuł się, tak jakby był na koncercie nie w 2007 roku, ale jak w latach świetności Zepów – latach 70 i podkreślał, że gra Jasona jest fenomenalna. I trzeba przyznać redaktorowi rację, jest perkusistą fenomenalnym.
Wystarczy posłuchać jak bębni utwory Zepów – naprawdę czuje to, co gra. Potrafi je wyczarować, wybębnić tak, jak robił to jego ojciec, tak jakby sam nim był. Jednocześnie ma swój własny styl, nie jest kopią, tylko, pozwólmy sobie na to określenie: lepszym, doskonalszym modelem. Nie, nie przebije Jason swojego ojca, może mu tylko dorównać, i robi to wspaniale. Nie mierzy się z legendą swojego ojca, on tworzy własną legendę.
Wystarczy też posłuchać świetnej płyty zespołu Black Country Communion „Black Country” na której Jason gra obok genialnego gitarzysty Joe Bonamassy, legendarnego basisty Deep Purple i Black Sabbath Glenna Hughesa oraz byłego, wyśmienitego klawiszowca Dream Theater Dereka Sheriniana. Po prostu mistrzostwo świata.
Mike Portnoy, znany przede wszystkim jako założyciel i pałker znakomitego Dream Theater, podkreślał wielokrotnie, że John Bonham należy do tych perkusistów, którzy go inspirowali, inspirują i mają wpływ na to, jak bębni. I to słychać. Portnoy niesamowicie buduje, czy też raczej budował, klimat wielu wybitnych utworów DT od samego początku, od pierwszej płyty grupy, ale także fantastycznie czuje jak grać utwory innych zespołów, choćby nawet Zeppelinów czy Deep Purple. Rozkosz dla uszu. A perkusyjna wersja utworu „Nightmare” Avenged Sevenfold z zeszłorocznej płyty pod tym samym tytułem, którą wykonuje ze swoim dziesięcioletnim synem Maximilianem (!) to po prostu coś tak genialnego, że dosłownie nie znajduję słów. Jaka szkoda, że na kolejnej zapowiadanej na ten rok płycie DT, a także na następnych (?), nie usłyszymy jego gry. Jest to strata ogromna, bo DT bez Portnoya nie będzie tym samym, będzie zaledwie namiastką, tym, czym mógł być Led Zeppelin gdyby kontynuował bez Bonhama.
Dariusz „Daray” Brzozowski – nasz człowiek w norweskim Dimmu Borgir to bębniarz niezwykle wszechstronny i utalentowany. Na próżno doszukiwać się u niego Bonhamowskiego szlifu. To inna szkoła, ale nie można odmówić mu geniuszu, świadomości, że to co robi, jest wielkie. Zaczynał skromnie, w trash metalowej warszawskiej kapeli Geisha Goner, z którą nagrał dwie płyty i wraz z jej rozwiązaniem grał przez jakiś czas w Vaderze (!). Ostatnio oprócz gry w black metalowym Dimmu Borgir, można go usłyszeć na rewelacyjnej płycie Huntera „Hellwood” i dwóch, a właściwie to trzech („Black River” z 2008 i „Black’N’Roll z 2009, trzecia to kompilacja odrzutów zatytułowana „Trash” wydana w grudniu 2010 roku), wyśmienitych płytach supergrupy Black River.
I wreszcie młodzi, zaledwie dwudziestokilkuletni muzycy…
Curtis Smith – fenomenalny i niezwykle utalentowany chłopak z Wielkiej Brytanii grający w znakomitym zespole The Brew, obok swojego przyjaciela, rówieśnika i genialnego gitarzysty Jasona Barwicka, to chyba nowe wcielenie Johna Bonhama.
Piszę to z pełną świadomością, bowiem wystarczy posłuchać fantastycznych płyt grupy, żeby usłyszeć, że nad chłopakiem czuwa wielki bębniarz. Czuje młody Curtis stylistykę lat 60, a zwłaszcza stylistykę lat 70, w której Bonham miał właśnie swój czas.
Był 23 dzień kwietnia 2010 roku, kiedy w gdyńskim Uchu na koncercie The Brew tłum skandował: „Moby Dick! Moby Dick!”, a Barwick mówił: „Nie, nie zagramy coś naszego...”, ale tłum nie dawał za wygraną i młody Smith zagrał „Moby Dicka”, ale jak…!!!!
Curtis Smith zagrał ten utwór tak niesamowicie, tak genialnie i absolutnie fantastycznie, że odpłynąłem na te dziesięć minut gdzieś indziej. Przez dziesięć minut (a tak naprawdę przez cały koncert) byłem, zupełnie jak redaktor Kaczkowski, w latach 70… Na scenie niemal widziałem Hendrixa na gitarze (!) i Bonza Bonhama na perkusji (!)… to On grał „Moby Dicka”… Czułem jak, po policzkach ze wzruszenia spływają mi łzy… do dzisiaj, jak o tym pomyślę przechodzą po mnie ciarki… dla takich chwil warto żyć… oj warto…
Śmiało można stwierdzić, że Curtis dorównał wielkiemu Bonzo, stał się taką samą legendą jak On.
A stać się legendą za życia ma szansę niewielu. Mu się udało i podtrzymuje ją w wielkim stylu. Przekonajcie się sami, już trzynastego kwietnia tego roku: The Brew, a wraz z nim Curtis Smith, zawita do gdyńskiego Ucha ponownie… będzie się działo!!!! A jesienią czwarta płyta tego niezwykłego tria… (!)
                Ostatnim perkusistą, na którego chcę zwrócić uwagę, to Marcin Bocheński z trójmiejskiej formacji State Urge. Ten młody, zasługujący na uwagę, niezwykle utalentowany perkusista gra z potężnym i niesamowitym wyczuciem. On czuje i przeżywa w pełni to, co gra. Tak naprawdę, obok równie wyśmienitych kolegów z zespołu, wysuwa się na pierwszy plan. Jest najważniejszą osobą w zespole, jednocześnie pozwalając na to, aby pozostali muzycy nie pozostawali w jego cieniu. Każde uderzenie pałeczki, każdy ruch hi-hata czy crasha – jest perfekcyjnie zharmonizowany z całością, żadnego zbędnego dźwięku, czy zbędnego uderzenia. Duch Bonhama unosi się nad Bocheńskim i słychać to w każdym utworze, czy to w kompozycjach zespołu State Urge, czy w genialnie zagranych coverach zespołów, przeważnie będących z tamtych lat. Kiedy schodził ze sceny gdyńskiego Blues Clubu spływał po nim pot, było widać zmęczenie i… satysfakcję. W pełni zasłużoną satysfakcję, bo Marcin odwala kawał dobrej roboty i trzymam kciuki za dalsze postępy w jego grze. Za jego kapitalny zespół i talent, który nie może się zmarnować. Chłopak ma ogromny potencjał, który mam nadzieję nie pójdzie na marne. A w każdym razie byłaby wielka szkoda…

                Bonhamów dwóch. Stary Bonham, legenda, która od trzydziestu lat bębni w największej orkiestrze świata i młody Bonham, który kreuje swoją własną legendę.
I wielu wspaniałych bębniarzy, którzy znają i czują twórczość pałkera Zepów, nad którymi unosi się jego duch i siła… Ta wszechwładna moc zawarta w pałeczce, która wprawia firmament w drżenie, która sprawia, że nawet deszcz milknie… - szamani, zaklinający potęgę instrumentu, na którym grał Bóg. Nie bójmy się tego określenia, Bonzo był Bogiem… zatopmy się w tych dźwiękach i niepozwólmy, aby zostały zapomniane. Niech poruszają kolejne pokolenia, kolejnych muzyków, a zwłaszcza - perkusistów. Niech jego geniusz przepływa przez młodego Curtisa i naszą trójmiejską nadzieję - Marcina Bocheńskiego do głębi, do końca ich dni; dni spędzonych na rozwijaniu pasji, jaką jest gra na tym cudownym instrumencie: perkusji…