Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AC/DC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AC/DC. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2016

Pod LUpą - Skończyli się na Kill 'Em All Część I

Kapitalny plakat koncertowy Gogola Bordello ukazuje sytuację "do wyboru do koloru"

W zasadzie tytuł mówi już wszystko. Metallica wydała pełno płyt po swoim debiutanckim albumie, uznane za świetne i zmieniające muzykę. Ale one się nie liczą, liczy się ta pierwsza. Potem, o zgrozo! Zespół stwierdził że będzie eksperymentować. Dlaczego nie grają już tak samo? Dlaczego nie chce im się robić tych samych płyt? Tego typu narzekania właśnie widzę co chwilę odnośnie zespołów. I mam serdecznie dosyć tego typu zarzutów.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Pod LUpą - Prąd różany/Prąd niestały (2)


Skoro opadł już nieco bitewny kurz to porozmawiajmy o ostatnim muzycznym temacie numer jeden. Mam tutaj na myśli AC n' Roses, znaczy Axl/DC. Odłóżmy jednak nieśmieszne suchary na bok. Trzeba przyznać, że jest to coś, czego nie przewidziałby nawet wróżbita Maciej. Pomimo plotek i spekulacji już wcześniej nikt nie brał na poważnie informacji o zastąpieniu Briana Johnsona przez wokalistę spod znaku gnatów i róż. 

Redaktor Chamera tak właśnie zaczął pierwszą część jednej z dwóch nowych odsłon felietonów, które będą pojawiać się na naszych łamach. Należy się Wam jednak kilka słów wyjaśnienia - felietony będą się pojawiać pod dwoma szyldami, gdzie "LUpa" oznacza felieton jednego redaktora na dany temat, a "Pod LUpą" felieton wszystkich redaktorów na dany temat w formie jedno lub dwu (a z czasem może i więcej) częściowego tekstu zależnie od długości wypowiedzi. W każdej z nich oczekujcie palących spraw, kontrowersji, polemik i kontr. 

Jesteście zatem gotowi, na konfrontację z moją opinią o obecnym statusie rock'n'rollowych Australijczyków? 

środa, 27 kwietnia 2016

Pod LUpą - Prąd różany/Prąd niestały (1)


Skoro opadł już nieco bitewny kurz to porozmawiajmy o ostatnim muzycznym temacie numer jeden. Mam tutaj na myśli AC n' Roses, znaczy Axl/DC. Odłóżmy jednak nieśmieszne suchary na bok. Trzeba przyznać, że jest to coś czego nie przewidziałby nawet wróżbita Maciej. Pomimo plotek i spekulacji już wcześniej nikt nie brał na poważnie informacji o zastąpieniu Briana Johnsona przez wokalistę spod znaku gnatów i róż. Wróćmy jednak na chwilę do początku całej sprawy...

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Wizualny Hałas #4: Storm Thorgerson


Napisał: Tomek Karzarnowicz


Storm Thorgerson zapisał się w historii muzyki już na wieki. Przede wszystkim za sprawą okładek albumów Pink Floyd, z klasycznym “Dark Side Of The Moon” na czele. Jego wkład w historię okładek nie ogranicza się jednak do projektów pojedynczych grafik dla słynnego zespołu - Thorgersonowi, na przestrzeni lat, udało się wypracować pewną stylistykę, która stała się kanonem, wzorcem dla wielu innych artystów.

poniedziałek, 22 lipca 2013

WNS XXXIII: Airbourne, Dynamite

Desant po raz czwarty, dynamit po raz pierwszy...
AC/DC ostatnio nie rozpieszcza swoich fanów, grają rzadko, a ostatni bardzo udany album studyjny wydali w 2008 roku. Na szczęście zamiast po raz kolejny słuchać płyt, które zna się na pamięć, można sobie puścić coś co brzmi jak AC/DC. Podobnie grających zespołów jest sporo, ale obecnie najciekawszymi kapelami są Airbourne i Dynamite. Ten pierwszy pochodzi z Australii i wydał trzeci (a właściwie to czwarty) już album studyjny, a drugi pochodzi ze Szwecji i właśnie zadebiutowali swoim pierwszym krążkiem. Która z nich nagrała album ciekawszy i bliższy wzorcowi wypracowanemu przez Angusa Young'a i spółkę?

piątek, 28 stycznia 2011

Wspomnienia i refleksje (część III)


Airbourne:
kopia czy następcy AC/DC ?


AC/DC… tego zespołu nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Któż nie zna  „Highway to Hell”, „Shoot to thrill”, „Back In Black” czy „For those about to rock (We salute You)” ? Nie sądzę, żeby znalazła się, choć jedna osoba, która przynajmniej nie słyszała o tej australijskiej formacji. Grają już ponad trzydzieści lat, są w znakomitej formie i raczej nic nie wskazuje, aby mieli zejść ze sceny muzycznej.
A na pewno z piedestału największych, obok Motörhead, piewców rock’n’rolla w metalu. Tak się przynajmniej wydaje, bo od kilku lat istnieje zespół, który pochodzi z Australii, gra heavy metalowego rock’n’rolla i brzmi jak AC/DC.
Zespół nazywa się Airbourne…

                Powstał w 2003 roku w Warrnambool, w stanie Victoria z inicjatywy… braci… O’Keeffe.
Joel i Ryan O’Keeffe wraz z Davidem Roadsem spotykali się na jam sessions i wtedy Roads poprosił ich,  żeby do niego dołączyli, bracia bez wahania przyjęli propozycję. Basistą został ich znajomy Justin Street, którego poznali na jednej z nocnych imprez obficie polewanych alkoholem. W 2004 roku zespół wydał  własnym sumptem minialbum „Ready to rock” z  basistą sesyjnym, którym został Adam Jacobson. W tym samym czasie przeprowadzili się do Melbourne i podpisali kontrakt z Capitol Records. Wówczas supoortowali też Mötley Crue, Motörhead i The Rolling Stones.
                W 2006 grupa przeniosła się do Stanów Zjednoczonych gdzie wraz z producentem Bobem Marlettem rozpoczęli prace nad pierwszą międzynarodową płytą studyjną. Tak narodziła się płyta z 2007 roku zatytułowana „Runnin’ Wild” . Płytę promowały trzy single: utwór tytułowy, „Too Much, Too Young, Too Fast”, który znalazł się w grze „Gituar Hero” oraz „Diamond In The Rough”. W lutym z niewyjaśnionych powodów Capitol Records zerwało kontrakt i Airbourne przeniosło się do Roadrunner Records.
                3 sierpnia 2008 roku zapytano Joela O’Keeffe o podobieństwa stylu i gry z AC/DC, na co gitarzysta grupy odpowiedział: „Skądkolwiek byś nie był, a zwłaszcza jeśli jesteś z Australii i w dodatku grasz taką muzykę, nie unikniesz pewnych porównań. Nie ważne kim jesteś, musisz zostać porównany. Muszę jednak zauważyć, że porównanie nas do najwybitniejszej rock’n’rollowej kapeli w biznesie, a zwłaszcza takiej, która ciągle istnieje i nagrywa świetne płyty, jest dla nas niczym innym jak pięknym i motywującym komplementem…”.
                W styczniu 2009 roku grupa weszła do studia by zarejestrować swój drugi album (trzeci w karierze i pierwszy dla Roadrunner Records). Nowy utwór „Born to kill” – został zagrany po raz pierwszy w Logan Campbell Centre w Auckland w Nowej Zelandii 7 października 2009 roku. 19 stycznia 2010 roku z kolei zademonstrowali utwór „No Way But The Hard Way” podczas koncertu BBC Radio One Rock Show, a już 9 lutego był singlem dostępnym na iTunes. Nowy album miał swoją premierę 8 marca i nosi tytuł „No Guts, No Glory”. Krytycy zgodnie podkreślają, że muzyka grupy jest silnie zakorzeniona w tradycji grania takich zespołów jak: AC/DC, Judas Priest, Thin Lizzy, Angel City, Rose Tattoo i Motörhead.
               
                Przyznam się, że choć znam twórczość wymienionych powyżej zespołów, to moim zdaniem, najbliżej chłopakom jest do AC/DC. Podobnie jak w AC/DC mamy raczej krótkie utwory (tak do czterech minut) o zwartej konstrukcji zasadzającej się na szybkich rwanych riffach i pędzącej perkusji, a teksty traktują głównie o podrywaniu dziewczyn, popijaniu alkoholu, życiu rock’n’rollowca i motocyklowych eskapadach, ewentualnie o supersamochodach… czyli ulubione tematy dużych chłopców.
                O ile AC/DC wydało piętnaście płyt (ostatnia to znakomita „Black Ice” z 2008 roku) i wszystkie brzmią tak samo, jakby grali ten sam utwór na każdej z nich przez bite czterdzieści minut, czasem dłużej (bynajmniej nie jest to wrzuta), o tyle Airbourne robi tak samo, to słychać, ale przetwarza znane motywy, przez coś, czego bracia Young i spółka już dawno nie mają – spontaniczność, żywiołowość i młodość.
Nie ma u nich, co prawda słynnego mundurka, preferują jednak bardziej spocone torsy i mokre od potu posklejane włosy oraz skórzane motocyklowe spodnie, ale grają w zasadzie tak samo. W zasadzie, bo różnic można by pewnie wskazać wiele, ale nie oto przecież chodzi, żeby pogrążać i mieszać z błotem zasłużonych dinozaurów i klasyków.
                Airbourne to zespół ciekawy i paradoksalnie do zdartego już mocno mam wrażenie stylu grania bardzo świeży i… oryginalny. Potrafi wyciągnąć z rock’n’rollowej tradycji to, co najlepsze i przefiltrować ja przez wspomnianą młodość, żywiołowość i spontaniczność. To po prostu wieczni chłopcy, którzy chcą być tacy jak AC/DC, grać tak jak oni, ale nie kopiować. Chcą się bawić zabawkami, które znane są wszystkim od dawna. Nie naśladować, ale myśleć podobnie, przetwarzać. Imitować, ale robić to puszczając oczko do zagorzałych fanów AC/DC.  Tak naprawdę, to składają oni hołd, odwołując się tym samym do ich słynnego utworu, i robią to w wielkim stylu.
                Są raczej godni miana następców, aniżeli naśladowców czy szufladkowania ich jako „kopia” – gdyż robią to z wielkim wyczuciem i naprawdę cieszą się tą muzyką. Kiedy AC/DC zabraknie, a musi nadejść niestety kiedyś ten moment, Airbourne będzie godnie ich reprezentował. Reprezentował, a zwłaszcza wspominał podobnym stylem, podobną tematyką, a może i własnymi wersjami klasycznych utworów swoich australijskich „starszych” kolegów.

Kiedyś z rozmarzeniem mówiono „Acepiorundece…”, niedługo będzie można pewnie tak samo mówić z rozmarzeniem „Airbourne…”. A my, jeśli kiedyś chłopaki zawitają do Polski, co mam nadzieję nastąpi, będziemy mogli sobie dodatkowo przed koncertem, widząc rozkładających się muzyków i zaczynających grać swojego ukochanego rock’n’rolla, przypomnieć słowa utworu „Giganci tańczą” Budki Suflera z płyty pod tym samym tytułem: „wylądował ich desant[1], oliwią już broń…”.
Ich muzyka właśnie jest jak desant, a  kiedy  wylądują… nie mają litości dla nikogo...
   


[1] Airbourne (ang.) – desant z powietrza; tu w formie australijskiej, gdyż zarówno w brytyjskim, jak i amerykańskim angielskim słowo zapisuje się „airborne”, również stosuje się go jako określenie do pocisków (airborne missiles” – pociski powietrzne, lotnicze).