niedziela, 10 lutego 2019

Leash Eye - Blues, Brawls & Bevarages (2019)


O Leash Eye pisaliśmy dawno, bo jeszcze w roku trzeszczącym, czyli jakby nie patrzeć sześć lat temu. W tym czasie zespół przechodził problemy związane ze składem i w końcu udało im się wydać czwarty album studyjny, który przynosi drobne zmiany w ich graniu. Czy hard rock w sosie stonerowym nadal opłaca się w roku dwóch tysięcy dziewięćsiłów?

Zmiany w składzie jakie dotknęły grupę, to przede wszystkim nowy wokalista. Sebastiana Pańczyka, który jak pisałem w naszej recenzji "Hard Truckin' Rock" z 2013 roku, śpiewał z zadziornością godną Pantery czy Alice In Chains zastąpił Łukasz Podgórski, który stawia na zdecydowanie czystszy, bardziej wyważony wokal, co znakomicie pasuje do muzyki grupy, która też przeszła małą ewolucję. Na stanowisku perkusisty znalazł się z kolei Marcin Bidziński, który zastąpił Łukasza Konarskiego. Nowy pałker Leash Eye gra ciekawiej i nie na jedno kopyto, co także istotnie zmienia położenie brzmienia, w którym uwydatniono jeszcze mocniej niż dotychczas miało to miejsce organy Hammonda, które często wysuwają się na nowym wydawnictwie na pierwszy plan.

Zaczynamy od "Bones" który wżera się w uszy gitarowym tonem i jękiem klawiszy przypominając nieco brzmienia, które tak kochało Deep Purple, by następnie zdecydowanie przyspieszyć ostrzejszym graniem i świetnym wysokim wokalem Podgórskiego. W tle zaś kapitalnie śmigają klawisze ocieplając surowe gitary i takąż perkusję. Panowie nie rezygnują jednak z szaleństwa i pozwalają muzykom też zaszaleć i tak w środkowej części znalazło się miejsce na gitarowe solówki i soczysty klawiszowy pejzaż. W drugim na płycie zatytułowanym "Moonshine Pioneers" zaczynamy od absolutnie fantastycznego klawiszowego mrocznego wjazdu, który zostaje znakomicie rozwinięty wraz z wejściem gitar i perkusji. Świetnie wypada też wokal oparty trochę na liniach znanych z "Black Betty". Praca gitar i okraszanie ich klawiszami wypada porywająco i zaskakująco świeżo, a zarazem gęsto. To gęste brzmienie, kapitalną grę gitar i klawiszy w idealnej harmonii słychać jeszcze bardziej w świetnym "On Fire", czyli trzecim kawałku na albumie. Prawdziwa wysokooktanowa perełka. Taką też jest "Lady Destiny" o fantastycznym szybkim, skocznym tempie niemal przeznaczonym do jazdy jakimś krążownikiem szos, starym Mustangiem albo wielką ciężarówką z dużą prędkością. I to niesamowite budowanie napięcia które niemalże spotyka się tutaj z gospel! W "The Disorder" tempo bynajmniej nie siada, a panowie znów czarują idealnym związkiem gitar i klawiszy, choć sam numer jest zdecydowanie wolniejszy, ciemniejszy i bardziej melodyjny od poprzednika. Co istotne, to zmyła, bo na koniec utwór znów wybucha klawiszowym szaleństwem i energią godną mszy baptystów.


Filmowym cytatem wydać się może numer kolejny zatytułowany "Planet Terror", a przez to nawiązując jakby od niechcenia do drugiej części dylogii "Grindhouse" Tarantina i Rodriqueza. Zmienia się jednak nieco klimat, bo panowie zaczynają od akustycznego, bluesowego wstępu, który dopiero po chwili zostaje przełamany kolejną porcją rozszalałych klawiszy, ostrych gitar i rozpędzonej perkusji. Witamy w Teksasie, w którym echa Tito & Tarantula czy The Blasters są nadal obecne w każdym zakamarku. Rewelacja. Po nim zaś lecimy prosto w kosmos, by spotkać się z samym Mistrzem Twardowskim. "Twardowsky, J", bo taki tytuł nosi następny kawałek, zwalnia nieco do bardziej ponurych brzmień gdzieś z pogranicza doom metalu czy ciemnego hard rocka jakim lubili się parać panowie z Black Sabbath. Jest wiec duszno, powolnie i bardzo pustynnie, a wszystko podane z ogromnym wyczuciem i finezją, z dużą ilością smakowitych klawiszy i riffów wpisanych w melodykę tychże. Oczywiście panowie na finał przyspieszają, ale to trochę na takiej zasadzie wyrzutu rakiety. W "Furry Tale" panowie wracają do zdecydowanie szybszego grania, które zdaje się znów nawiązywać trochę do Purpli, a trochę do Iron Maiden  - no wsłuchajcie się w ten główny riff okraszany poszarpanym, melodyjnym klawiszem. Czy nie brzmi to znajomo? Sam kawałek miodny, choć w moim przekonaniu dużo ciekawszy jest rozpędzony "Jackie Chevrolet" o niemal marszowym tempie. To jeden z tych w których noga sama dociska gaz do dechy, a samochód z pomrukiem silnika pędzi przez szosę nie zważając na to, co znajduje się dookoła. Na przedostatniej pozycji panowie serwują kawałek "One Last Time" z ponownie bogato wyeksponowanymi klawiszami i świetną gitarową melodią, co sprawia że od razu wpada on w ucho i nie chce wyjść z głowy. Ponownie pojawiają się tu echa gospel za sprawą kobiecego chórku, dość głęboko schowanym między instrumentarium. Na koniec "Well Oiled Blues", który staje się swoistym podsumowaniem i credo całego krążka Leash Eye. Soczyste klawisze, melodyjne gitary i znakomite tempo tak bliskie zarówno bluesowym korzeniom, jak i hard rockowym przetworzeniem, a jednocześnie śmiało oddychające stonerowym dociążeniom podobnych tematów.

Ocena: Pełnia
Leash Eye na swoim czwartym albumie nie odkrywa prochu, ale trzeba przyznać, że mają panowie łeb do chwytliwych melodii, a przede wszystkim do swojego brzmienia, które jest niezwykle soczyste i tak dopracowane, że Ci, których nie wbije ich muza w fotel muszą być kompletnymi ignorantami. Te jedenaście kawałków to bardzo udana energetyczna zabawa stylem, ale także pierwszorzędna dawka muzy idealnej do samotnej podróży szosą, choć może niekoniecznie po naszych polskich drogach, przy której majaczy z oddali neon stacji benzynowej i obskurnego baru z tanim piwem i mnóstwem podobnych podróżnych uciekających od zwykłego życia i kochających ryk silnika i pisk opon. Leash Eye powrócił z tym albumem w doskonałej formie i mam nadzieję, że tym razem nie schowają za szybko swoich motocykli i Mustangów do garażu, bo wyraźnie słychać, że mają misję od Boga, by takie brzmienia grać i cieszyć nimi ludzi, którzy nie gonią za trendami, nie szukają nowości, a po prostu chcą by stare, poczciwe i łatwiejsze lata 70te trwały jak najdłużej.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz