W tej pralce piorą się same dobre rzeczy. Żadne tam brudy, ale świeżynki, takie dopiero co kupione, znaczy nagrane. Są to kawałki znane, ale zupełnie nowe. Absolutnie czysty stoner bez domieszek, brzmiący przy tym znakomicie i... właśnie tak świeżo, mimo, że te karty rozdano już po wielokroć. Gdyńskie Octopussy wreszcie (a właściwie pod koniec maja) wydało swój debiutancki album...
Strony
- Strona główna
- Wstępniak
- O Nas
- Kontakt - dla zespołów
- WAFP! 2011 - 2014
- Heavy Metal Pages 2013 - 2015
- Rock3miasto.pl
- LMF 2016 - 2019
- Polisz Jor Inglisz
- Weekend Węgierski
- Weekend Chorwacki
- Wydział Filmowy
- LUpa czy Pod LUpą?
- Wilk z zakładką
- Muzyczna Biblioteka
- Wilk Kulturalny/Książki autorskie
- Oceny
- Patronat medialny LU
- Współpraca
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Broken Betty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Broken Betty. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 lipca 2013
wtorek, 9 kwietnia 2013
Ampacity - Encounter One (2013)
Już nie Broken Betty, a Ampacity, zaprasza w międzygalaktyczną podróż dźwiękową. Tymczasem nie tak dawno temu na płycie "Anton Globba" zespołu Kiev Office, Michał "Goran" Miegoń śpiewał: Kosmonauci, ci wspaniali kosmonauci/lecą w swych wspaniałych rakietach z Kosmodromu Bajkonur... Czy rzeczywiście chłopacy z gdyńskiego Ampacity to wspaniali kosmonauci, a ich muzyka jest cudownymi rakietami? Na koncertach dowodzą, że tak. A jak to się przedstawia na debiutanckiej płycie? Sprawdźmy to...
wtorek, 24 lipca 2012
R10/38: Broken Betty, Vagitarians, Horisont, The Flying Eyes (19.07.2012, Desdemona, Gdynia)
Deszczowa pogoda, zwłaszcza w wakacje zniechęca do życia –
dosłownie I w przenośni. Dobrą
alternatywą jest dobry koncert, ciężko wszak taki teraz znaleźć, ale gdyńska Desdemona
również w takie smutne wakacyjne dni potrafi zaskoczyć, a w dodatku bardzo
ciekawą ofertą koncertową.
Etykiety:
Broken Betty,
Desdemona,
hard rock,
heavy metal,
Horisont,
relacja,
southern rock,
stoner metal,
stoner rock,
The Flying Eyes,
Vagitarians
niedziela, 24 czerwca 2012
WNS IX: Polska Potrawka Stonerowa
Kilka dni temu pisałem o
okolicznościowym splicie Farflunga i Black Rainbows. Obie kapele grają
mieszankę stoner rocka z psychodelą i robią to wyśmienicie. A co słychać w
Polsce w tym temacie? Na pewno rewelacyjny Dopelord, o którym pisałem dla
WAFP! (tutaj), ale także trzy inne brudne, wciągające wydawnictwa. Pierwsze z nich to
płytka gdyńskiego zespołu Broken Betty, drugie jest grupy Satellite Beaver ze
stolicy, a trzecie z Poznania od Snake Thursday. Zaczynamy więc kolejną potrawkę stonerową, w
ramach odskoczni od thrashowania, które ostatnio trochę zdominowało bloga…
piątek, 23 grudnia 2011
RXXVIII: Ninja, Broken Betty (22 XII 2011, Desdemona, Gdynia)
Przedświąteczne ładowanie
akumulatorów odbyło się w gdyńskiej Desdemonie. Uciekając od odwiecznych
problemów z lampkami choinkowymi, ubierania sypiącego się drzewka i od lepienia
pierogów postanowiłem posłuchać dwóch bardzo dobrych gdyńskich zespołów.
Młoda grupa Ninja oraz nieco starsza wiekiem i stażem Broken Betty zagrały mocne, bardzo energetyczne sety…
sobota, 12 listopada 2011
Jesienne Smuty Koncertowe: Tides From Nebula (10 XI 2011, Sfinks 700, Sopot)
Do napisania czegoś o Tides From Nebula zabierałem się kilkakrotnie i za każdym razem ponosiłem klęskę. Najpierw z trudem przyszło mi pokochanie tego instrumentalnego grania, później była próba napisania o najnowszej płycie „Earthshine”, następnie o debiutanckim krążku „Aura”. Wreszcie chciałem napisać o obu jednocześnie, powstał wstęp i pustka.
Postanowiłem wybrać się na koncert i nadal nie wiem jak o nich napisać – bo tego się po prostu nie da opisać. No, ale spróbujmy.
Przystawka I: Broken Betty
Przed każdym głównym daniem są przystawki, pierwszą było trójmiejskie trio Broken Betty grające southern/stoner rocka. Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z kawałków, bo było to moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, ale także nic, nowego w tym gatunku zaprezentowane nie zostało. Występ chłopaków był bardzo udany i w porównaniu z Octopussy, które słyszałem kilka dni wcześniej znacznie lepszy i ciekawszy. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrego, wyważonego nagłośnienia. Perkusja nadawała tempo i tło, a gitary wygrywały swoje – czyli tak jak powinno być. Był wyczuwalny pustynny klimat, groove i to, czego brakowało mi w Octopussy – przestrzeń, zwolnienia do następnego uderzenia – te, w finałowym niemal dziesięciominutowym utworze były po prostu wspaniałe.
Mocną stroną Broken Betty jest także wokal basisty, który potrafił oczarować szorstkim głosem, krzykiem by po chwili zaśpiewać wolno, łagodnie i lirycznie. I oto w tej muzyce właśnie chodzi. Czystą przyjemnością było też patrzenie na bardzo dobrą technikę gry perkusisty.
Przystawka II: NAO
Drugą przystawką była warszawska formacja NAO, która zaprezentowała materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Deprywacja Sensoryczna”. Zespół ten gra specyficzną mieszankę muzyki ekspyremntalnej z post rockiem i szeroko pojętą alternatywą. Dużym plusem na pewno był polskojęzyczny wokal – co już jest niemal rzadkością na polskim rynku fonograficznym, a muzycznie – cóż jak dla mnie jest trochę gorzej…
W każdym razie mnie ich granie nie poraziło – dłużyło się, było nieciekawe, a wokalistka sprawiała wrażenie ryby z trudem łapiącej powietrze na powierzchni – przynajmniej na początku. Słowa były kompletnie nie zrozumiałe, a kiedy zaczęły już być wyłapywalne, odniosłem wrażenie grafomańskiego bełkotu, który kiedyś zarzucano wszak łódzkiej Comie. Muzyka była pozbawiona emocji, a kompozycje były za długie – jeden numer potrafił brzmieć tak, jakby zawarte były w nim co najmniej trzy, albo cztery kawałki. Dziwna sprawa…
- Zagramy Wam trochę muzyki – powiedziała Edyta Glińska, wokalistka zespołu. Cóż, nie nazwałbym tego muzyką, przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, miałem raczej bardzo mieszane uczucia, choć ludziom wokół się podobało. Nie skreślam tej grupy zupełnie, może się do nich przekonam, gdyż w zanadrzu mam jeszcze asa: ich debiutancką płytę – ale to już będzie inna historia i nie przeznaczona na mojego bloga – ale dla We Are From Poland.
Danie główne: Tides From Nebula
Zagrali prawie dwugodzinny koncert, grając utwory z obu swoich płyt. Gitarowe galopady i melancholijne pasaże, które raz po raz wybuchały w ekstatycznym tańcu emocji.
Tak jak napisałem na początku, nie wiem, po prostu nie wiem jak opisać swoje wrażenia; to, co widziałem i słyszałem jest nie do opisania. To była po prostu magia, metafizyka i ciężkie działa z bronią masowego rażenia emocjami, wytoczone przeciwko ludziom, którzy przyszli na ich koncert.
Spodziewałem się tego, ale jak przelać na papier to, co trzeba przeżyć samemu – wewnątrz siebie? Wielokrotnie udawało mi się to w mniejszym lub większym stopniu, ale tym razem nie potrafię. Było niesamowicie i pięknie – to chyba był najwspanialszy koncert mojego życia. Spróbuję oddać magię tego wydarzenia z pomocą kilku zdjęć:
Cóż jeszcze? Jesień trwa w najlepsze. A wraz z nią piękne przeżycia, zatopienia, odkrycia i uniesienia. A tego się właśnie oczekuje od tej pory roku.
Postanowiłem wybrać się na koncert i nadal nie wiem jak o nich napisać – bo tego się po prostu nie da opisać. No, ale spróbujmy.
Przystawka I: Broken Betty
Przed każdym głównym daniem są przystawki, pierwszą było trójmiejskie trio Broken Betty grające southern/stoner rocka. Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z kawałków, bo było to moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, ale także nic, nowego w tym gatunku zaprezentowane nie zostało. Występ chłopaków był bardzo udany i w porównaniu z Octopussy, które słyszałem kilka dni wcześniej znacznie lepszy i ciekawszy. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrego, wyważonego nagłośnienia. Perkusja nadawała tempo i tło, a gitary wygrywały swoje – czyli tak jak powinno być. Był wyczuwalny pustynny klimat, groove i to, czego brakowało mi w Octopussy – przestrzeń, zwolnienia do następnego uderzenia – te, w finałowym niemal dziesięciominutowym utworze były po prostu wspaniałe.
Mocną stroną Broken Betty jest także wokal basisty, który potrafił oczarować szorstkim głosem, krzykiem by po chwili zaśpiewać wolno, łagodnie i lirycznie. I oto w tej muzyce właśnie chodzi. Czystą przyjemnością było też patrzenie na bardzo dobrą technikę gry perkusisty.
Przystawka II: NAO
Drugą przystawką była warszawska formacja NAO, która zaprezentowała materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Deprywacja Sensoryczna”. Zespół ten gra specyficzną mieszankę muzyki ekspyremntalnej z post rockiem i szeroko pojętą alternatywą. Dużym plusem na pewno był polskojęzyczny wokal – co już jest niemal rzadkością na polskim rynku fonograficznym, a muzycznie – cóż jak dla mnie jest trochę gorzej…
W każdym razie mnie ich granie nie poraziło – dłużyło się, było nieciekawe, a wokalistka sprawiała wrażenie ryby z trudem łapiącej powietrze na powierzchni – przynajmniej na początku. Słowa były kompletnie nie zrozumiałe, a kiedy zaczęły już być wyłapywalne, odniosłem wrażenie grafomańskiego bełkotu, który kiedyś zarzucano wszak łódzkiej Comie. Muzyka była pozbawiona emocji, a kompozycje były za długie – jeden numer potrafił brzmieć tak, jakby zawarte były w nim co najmniej trzy, albo cztery kawałki. Dziwna sprawa…
- Zagramy Wam trochę muzyki – powiedziała Edyta Glińska, wokalistka zespołu. Cóż, nie nazwałbym tego muzyką, przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, miałem raczej bardzo mieszane uczucia, choć ludziom wokół się podobało. Nie skreślam tej grupy zupełnie, może się do nich przekonam, gdyż w zanadrzu mam jeszcze asa: ich debiutancką płytę – ale to już będzie inna historia i nie przeznaczona na mojego bloga – ale dla We Are From Poland.
Danie główne: Tides From Nebula
Zagrali prawie dwugodzinny koncert, grając utwory z obu swoich płyt. Gitarowe galopady i melancholijne pasaże, które raz po raz wybuchały w ekstatycznym tańcu emocji.
Tak jak napisałem na początku, nie wiem, po prostu nie wiem jak opisać swoje wrażenia; to, co widziałem i słyszałem jest nie do opisania. To była po prostu magia, metafizyka i ciężkie działa z bronią masowego rażenia emocjami, wytoczone przeciwko ludziom, którzy przyszli na ich koncert.
Spodziewałem się tego, ale jak przelać na papier to, co trzeba przeżyć samemu – wewnątrz siebie? Wielokrotnie udawało mi się to w mniejszym lub większym stopniu, ale tym razem nie potrafię. Było niesamowicie i pięknie – to chyba był najwspanialszy koncert mojego życia. Spróbuję oddać magię tego wydarzenia z pomocą kilku zdjęć:
Cóż jeszcze? Jesień trwa w najlepsze. A wraz z nią piękne przeżycia, zatopienia, odkrycia i uniesienia. A tego się właśnie oczekuje od tej pory roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



