środa, 27 kwietnia 2016

Pod LUpą - Prąd różany/Prąd niestały (1)


Skoro opadł już nieco bitewny kurz to porozmawiajmy o ostatnim muzycznym temacie numer jeden. Mam tutaj na myśli AC n' Roses, znaczy Axl/DC. Odłóżmy jednak nieśmieszne suchary na bok. Trzeba przyznać, że jest to coś czego nie przewidziałby nawet wróżbita Maciej. Pomimo plotek i spekulacji już wcześniej nikt nie brał na poważnie informacji o zastąpieniu Briana Johnsona przez wokalistę spod znaku gnatów i róż. Wróćmy jednak na chwilę do początku całej sprawy...

Jakiś czas temu do mediów muzycznych dotarła informacja o problemach ze słuchem Briana (przy czym problemy to mało powiedziane – lekarze stwierdzili wprost, że dalsze koncerty stadionowe sprawią że ogłuchnie). I tu zaczyna się cały cyrk. Co jakiś czas docierały do mediów różne niepokojące pogłoski (powołuję się tutaj głównie na Loudwire, mogę jednak coś przeoczyć/przeinaczyć, więc możecie mnie śmiało poprawić jeśli gdzieś popełniam błąd). Podobno Brian chciał dokończyć trasę i zmniejszyć intensywność koncertów do 2-3 tygodniowo. Reszta zespołu (a przez resztę mam na myśli głównie Angusa Younga, jedynego w tym momencie „klasycznego” członka zespołu) nie podeszła do pomysłu przychylnie. Potem dotarła informacja od rzekomego znajomego Briana, iż do jego domu został dostarczony jego sprzęt koncertowy, ot tak, bez żadnego komentarza. Koniec końców Brian wydał oświadczenie, że pomiędzy nim a zespołem jest dobrze, dziękuje za wspólne lata, będzie się starał dojść do siebie, ale lekarze nie prognozują najlepiej dla jego słuchu i prawdopodobnie nie wróci już do koncertowania. Do KONCERTOWANIA, co w praktyce znaczy tyle, że dalej może nagrywać w studiu nowy materiał. Jest to o tyle ważne, że jeżeli AC/DC zdecydują się wydać kolejny album (w co wątpię, ale może jednak to nastąpi) to Brian jest jak najbardziej dostępny.


Przejdźmy zatem do głównego problemu, który podzielił fanów. Axl Rose jako wokalista AC/DC. Wyraźnie stworzyły się dwa obozy, jeden mówi że super, świetnie, git majonez bo więcej Axla i generalnie nie widzi problemu. Drugi zwiastuje koniec AC/DC i apokalipsę rozgrywającą się na każdym koncercie grupy. Pamiętajmy jednak, że AC/DC już zmieniali wokalistę. Bon Scott, choć uważany za pierwszego wokalistę grupy, wcale nie był pierwszy. Powiedzmy jednak, że to od niego się wszystko zaczęło. Los chciał, że potoczyło się jak się potoczyło i grupa stanęła przed wyborem, czy zakończyć istnienie wraz ze śmiercią Bona, czy ruszyć dalej. Zdecydowali się na tą drugą opcje i tutaj wkracza Brian, z którym stworzyli między innymi "Back in Black", czy "Thunderstruck". Dlaczego więc obecnie mamy aż takie kontrowersje wokół tej sprawy? Jednym z czynników jest na pewno cała nie do końca jasna otoczka wokół opuszczenia trasy przez Briana. Drugi powodem jest niewątpliwie fakt iż Australijczycy wybrali właśnie Axla. Nie dość że jest to wielkie nazwisko z wielkiego zespołu, to jeszcze legendarne stały się już wyskoki pana Rose. O ile spotulniał ostatnio, o tyle nie można zapomnieć o jego wahającej się formie wokalnej. Co by nie mówić, Axl dobrym wokalistą na pewno jest. Problem w tym że kiedy zawodzi - to spektakularnie.

Wątpliwości były też co do tego czy jego głos pasuje do grupy z Australii. Mogli się o tym przekonać uczestnicy koncertu na festiwalu Coachella (a dzięki telefonom komórkowym i YouTube także reszta świata) gdzie Angus Young dołączył do Slasha i spółki by wykonać razem parę kompozycji AC/DC. Zainteresowanych odsyłam na Yt, ja zaś sprawdzając jak to wyszło muszę przyznać, że wyszło nie najgorzej. Powiedział bym wręcz, że całkiem nieźle. A mówię to z perspektywy osoby, która była jak najbardziej na nie kiedy usłyszałem o decyzji australijskiej grupy. W dodatku nie byłem nigdy fanem GnR i Axla, więc zaskoczenie tym większe. Ale bez przesady ze słodzeniem. Zdarzył się też wpadki. Kolosalne wpadki. Za każdym razem kiedy coś nie grało (np. wyższy śpiew na początku „Whole Lotta Rosie”) było to tak bolesne, że miało się ochotę skryć w kącie i płakać. Jakie jest więc moje zdanie w tej kwestii? Takie, że nie chciałbym być w skórze Axl'a Rose. Jest on na celowniku fanów grupy, którzy wytkną mu każdy najmniejszy błąd (ludzie już chwilę po ogłoszeniu informacji o zmianie wokalu chcieli oddawać bilety lub mówili, że teraz to już nie chcą iść na koncert). Może go to co prawda zmotywować do dania z siebie wszystkich sił i wypadnięcia jak najlepiej. Jeżeli więc ta zmiana wokalna jest tylko na te kilka koncertów, wtedy nie mam nic przeciwko.


Grupa chce dać swoim fanom koncert mimo wszystkich przeciwności losu (tak wiem że dochodzą do tego też kwestie finansowe, odwołanie koncertów wiąże się ze sporymi stratami finansowymi, ale moja naiwna duszyczka liczy, że nie chodzi tylko o pieniądze). Potem lepiej jednak żeby poszli w swoje strony. AC/DC mogłoby ewentualnie nagrać pożegnalną płytę z Brianem i w zasadzie tyle. Bądźmy szczerzy, ten zespół lata swojej świetności ma już za sobą. I o ile są muzycznymi legendami, to jednak nie są w stanie osiągnąć już nic więcej. [wstęp i tekst pierwszego felietonu ŁCh]

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza