sobota, 11 czerwca 2011

Black Country Communion – 2 (2011)


Pierwsza, naprawdę rewelacyjna płyta grupy Black Country Communion, zatytułowana „Black Country” i wydana w 2010 roku, była miłym zaskoczeniem i bardzo niespodziewanym wydawnictwem. Już wówczas zadeklarowano, że będzie druga płyta, jednak nie przypuszczałem, że pojawi się ona tak szybko. Drugiej płyty tej supergrupy wyczekiwałem z ogromną niecierpliwością i wiadomość, że to już, odebrałem z równie wielkim entuzjazmem. Nawiązując do Zeppelinowskiej tradycji, płyta została zatytułowana nader skromnie – po prostu „2”. I nadal jest to fantastyczne granie, wyraźnie nawiązujące do tradycji hard rocka z lat 70 i bluesa w najlepszym wydaniu.

środa, 8 czerwca 2011

Sepultura – Kairos (2011)


Nowy, dwunasty już album Sepultury to, jak twierdzi gitarzysta grupy Andreas Kisser, podsumowanie dwudziesto sześcio letniej historii oraz przemian wewnętrznych i zewnętrznych zachodzących w zespole. Nie jest to jednak żadne „best of”, ani nagrane na nowo stare utwory, lecz świeży i bardzo energetyczny nowy materiał będący w pewnym sensie kontynuacją dwóch poprzednich albumów „Dante XXI” i „A-Lex”. W pewnym sensie, bo to również concept album, ale napisany od początku do końca przez grupę, a nie zbudowany wokół historii wysnutej z literatury, jak miało to miejsce w przypadku właśnie wcześniejszych płyt. Podobnie jak w przypadku poprzednich albumów, założeniem jest odwieczna podróż człowieka w nieznane.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Black Stone Cherry – Between the Devil and the Deep Blue Sea (2011)


Tytuł płyty zaczerpnięto z terminologii marynistycznej. W wolnym tłumaczeniu oznacza on „pomiędzy oddechem Diabła a głęboką otchłanią błękitnego morza”. Sam termin dawniej określał sytuację, w której marynarz był zmuszony do zawiśnięcia pomiędzy burtą statku a morzem w celu dokonania koniecznych napraw lub pomiarów, często ryzykując nawet życiem. Doskonale oddaje on też problem tej płyty. Choć sami muzycy podkreślają, że tytuł płyty i jej zawartość to podsumowanie roku z ich życia. Odnoszę jednak wrażenie, że można by go przetłumaczyć też w ten sposób: „pomiędzy łaską producenta a zachowaniem własnej tożsamości”. Nie, nie jest to wcale zła płyta, wręcz przeciwnie. Pojawia się jednak kilka dużych i istotnych „ale”.
Po raz pierwszy chłopaki nie rejestrowali materiału w rodzinnym Kentucky, lecz w Los Angeles pod czujnym okiem (i uchem) uznanego producenta muzycznego Howarda Bensona. Nowe środowisko przyczyniło się w znacznej mierze do tego jak brzmi nowy, trzeci studyjny już album Black Stone Cherry. Właśnie brzmienie mocno wpływa na odbiór najnowszego wydawnictwa kwartetu, wcześniejsze płyty bowiem, (również koncertowa), charakteryzowały się surowością i brudem, młodzieńczym nieokrzesaniem. Nowa płyta została obdarta z tych właściwości, całość została uładzona, wyczyszczona i zmiękczona. Oczywiście, to nadal jest ten sam zespół, jednak różnica jest kolosalna. To, że jest to grupa „radiowa”, a ich kawałki świetnie nadają się do audycji, to rzecz wiadoma, jednak na tej płycie zostało to jeszcze bardziej uwypuklone właśnie przez nowe, zupełnie inne brzmienie.

Płytę otwiera wydany 10 kwietnia jako singiel utwór „White Thrash Millionaire”, który nie ma nic wspólnego z fantastycznymi, ciężkimi i przebojowymi otwieraczami z dwóch pierwszych płyt („Rain Wizard” i „Blind Man”). Też jest dość ciężki i przebojowy, ale jest trochę jak zbyt słodki cukierek i słucha się go ciężko i z mieszanymi uczuciami, ale kiedy już wybrzmi robi się troszkę ciekawiej. Troszkę, bo przyjemność psuje brzmienie i dwa utwory znajdujące się na płycie.
I tak, drugi jest „Killing Floor”. Wolne wejście i po chwili ostry, melodyjny riff oraz chwytliwy refren. Trzeci utwór to „In My Blood”. Również wolniejszy, bardziej balladowy i melancholijny, przywodzący na myśl trochę starsze Lynyrd Skynyrd, legendę southern rocka.
„Such a Shame” to numer czwarty. Szybszy, pędzący z bardzo ciekawym riffem prowadzącym i trochę niepotrzebnymi chórkami.
Piątka to „Won’t let go” – akustyczny, balladowy kawałek, z nieco ostrzejszym momentem na refren. Moim zdaniem, to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Szóstka to „Blame It On The Boom Boom” – kolejny szybki numer z riffem i konstrukcją trochę jak z Black Label Society. I znów niepotrzebne, moim zdaniem, chórki. Lepsza byłaby w tych miejscach zagrywka na gitarze, albo harmonijka ustna. Chwytliwy „Like A roll” to siódemka, która jest ewidentną, krótszą i dużo gorszą kopią „I Won’t Get Fooled Again” The Who.
Lepiej byłoby po prostu nagrać cover, niż bezmyślnie kopiować patenty tej legendarnej grupy. Ósemka nosi tytuł „Can’t you see” – wolny, pochodowy i do tego Lynyrd Skynyrdowy szlif. To kolejny utwór, należący do najciekawszych na płycie.
Dziewiąty jest „Shake” oparty na ciężkim riffie, dość wolny utwór, znów trochę przywodzący na myśl Black Label Society. Numer dziesiąty to „Stay” – ballada, z ładną i klimatyczną linią melodyczną akustycznych gitar. Dobre posunięcie z powtarzaniem słów przez echo.
Jedenastka to „Change” – będąca z jednej strony kopią utworu „Your Betrayal” Bullet For My Valentine, który otwiera ostatnią płytę walijskiej grupy „Fever” (dokładnie to samo wejście i konstrukcja) a z drugiej strony znów przywołujący Black Label Society. I ostatni numer na płycie, dwunasty (dwie wcześniejsze zawierały trzynaście kompozycji) to akustyczna, bardzo interesująca ballada w południowo amerykańskim stylu country, troszkę przywodząca na myśl eksperymenty Led Zeppelin z tą stylistyką.

Podsumowując, nową płytę BSC słucha się przyjemnie i bez większego znudzenia. Pozbawiona jednak zadziorności i brudu dwóch poprzednich płyt, rozczarowuje. Na pewno, jest to granie dojrzalsze i inne od tego z trzech poprzednich wydawnictw (wliczając koncertówkę „Live In Astoria” z 2007). Nie jest to jednak dobra płyta do rozpoczęcia przygody z BSC, warto wpierw poznać wcześniejsze płyty grupy, a dopiero potem sięgnąć po tą. Mocno uładzone, zmiękczone brzmienie płyty sprawia, że brakuje na płycie energii i trzeba dużo czasu, aby przesłuchać ją w całości, zwłaszcza przy pierwszych podejściach.. Bardzo się zawiodłem na utworach „Like A Roll” oraz „Change” – czegoś takiego uznany producent w ogóle nie powinien pozwolić nagrać chłopakom, bo są to po prostu zerżnięte całe fragmenty innych, świetnych kawałków - klasyka The Who i zeszłorocznego otwieracza albumu BFMV.
Bardzo cieszyłem się na tę płytę, ale niestety zawiodłem się. Moim zdaniem zespół nie podołał trudnej sztuce zawiśnięcia pomiędzy „oddechem Diabła a głęboka otchłanią błękitnego morza”. Szkoda, bardzo wielka szkoda. Na pocieszenie zostaje jeszcze bardzo ładna i intrygująca, ascetyczna czarnobiała okładka. Gdyby niewspomniane kawałki byłbym skłonny postawić tej płycie mocną siódemkę. W tej sytuacji, stawiam (tylko i aż): 6,5/10

sobota, 4 czerwca 2011

WNS II: Ninth Moon Black, Insomnium, Riverside

Trzy krótkie wydawnictwa, zatem trzy krótsze teksty. Trzy praktycznie różne style muzyczne i trzy różne podejścia do grania. Jedna to przedsmak nadchodzącego, jak sądzę, wydawnictwa, druga, choć krótka, to tak naprawdę pełnoprawna płyta, a trzecia to tak zwana płyta rocznicowa. Jedna to koncept album, druga to zaledwie dwu utworowe wydawnictwo, a trzecia to trwająca ponad pół godziny epka utytułowanej i uznanej w Polsce i zagranicą rodzimej formacji. Na warsztat idą: Ninth Moon Black – „Kalyug” z 2010 roku, niedawno wydany singiel Insomnium – „Weather the Storm” oraz wydane z okazji dziesięciolecia istnienia grupy Riverside – „Memories In My Head”.

1. Ninth Moon Black – Kalyug (2010)


Grupa Ninth Moon Black wywodzi się z północno-zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i ma na swoim koncie wydaną w 2007 roku debiutancką, długogrającą płytę, zatytułowaną pop prostu „Ninth Moon Black”. Wydany w 2010 roku minialbum „Kalyug” został zrealizowany i rozpowszechniony własnym sumptem. Ten minialbum to koncept oparty na założeniu regresu ludzkości w kierunku egocentrycznego sposobu bycia. Tłem utworów są nagrania wypowiedzi Michaela Cremo, nawiązujące do terminologii hinduistycznej kosmogonii, skąd zaczerpnięto zarówno terminologię, jak i przekaz. Niesamowite wrażenie robi już sama okładka: pośrodku widzimy jakby kulę ziemską, z której wylewają się obrazy. W samym środku płonące ruiny miasta, po bokach migrujące lub martwe zwierzęta, dym i mrok pośród, w którym można wyróżnić tajemnicze twarze i chaos umierającego, ginącego świata.
Otwierający płytę „Harbringer” wyłania się z mgły powoli i ambientowo, na jego tle mroczne tony pianina, które wprowadzają w coś w rodzaju hipnotycznego transu. Pierwsze czytanie Michaela Cremo: dowiadujemy się zeń, że aktualnie znajdujemy się w ostatniej z czterech er – erze wojny i hipokryzji. Gładko przechodzimy do drugiego utworu, tytułowego. Przestrzenna gitara, unoszący się bas i narastająca perkusja. Całość zaczyna płynąć, nabierać tempa. Mimowolne skojarzenia z eksperymentami Hawkwind przetworzone przez postmetalowe, a nawet mathcorowe rozwiązania. Trzeci utwór to „Causatum” – unosząca się, narastająca melodia uzupełniona pulsującą perkusją. Ponownie wzbogacony wypowiedziami Cremo. A zaraz po nim, ostatni na płycie utwór, trwający trzynaście minut z sekundami absolutny majstersztyk „Satya Yuga”.
Epicka, pochodowa i bardzo przestrzenna suita obfituje w liczne przestery, zmiany tempa, łamania rytmu i mocne akcenty. Kilka zwolnień do wypowiedzi Cremo w trakcie. Gdzieś przemykają w głowie skojarzenia z wspomnianym Hawkwindem, czy nawet z grupą Amplifier, która wszak czerpie z bardzo podobnych inspiracji jak NMB.
Podsumowując, jest to płyta niezwykła i magiczna. Na pewno nie jest to płyta łatwa, ale każdy, kto obraca się w podobnych klimatach, ubóstwia progresywne pasaże lub szuka metafizycznego przeżycia, odkrycia czegoś nowego nie powinien obok tej płyty przejść obojętnie. 5/5

2. Insomnium – Weather the Storm (2011)


Ta skandynawska formacja nie była mi wcześniej znana, ale z ciekawości sięgnąłem po najnowsze wydawnictwo, jakim jest singiel „Weather the Storm”. Po zapoznaniu się z nim sięgnąłem po wcześniejsze dokonania Insomnium. Grupa wydała, jak dotychczas cztery bardzo dobre albumy: „In the Halls of Waiting” (2002), „Since the Day It All Came Down” (2004), „Above the Weeping World” (2006) oraz „Across the Dark” (2009). Stylistyka grupy to połączenie melodyjnego death metalu z metalem progresywnym. Znany jest również ze współpracy z formacją Dark Tranquillity, co jest zaznaczone choćby na okładce tego właśnie singla.
Pierwszy na płycie jest utwór tytułowy. Bardzo melodyjny riff prowadzący i interesujący growlowany wokal. Przystępna konstrukcja kawałka przywodzi na myśl wczesny Opeth. Druga kompozycja to instrumentalny „Beyond the Horizon”. Zaczyna się on łagodnie, od akustycznej gitary i łagodnych uderzeń perkusji. Całość powoli, melancholijnie narasta aż do wejścia ostrzejszego riffu. Ma się wrażenie jakby się szło po tafli wody prosto do styku horyzontu z jej powierzchnią. Skojarzył mi się też trochę ten utwór z końcówką „The Count of Tuscany” z ostatniej płyty DT „Black Clouds And Silver Linnings”. Piękny i rzewny to kawałek.
Singiel ten stanowi zapewne preludium do płyty grupy Insomnium, która pewnie ma się pojawić w najbliższym czasie, choć nie znalazłem żadnej informacji o nadchodzącym długogrającym wydawnictwie. Jest to też bardzo dobre wprowadzenie do twórczości Insomnium, która powinna zainteresować nie tylko wielbicieli progresywnego melodyjnego death metalu, ale także wszystkich tych, którzy chcą posłuchać dobrej, skandynawskiej muzyki. A jak powszechnie wiadomo, Skandynawowie to mistrzowie pięknej muzyki, bez względu na to, za jaki gatunek się zabiorą. 5/5

3. Riverside – Memories In My Head (2011)


Tej grupy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Uznana w kraju i za granicą polska grupa szturmem zdobyła popularność rewelacyjną „Reality Dream Trilogy” (2003 – 2007), a następnie wydała w 2009 roku bardzo dobry album zatytułowany „Anno Domini High Definition”. Od czasu powstania zespołu minęło dziesięć lat, grupa postanowiła to uczcić nie tylko serią koncertów, ale także zapowiedzią kolejnego albumu oraz rocznicową epką, będącą nie tyle podsumowaniem tych dziesięciu lat, ile retrospektywnym spojrzeniem na dawne Riverside z początków działalności, znane choćby jeszcze z pierwszej płyty „Out of Myself ”, a zwłaszcza z epki „Voices In My Head” wydanej w 2005 roku.
Tytuł rocznicowego wydawnictwa nawiązuje zresztą, jak widać bardzo wyraźnie do tamtej płytki, muzyka zresztą miejscami też. I do tego jeszcze, jak zwykle fantastyczna okładka, również wyraźnie nawiązująca do tytułu płyty i zawartego nań materiału.
Minimalistyczne, mroczne i bardzo klimatyczne, narastające wejście pierwszego utworu pod tytułem „Goodbye Sweet Innocence”. Następnie powoli wchodzi gitara oparta na unoszących się klawiszach i łagodny wokal Dudy. Utwór powoli rozwija się i dopiero po około czterech minutach troszkę przyśpiesza. Jednakże nie ma tu połamańców czy pędzących elementów, wszystko jest wyciszone, unoszące się i powolne. Wprawne ucho wyłapie zapewne melodię z pierwszych płyt, do których kawałek wyraźnie nawiązuje. Fantastyczny, prawie jedenastominutowy (10:40) kawałek na końcu delikatnie schodzi i płynnie przechodzi w dwunastominutowy „Living In The Past”, którego początek skojarzyć można z Archive. Klawisze wygrywają wibrujący ton, narastająca perkusja…
Później przestrzenny i mroczny płynący dawny Riverside. Znów łagodny, przepełniony smutkiem, duszny wokal Dudy, którego tak bardzo brakowało na „ADHD”. Trzeci, a zarazem ostatni jest najkrótszy na płycie, trwający około dziesięć minut (9:57) utwór, który znalazł się również na ścieżce dźwiękowej nie dawno wydanej gry komputerowej „Wiedźmin 2: Zabójcy Królów”, pod tytułem „Forgotten Land”. Rozpoczyna się on od mrocznego basowego akordu, wchodzi perkusja i wokal Dudy. Unoszące się klawisze dochodzą po chwili. Kawałek robi niesamowite wrażenie, jeśli chodzi o klimat i przestrzeń, z powodzeniem można wyobrazić sobie Geralta, bohatera sagi Sapkowskiego przemierzającego niegościnne, zapomniane terytoria w poszukiwaniu kolejnych wyzwań…
Utwór kończy się powtórzeniem początkowych fragmentów pierwszego utworu, historia zatoczyła koło, podróż przez pamięć i wspomnienia zakończona.
Jest to płyta bardzo interesująca, zwłaszcza dla zagorzałych fanów Riverside, a ja do takich właśnie należę, ale także dla tych, którzy swoją przygodę z tym niezwykłym polskim zespołem rozpoczynają. Nie daje ona odpowiedzi jaka będzie nadchodząca płyta grupy, ani w żaden sposób nie odstaje od poprzednich albumów. Pozostaje jednak pewien niedosyt, wrażenie, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Powrót do dawnego stylu na potrzeby tego wydawnictwa wypadł ciekawie, ale wydaje się być trochę niepotrzebny. Od Riverside oczekuje się jednak czegoś więcej, dlatego ode mnie zaledwie czwóreczka (byłaby z minusem, ale nie ma takiej oceny), a i tak jest to bardzo wysoka i nobilitująca, jak sądzę nota. 4/5

środa, 1 czerwca 2011

Circle Of Silence – Blackened Halo (2011)


Niewiele wiem o tym zespole. Nie znam też dwóch poprzednich wydawnictw tej grupy, ponieważ zwyczajnie są nie osiągalne. Ta płyta, jak łatwo się domyślić, jest zatem trzecią w dyskografii tego zespołu, który gra power metal w niemal klasycznej niemieckiej odmianie. I wcale nie dziwi ten fakt tak bardzo, jest to przecież zespół, który pochodzi z Niemiec. Okładka jakoś wielce nie przykuwa uwagi, sięgnąłem po nią raczej z czystej ciekawości, niż pod wpływem zachwytu okładką, która moim zdaniem jest zwyczajnie szkaradna i raczej odpychająca. Power metal w wykonaniu Circle Of Silence nie jest jednak melodyjną, rozpiszczaną łupanką z operowym zadęciem. Znacznie bliżej tej grupie do surowych, ciężkich, pędzących rytmów w rodzaju Firewind, czy ostatniej płyty legendarnego Helloween „7 Sinners”. Przy okazji jest to granie przefiltrowane przez dodatkowe skojarzenia i style, ale po kolei.

C.O.S powstało na początku 2005 roku, jako dwuosobowy projekt gitarzysty Tobiasa i basisty Björna. (Wszędzie podaje się jedynie imiona muzyków). Z czasem zespół rozrósł się do liczby pięciu osób, ale ostateczny skład wyklarował się w marcu 2006 roku, kiedy to zespół został zasilony przez Nicka (wokal), Chrisa (gitara) i Pita (perkusja). W tym składzie grupa istnieje do dzisiaj. Wydany w sierpniu 2006 roku debiutancki krążek „Your Own Story” zdobył doskonałe recenzje, a niemiecki magazyn metalowy „Heavy?!” przyznał mu ocenę 9/12. W połowie 2007 roku zespół zaczął rejestrować materiał na drugą płytę, zatytułowaną „The Supreamacy Of Time”. Nagrań materiału dokonano na przełomie listopada tegoż roku i lutego 2008 roku. Album miał swoją premierę w marcu 2008 roku.

Otwierający płytę „Synthetic Sleep” to uderzenie z grubej rury, ciężkie tony perkusji i ostry riff zbliżający się do cięższych odmian heavy metalu i szorstki, bardzo interesujący wokal. Tu nie ma miejsca na wysokie rejestry. Szorstkie, wyrzucane frazy przypominają raczej wokalizy znane z twórczości Jorna.
Drugi to „Left to die” – naprawdę świetny utwór, który daje wyobrażenie jakby brzmiał Blind Guardian, gdyby zaczął grać ciężej, ostrzej i nie odchodził w stronę opery i symfonicznego metalu. Ze skojarzeń, niewątpliwie nasuwa się też niemiecka supergrupa Sinebreed, która rok temu wydała debiutancki materiał „When Worlds Collide”.
Trzeci jest „Exception”. Niezwykle przebojowy i mocno osadzony w stylistyce lat 80, melodyjny utwór, idealnie nadający się na koncerty.
W czwórce zatytułowanej „Twentyone grams” nie zwalniamy tempa, choć utwór jest nieco wolniejszy. Skojarzenia z filmem pod tym samym tytułem? A jakże… i do tego, krótkie, ale bardzo interesujące solówka. W ogóle solówki są mocnym atutem tej płyty, nie ma się wrażenia, że gdzieś się je słyszało i nie nudzą.
Piątka to utwór tytułowy – absolutnie kapitalny walec ze świetnym pędzącym riffem. Następnie „Take Your Life”, czyli szósteczka. Pachnie wczesną Metallicą? Troszeczkę tak. Firewind z pierwszych płyt? No też. Bullet For My Valentine? Również. Absolutny majstersztyk. Siódmy, to równie ciężki, wibrujący „Never Forget”. Coraz wyraźniej ma się wrażenie skojarzeń ze stylistyką metalcorową czy death metalową przefiltrowaną przez tradycyjny thrash metal lat 80.
Ósmy kawałek to „Reflections” – dosłownie na chwilkę pojawia się akustyczna gitara. Ballada? Zmyła. Zaraz wchodzi ostry riff i pędzimy dalej, wcale nie zwalniając tempa.
Przy końcówce znów na chwilę pojawia się akustyczna gitara, pochodowe przyśpieszenie i akustyczne zejście. „Redesign” to dziewiątka. Kolejny kawałek z grubej rury. Potężne uderzenie riffu i perkusji wprowadza w pędzącą bardzo melodyjną i pachnącą Jornem kanonadę z bardzo silnych dział. Mniej więcej w połowie zwolnienie przypominające ostatnią płytę Bullet For My Valentine „Fever” czy zapomnianą już grupę Still Remains.
Kolejna krótka, ale bardzo treściwa solówka. I mimowolne skojarzenie z Brudnym Harrym na koniec. „The End” jest dziesiąty. Znów skojarzenia z BFMV, przynajmniej, jeśli chodzi o budowanie napięcia, melodii i wykorzystywanych riffów. Utwór idealny do wspólnego odśpiewania wraz z zespołem. Ale to nie koniec: ostatni jest utwór jedenasty pod tytułem „Until The Worlds Collide” z mylącym, króciusieńkim łagodnym wstępem osadzonym na pianinie, smyczkach i gitarze i znów ostry riff. Ten utwór jest najwolniejszy i najbardziej epicki z kompozycji zawartych na płycie, znacznie bardziej rozbudowany pod względem klimatu (progresywny szlif), na chwilę pojawia się nawet typowo black metalowy growl. I na koniec smyczkowo-pianinowe zejście.

Materiał zawarty na tym albumie to granie ciężkie, a zarazem bardzo melodyjne, przefiltrowane przez różne skojarzenia i style niekoniecznie związane z power metalem.
Naturalnie, to wciąż jest power metal, jednakże znacznie ciemniejszy od wersji tradycyjnej czy tej epicko-operowej. A zwłaszcza od coraz bardziej popularnej, melodyjnej odmiany skłaniającej się ku dużej pompatyczności, dużej ilości solówek, rozbudowanych fragmentach i oscylujących w zbyt wysokich rejestrach, dla przeciętnego słuchacza, wokalach.
Jest to pozycja bardzo interesująca i godna polecenia wielbicielom nie tylko melodyjnego power metalu, ale także tych, którzy wolą ciemniejsze, brudniejsze i mocniejsze brzmienia. Jest to także, moim zdaniem, jedna z najciekawszych płyt tego roku. Całości słucha się z ogromną satysfakcją i przyjemnością, a po skończeniu płyty, ręka mimowolnie wędruje do przycisku „play” i włącza ją ponownie. Naturalnie, podobnego grania jest sporo i nie jest to wcale granie odkrywcze, ale świeżości i polotu odmówić nie można, ode mnie zasłużone 10/10. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych wydawnictw tej grupy i mam nadzieję, że uda mi się wcześniejsze płyty grupy upolować.

poniedziałek, 30 maja 2011

Relacja X: Juwenalia UG

Na dzień pierwszy nie poszedłem, bo grał Dżem. Po pierwsze, aktualny Dżem to dla mnie nie jest Dżem, bez Riedla i Bergera, to raczej Marmolada. Po drugie, po piętnastominutowej „Whisky”, którą nie tak dawno słyszałem na żywo, mam dosyć Dżemu na bardzo długo. Na dzień drugi poszedłem, bo byłem ciekaw młodego i bardzo obiecującego zespołu Kumka Olik, oraz starego dobrego T.Love.
Najpierw jednak zagrał zespół Bajzel, czy też raczej one man band. Cóż, mi osobiście się to bardzo nie podobało. Dziwne było, i zaiste nazwa bardzo adekwatna, istny bajzel. Totalny bezład stylistyczny, formalny i kompozycyjny, przetworzony głos, gitarka i jakieś sample udające perkusję i całą resztę. Nie jest to, to, co ja osobiście lubię najbardziej.
Potem zagrał zespół Kumka Olik. Ten młody zespół powstał stosunkowo niedawno, bo zaledwie trzy lata temu i zdążył już wydać dwie płyty. Pozwolę sobie, nie rozwijać wątku tego zespołu w tym miejscu i poświęcę mu osobny tekst w najbliższym czasie. Zasługuje na to, a na pewno na coś więcej, niż kilka zdawkowych zdań.
Następnie już na dużej scenie wystąpiły Strachy na lachy – formacja Grabaża, znanego z nieodżałowanej Pidżamy Porno, za którą nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem. Za Strachami na lachy też zresztą nie przepadam. Choćby z tego względu, że strasznie denerwuje mnie głos Grabaża. Muzycznie SNL są nawet znośne, ale reszta zupełnie mi się nie podoba. Pozwolę sobie na kilka uwag odnośnie aktualnej grupy Grabaża. O ile Pidżama Porno miała jeszcze jakiś jeden wyczuwalny, określony styl, o tyle SNL to mariaż różnych gatunków i rodzajów muzyki podanych w tak zwanym żartobliwym sosie. I mogłoby to być bardzo interesujące, gdyby nie zupełnie nieprzystający do całości wokal Grabaża (przynajmniej jak dla mnie) i teksty. Jak dla mnie to po prostu zupełny, bezsensowny bełkot. Tylko jedna piosenka naprawdę mi się podobała. Mianowicie ta, w której razem z publicznością Grabaż śpiewał: „Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja”. Bardzo trafne i niestety prawdziwe. Próbował być dowcipny, ale mi ten rodzaj żartu zupełnie nie podchodzi. Poza tym współczuję dwóm małym chłopcom, którzy przyszli ze swoimi młodymi rodzicami, że muszą rozpoczynać przygodę z muzyką od SNL. Naprawdę mi ich szkoda i to bardziej niż bardzo. I jeszcze w trakcie koncertu naszła mnie refleksja, jakoby Grabaż miał podbity głos, dziwne, ale wcale nie zdziwiłbym się gdyby to była prawda. Fenomenem jest też dla mnie fakt, że tyle ludzi przy SNL dobrze się bawiło i śpiewało razem z Grabażem. Rozumiem, że na czymś Grabaż musi zarobić na emeryturę, ale nie rozumiem, czemu na takim zaproszeniem, badziewiu. Cóż, dla każdego coś miłego, dla mnie niestety nie. Może ludziom się to podoba, mi akurat nie. Ja zostałem skutecznie zniechęcony do T.Love. Opuściłem błonie UG, zanim grupa Muńka Staszczyka zaczęła grać w raczej złym humorze. Nie pomógł nawet sympatyczny powrót skm-ką z prawie całym składem Kiev Office (gdyż spotkałem Asię Kucharską i Krzyśka Wrońskiego, którzy również wracali z Juwenalii).
Na koniec kilka uwag odnośnie spraw organizacyjnych. Zupełnie nie wiem, po co komu didżej. Zbędny hałas pomiędzy kolejnymi koncertami, nie da się normalnie pogadać i w ogóle rodzaj puszczanej muzyki, to dla mnie zupełna porażka – jakieś techno, house, elektro… to się do niczego zupełnie nie nadaje moim zdaniem. Postarano się za to o dźwięk, jestem więc pozytywnie zaskoczony, że UG postarało się o jego jakość. Spodziewałem się pod tym względem chały, ale wszystko było dobrze wyważone i odpowiednio nagłośnione. Może i by znalazły się kwestie do poprawki, ale uważam, że było dobrze. Przesadzono moim zdaniem z ochroną – zbyt duża ilość, przeszukiwania, patrzenie na studenta jak na potencjalnego terrorystę. No kurde… czemu mam ochroniarzowi klucze od mieszkania pokazywać? Zabiję kogoś tymi kluczami? Gdybym wnosił szklaną butelkę, nóż… rozumiem, ale klucze? Coś tu nie w porządku, moim zdaniem, z tą ochroną. Kurde… klucze… dobrze, że nie kazał ich w depozycie zostawiać… albo co gorsza do naga się rozbierać, coby na pewno się upewnić, że nie stanowię dla nikogo zagrożenia.
I jeszcze wszędobylski smród spalenizny, dobijający zapach popcornu i zjełczałego tłuszczu… nie orientuje się zbytnio czy na każdych uniwersyteckich imprezach tego typu jest tak samo nędznie, bo nie sposób być na wszystkich (choć znam takich, co się ta sztuka udaje), ale z tego co mi wiadomo, nie na każdych tak jest. Mi osobiście, na Juwenaliach UG nie podobało się i szczerze mówiąc nie mam zbytnio ochoty wybrać się na nie w przyszłym roku, chyba, że wyjątkowo ściągną jakieś znacznie bardziej interesujące kapele.

poniedziałek, 23 maja 2011

Relacja IX: Kiev Office (20 V 2011, Papryka, Sopot)

Słuchając najnowszej płyty gdyńskiego tria zastanawiałem się jak zabrzmią nowe utwory na żywo. Pierwszy koncert promujący, płytę „Anton Globba”, który odbył się w sopockiej Papryce był zaś świetną okazją, aby to zweryfikować. A należy zaznaczyć, że nowy materiał na żywo sprawdza się znakomicie. Brzmi nieco inaczej niż na płycie, to wręcz oczywiste, ale udało się zachować nie tylko klimat drugiej płyty, ale również porwać publiczność niezwykłą energią do fantastycznej zabawy pod sceną. A także zgrabnie połączyć nowe utwory ze starszymi kawałkami.
Koncert zaczął się nieco później niż był planowany, gdyż nie obyło się bez obsuwy (realizator dźwięku się spóźnił i próba trwała dłużej), a kiedy się zaczął… to od razu z przysłowiowej grubej rury – „Karoliną Kodeiną”, który otwiera również najnowsze wydawnictwo Kiev Office. Następnie zwolnienie do „Trust me Jonas…” i do fantastycznego, przebojowego „Nie idź w noc”. Później została zagrana (bardziej wibrująco niż na płycie) „Przygoda w Mariensztacie” zakończonymi słowami, które doskonale pamiętamy z naszych plaż: lody, lody…


Michał ze śmiechem ogłasza, że w ten sposób odbyła się worldwide premiere nowej płyty i, że nadszedł czas, aby zagrać coś z pierwszego wydawnictwa. I tak został zagrany utwór zatytułowany „Borygo”, po którym nastąpił kolejny numer z „Antona”: „Mężczyźni w Strojach Kosmonautów”. Cała sala odleciała wraz z dźwiękami kawałka w przestrzeń kosmiczną i każdy na chwilę stał się kosmonautą. Na koniec utworu Michał odtańczył taniec zwycięzcy, dziwnie kojarzący się z Rocky’m Balboa.
Po powrocie na ziemię Kiev Office zagrało „Człowieka pełnego powiek”, co ciekawe: szybciej i bardziej agresywniej niż na płycie. Następnie wibrujący, płynący „Ultraviolent night” i „Life’s so tight/Woolen touch” i fantastycznie zagrany utwór tytułowy z najnowszej płyty, czyli po prostu „Antona Globbę”. A zaraz po nim pozytywna jakość podróżowania, czyli „Around the Globba”. Wciąż będąc w podróży wsiadamy do gdyńskiego autobusu 204 i jedziemy na Działki Leśne – świetny kawałek „Jadą”, ponownie z mimowolnymi skojarzeniami z filmami Godfrey’a Reggio.
I znów nastąpił powrót do pierwszej płyty w postaci utworu „Dance through the end of the night”. Publika zaczyna pląsać w rytm muzyki, a jedna para nawet tańczyć. Następnie nie przestając tańczyć wracamy na Działki Leśne „Autobusami z plasteliny”. Podłoga zaczyna od podskoków publiczności drżeć, a ja, osoba niezwykle statyczna, zaczynam drgać wraz z nią.
Następnie został zagrany podobno nigdy dotychczas niegrany przez [Kiev Office] utwór pod tytułem „Fallen in love” – nie wiem niestety, czy to była kompozycja własna, czy jakiś cover, ale Goran ponownie zszedł grać na gitarze między publicznością, która nadal szaleje pod sceną, a perkusja pędziła nieomal jak w jakiejś heavy metalowej kapeli… a jak wiadomo Kiev Office heavy metalu (jeszcze) nie gra.
Kolejnym utworem był „Syndrom”, również z pierwszej płyty, a następnie przez wielu wyczekiwane fantastyczne „Dwupłatowce” z „Antona”. Michał zaczyna z radością opowiadać, że na tegorocznym Openerze ma pojawić się Prince, a jako, że Opener Festival jest na Babich Dołach, to zaprasza do wbicia się na torpedownię. I tak wszyscy szturmem zdobyliśmy torpedownię, słuchając kawałka „Hexengrund”. Kontrolowany hałas, Goran znów wychodzi grać do publiki, a my wszyscy płyniemy przyśpieszając i opadając na przemian. A na koniec ze sceny poleciały pieniądze! (Naturalnie tylko udawane, były to bowiem dolary amerykańskie wydrukowane na jednej stronie, ale tłum i tak się na nie rzucił i w sumie chyba każdy wziął sobie taki pieniądz na pamiątkę).

Zespół zszedł ze sceny, jednak publika chciała więcej. I dostała więcej, w postaci dwóch kolejnych utworów, a następnie jeszcze jednego utworu, zapowiedzianego przez Gorana mniej więcej w ten sposób: „Więcej bisów nie będzie. Zagramy jeszcze tylko jeden. Ale to będzie wszystko”. I w istocie to już było wszystko…
Koncert zaś był bardzo udany i trwał chyba z półtorej godziny, a napięcie z każdą sekundą rosło zupełnie jak u Hitchcocka. Publiczności, wbrew pozorom, nie było wcale tak dużo, było raczej kameralnie, ale wszyscy doskonale się bawili. Każdy, kto chciał, mógł nową płytę kupić przy barze. Moja płyta została w domu, w odtwarzaczu (przed koncertem znów przesłuchałem ją kilkakrotnie i wciąż doszukuję się na niej nowych smaczków). Książeczka z kolei, została podpisana. Wracając zaś, kolejką i nocnym (gdyńskim) autobusem N20, nieświadomie zataczałem kolejny łuk w historii odwiecznych podróży around the Globba…