czwartek, 6 sierpnia 2026

R210: Ostrów Rock Festival'26 (25-26.07.2026, Zalew Piaski Szczygliczka, Ostrów Wielkopolski) Duża Scena Dzień II


 

Ciężko mi uwierzyć, że od szóstej edycji patronackiego Ostrów Rock Festival w Ostrowie Wielkopolskim minął już ponad tydzień czasu, ale kalendarz z reguły ma to do siebie, że nie kłamie. Chyba, że kłamie, ale w tym wypadku zakrzywialibyśmy czasoprzestrzeń. Jeśli w sobotę było fantastycznie, to w niedzielę mogłoby być różnie, ale szybko okazało się, iż drugi dzień nad Zalewem Piaski Szczygliczka był równie udany. W tym roku podzieliłem relację na pięć odsłon - po dwie z Dużej Sceny, dwie z Małej Sceny oraz na imprezy towarzyszące. Jak zatem było na Dużej Scenie drugiego dnia?

 

Niedzielne koncerty na tegorocznej Dużej Scenie otworzył łódzki Let See Thin, grający mieszankę art rocka, rocka progresywnego i rocka alternatywnego. Elektronika i niemal popowe wstawki nieźle łączyły się z rockowym pazurem, nieco bardziej rozbudowanymi progresywnymi formami, a nawet elementami o lekkim jazzującym zabarwieniu. Mnie osobiście trochę drażniła barwa i maniera wokalna, ale szło się do tego przyzwyczaić, bo pasowała ona do granej przez Łodzian muzykę. Mój wieloletni przyjaciel Drzewiec, z którym ponownie wybrałem się na Ostrów Rock Festival, na etapie odsłuchów przygotowawczych do festiwalu tak ich polubił, że nie tylko nie mógł się doczekać ich występu, ale już pierwszego dnia zaopatrzył się w koszulkę zespołu, którą ubrał specjalnie drugiego dnia i w pełni cieszył się tym pięknym i trzeba przyznać interesującym początkiem drugiego dnia nad Zalewem Piaski Szczygliczka. Choć mnie aż tak nie porwało, to na pewno dla mnie był to dużo ciekawszy występ aniżeli koncert grupy Bokka, która wystąpiła dwa lata temu - ale jak to mówią: gusta i guściki. Panowie postawili na materiał ze swojej drugiej płyty studyjnej "Machine Called Life" z 2025 roku, z której zagrali siedem z ośmiu numerów, a dodatkowo dorzucili trzy kawałki z debiutanckiego "2Years2Late" z 2020 roku. 

Po ich koncercie można było się udać na Małą Scenę, gdzie... także w tym wypadku wrócę do tematu później i wracam na Dużą Scenę, gdzie czekał młody brytyjski zespół Ihlo. Chłopaki sprawnie przejęli pałeczkę po naszych Łodzianach prezentując całkiem podobne spojrzenie na rocka progresywnego, jednak z dużo większym ciężarem, nieco innym rodzajem przebojowości, zadziorności i łączenia klasycznej progresywy z nowoczesnym metalem. Młodzieńcy nie tylko znakomicie brzmieli, bawiąc się swoimi dźwiękami, ale także złapali fenomenalny kontakt z publicznością. Wpisując się w nurt współczesnego metalu progresywnego rozpiętego gdzieś pomiędzy Haken, a Leprous (których zresztą supportowali zaledwie kilka miesięcy wcześniej)*, Brytyjczycy zagrali numery ze swoich obu płyt studyjnych, ale podobne jak nasi Łodzianie koncentrując się na materiale z najnowszej. I tak z debiutanckiego, znakomitego "Union" z 2019 roku mogliśmy usłyszeć utwór tytułowy, "Reanimate" oraz "Starseeker", a z najnowszego, zeszłorocznego i równie porywającego "Legacy" chłopaki zaprezentowali sześć utworów z dziesięciu, w tym tytułowy, składających się na ich drugi krążek. Dodatkowo zagrali także utwór "In Stasis", który nie znalazł się na żadnym z ich wydawnictw w wersji studyjnej, ale na płytach można go znaleźć w wersji koncertowej zarówno jako bonus do "Union", jak i na epce pod tym samym tytułem. Był to bardzo interesujący występ, który znakomicie pokazał, że w progresywnym graniu wciąż jest wiele do powiedzenia i wcale nie trzeba tego robić długimi kompozycjami. Zdecydowanie jest to też zespół, który warto poznać czy to w zaciszu domowym, czy właśnie na koncercie. Mam też nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczymy Ihlo na polskiej ziemi, a także, że nie powiedzieli swojego ostatniego słowa w kwestii wydawnictw studyjnych i niedługo znów zaskoczą kolejnym znakomitym albumem.

Ogień wydarzył się na Małej Scenie, ale nie uprzedzajmy faktów i wróćmy ponownie na Dużą Scenę, gdzie pokazał się Lee Abraham ze swoim solowym projektem koncertowym. Mój osobisty (pierwszy) czarny koń drugiego dnia festiwalu czyli Wybitny, brytyjski gitarzysta nie był w Ostrowie Wielkopolskim po raz pierwszy, bo dwa lata wcześniej wystąpił z grupą Galahad, grającą neoprogresywnego rocka. Tym razem Lee Abraham postawił na własną twórczość solową i trzeba przyznać, że jego występ był jedną z tych niewiadomych. Solowo gitarzysta ma w swojej dyskografii płyty z rockiem alternatywnym, z bluesem, instrumentalną muzyką gitarową czy właśnie z rockiem, a nawet metalem progresywnym. Miał zatem w czym wybierać i postawił na mieszankę melancholijnych piosenek oraz ostrego, wirtuozerskiego popisu jego umiejętności, zgrabnie balansując lekko popowe zacięcie z cięższym, bardziej melodyjnym graniem, a do tego wszystkiego okrasił swój występ także sprawnym wokalem i znakomitym kontaktem z publicznością festiwalową. 

Po zamknięciu koncertowych wydarzeń na Małej Scenie, do której wrócę wkrótce, nieoczekiwanie doszliśmy do półmetku drugiego dnia Ostrów Rock Festival. Na licznych gości terenu festiwalowego nad Zalewem Piaski Szczygliczka czekał już Fiński Swallow the Sun, a wraz z nim wokalista Mikko Kotamäki, który w Ostrowie Wielkopolskim wystąpił po raz drugi, gdyż dzień wcześniej pojawił się w podobnej porze z My Dying Bride. Ze swoim macierzystym zespołem Mikko pokazał nieco inne oblicze doom/death metalu, aniżeli zasłużona brytyjska formacja. Znakomicie pokazało to także kontrast i możliwości Mikko, który ze swoim zespołem zabrzmiał zupełnie inaczej, a przecież wciąż używał tego samego głosu czyli swojego barytonu. Finowie postawili na mieszankę mroku, ciężaru i melancholii, a wszystko za sprawą świetnie dobranego materiału z praktycznie każdego etapu kariery tego zespołu. Z debiutanckiego "The Morning Never Came" w Ostrowie Wielkopolskim zabrzmiały "Out of this Gloomy Light" oraz "Swallow (Horror, Pt. I)", z "Ghost of Loss" zagrali "Descending Winters", z "Hope" wybrzmiał tytułowy i "Don't Fall Asleep (Horror, Pt. II)", z "New Moon" panowie postawili na tytułowy, "Falling World" oraz "These Woods Breathe Evil", a z najnowszego albumu "Shining" z 2024 roku wykonano "Innocence Was Long Forgotten", "Under the Moon & Sun", "November Dust" oraz "Melancholy". Jeśli w czasie występu Swallow the Sun ostrowskie utopce nie wyszły na brzeg zalewu, by posłuchać muzyki razem z gośćmi festiwalu, to na pewno zrobiły to podczas finału szóstej edycji, czyli wielkiej niewiadomej, legendarnego Tiamat.

Przed Szwedami należało się jeszcze udać do namiotu z Małą Sceną, gdzie prelekcję miał jeden z festiwalowych wystawców, ale o tym będzie w ostatniej części relacji o wydarzeniach towarzyszących.  Wróćmy jednak na Dużą Scenę i wielki finał szóstej edycji Ostrów Rock Festival. O Tiamat, drugim moim zdaniem czarnym koniu drugiego dnia tej edycji festiwalu, można by rozmawiać godzinami i chyba nie starczyłoby czasu całego świata, by omówić wszystkie wątki, nie wspominając nawet o tym, że część rozmówców wyszłoby w trakcie, pokłóciło się z rękoczynami włącznie, a inni śmiertelnie by się obrazili. To samo dotyczy formy koncertowej zespołu, a zwłaszcza jego lidera Johana Edlunda, o której i o którym, krążą różne legendy i opinie. Jedni uważają, że występ Tiamat to obecnie całkowity bezsens i strata czasu, a jeszcze inni z krzywym uśmiechem skupią się na tym jak wygląda, jak śpiewa i jak zachowuje się Johan Edlund. Znajoma dzień przed koncertem pisała do mnie na Instagramie, że widziała Tiamat na Mystiku i dla niej to była porażka i tragedia. Edlund według słów znajomej w ogóle nie wiedział co się dzieje, co ma robić i coś beczał do mikrofonu, a ogólnie to był równo napruty i była zażenowana i smutna. W internecie zresztą pełno takich opinii, także tych, którzy od lat nie byli na jakimkolwiek koncercie Tiamat, bo się odbili, bo się obśmiali i generalnie hulaj duszo po problemach oraz smutkach ludzkich. Te obawy też były obecne przed koncertem w Ostrowie Wielkopolskim, nie przeszkodziło to jednak w szczelnym wypełnieniu publicznością całego namiotu festiwalowego Dużej Sceny. Ja nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań, cieszyłem się faktem, że mogę zobaczyć i usłyszeć ten zespół chociaż raz w życiu i tym, że mam patronat nad czymś takim jak występ Tiamat, zespołu, który dał nam cudowny album jakim jest "Wildhoney". To właśnie z tego albumu miały ze sceny Ostrów Rock Festival wybrzmiewać utwory, na przemian z tymi z "Clouds". Co ciekawe, utwory z tych dwóch płyt nie zdominowały występu Tiamat, bo znalazło się miejsce na numery z innych płyt z różnych okresów działalności: czterech z "Prey", dwóch z "Skeleton Skeletron", jednego z "Judas Christ" i jednego z "A Deeper Kind of Slumber". Cała reszta z siedemnastu zagranych utworów pochodziła wyłącznie z "Wildhoney" i "Clouds".

I wiecie co? Obawy, obawami, różne zdania i opinie, różnymi zdaniami i opiniami, ale szybko okazało się, że te wątpliwości, a tym bardziej gadanie osób, których nie było w Ostrowie Wielkopolskim, są bezpodstawne. Tiamat zagrał naprawdę bardzo porządny, potężny koncert. Zanurzony całkowicie w swoim świecie Johan Edlund istotnie wyglądał jakby uciekł z psychiatryka. Ubrany w luźne białe spodnie, białą koszulę bez kołnierzyka, białą chustę na głowie przypominającą szlafmycę, z piracką opaską na jednym oku, na boso z umalowanymi na biało paznokciami u stóp, całkowicie białą twarzą, uszminkowanymi na czarno ustami  czarnymi, rozmazanymi cieniami pod oczami mógł przypominać uciekiniera z zakładu zamkniętego, ale ja bym go bardziej przyrównał do złamanego, doświadczonego przez życie arlekina, który już nie musi niczego, przed nikim, ani nikogo udawać. Zmęczone, powolne ruchy Edlunda i jego lekko znużony głos szybko przerodziły się w świadomy artystycznie spektakl przypominający taniec szamana pośród zgliszczy i rozpaczy. Daleki jestem jednak od stwierdzeń, że nie dał rady, nie mam porównań z innymi występami Johana, ale w Ostrowie Wielkopolskim, pokazał się od możliwie najlepszej strony na jaką może pozwolić mu jego stan i świadomość. To człowiek mocno doświadczony, poniekąd skrzywdzony, ale podobnie jak John Porter będący Artystą przez duże A. Z całą pewnością jego forma była daleka od tego, co mógł prezentować sobą w czasach świetności, ale nie było to też tak tragicznie jak chcieliby tego nieobecni i znawcy z internetowych komentarzy. Edlund bawił się swoją twórczością i wokalami, w pełni oddając się performansowi, a nawet pozwolił sobie na całkowicie świadomą interakcję z publicznością. Tiamat na Ostrów Rock Festival może nie wprawił w osłupienie, ale z pewnością wywołał mnóstwo pozytywnych uśmiechów i ciarek na plecach, ze mną włącznie.

Jeśli pierwszego dnia szóstej edycji Ostrów Rock Festival napięcie na Dużej Scenie rosło od trzęsienia ziemi niczym u Alfreda Hitchcocka, o tyle drugiego dnia narastało nieco spokojniej, powolniej i gęstniejąc niczym powietrze przed burzą. Ta rzeczywiście nastąpiła wraz z finałowymi występami Swallow the Sun i Tiamat, ale wyłamując się z corocznej tradycji festiwalu nie z nieba. W tym roku było ciepło, pogodnie i bez jednej kropli deszczu, który spadł dopiero, po zakończeniu występu Tiamat jakby na ostudzenie emocji i upału, który do późnych godzin nocnych dawał się we znaki wszystkim obecnym zarówno pod sceną, jak i na terenie festiwalowym. Podobnie też jak pierwszego dnia zestawienie artystów i przenikanie się stylistyk ze sobą było pomyślane niezwykle precyzyjnie oraz w przemyślany sposób. Nie było miejsca na stagnację, nudę czy niepasowanie do siebie poszczególnych występów, które do tego wszystkiego odbywały się jak w zegarku i niosły sobą szeroki wachlarz dźwięków, nastrojów oraz wrażeń. To nie mogło się udać, a jednak czasami to, co niemożliwe staje się prawdą, a to, co jest prawdziwe, szczere i robione z serduchem, daje prawdziwie magiczne efekty, a magii zdecydowanie nie zabrakło w tym roku nad Zalewem Piaski Szczygliczka w Ostrowie Wielkopolskim.

* W chwili ogłoszenia występu Ihlo na Ostrów Rock Festival podobnie jak w przypadku Scardust (którzy pojawili się w Polsce wcześniej jako support Sabaton) miała to być ich pierwsza wizyta w naszym kraju, ale jak czasami się zdarza, uległo to małej korekcie i zmianie. 

Nasze zdjęcia z drugiego dnia Dużej Sceny znajdziecie w stosownym folderze na naszym facebooku. Zdjęcia własne. Kopiowanie i dalsze udostępnianie bez zgody zabronione. 

Część I tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz