Od szóstej edycji patronackiego Ostrów Rock Festival minął już ponad tydzień, a ja wciąż zbieram swoje myśli nad tym, co właściwie się tam wydarzyło. Nie, nie dlatego, że zapiłem i wylądowałem na plaży nad Zalewem Piaski Szczygliczka, tylko dlatego, że naprawdę nie spodziewałem się tak fantastycznego weekendu i tak pięknie przemyślanego oraz zbalansowanego składu tegorocznej edycji. Były emocje, był ciężar, był oddech, był zachwyt, obawy, a nawet ulga, ale po kolei. Jest o czym pisać, więc w tym roku postanowiłem relację z wyprawy do Ostrowa Wielkopolskiego podzielić na pięć części - dwie o występach na Dużej Scenie, dwie o tych z Małej Sceny i jedną o wydarzeniach towarzyszących. Jak zatem było na Dużej Scenie pierwszego dnia?
Zaczęło się od trzęsienia ziemi niczym u Alfreda Hitchcocka, gdy sobotnie koncerty na Dużej Scenie otworzył zjawiskowy izraelski Scardust. Odsłuchując płyty tej grupy, a także opisując je w Wilku Kulturalnym spekulowałem, że jest to grupa, która potrafi porwać swoim występem i nie pomyliłem się. Formacja zaczęła mocno i fantastycznie przywitała pierwszych - już całkiem licznie zebranych - gości terenu festiwalowego nad Zalewem Piaski Szczygliczka. Scardust wykonał przekrój utworów z wszystkich trzech dotychczasowych wydawnictw studyjnych i w ten sposób wybrzmiał "Arrowhead" z debiutanckiego "Sands of Time", "Tantibus II" z płyty "Strangers", którym zaczęli swój występ, a także "Gone", którym z kolei zakończyli. Ze "Strangers" zagrali także "Concrete Cages", a z "Sands of Time" zabrzmiała ostatnia część tytułowej suity. Resztę setu zdominowały numery z najnowszej płyty zatytułowanej "Souls" i były to kolejno "My Haven", "RIP" i "Dazzling Darkness", a następne zabrzmiała cała suita "Touch of Life". Pomiędzy "Dazzling Darkness", a suitą znalazło się także miejsce na cover utworu "Symphony" grupy Clear Bandit. Po mocnym początku jaki zapewniła charyzmatyczna Noa Gruman wraz z zespołem można było zaś się przenieść do namiotu z Małą Sceną - ale o niej będzie później.
Drugim zespołem pierwszego dnia na Dużej Scenie był fantastyczny francuski zespół Esthesis, którego trochę się obawiałem, bo choć płyty były ładne i ciekawe, to na dłuższą metę trochę nudne. Tymczasem występ Francuzów był może nieszczególnie porywający, ale z całą pewnością interesujący. Po wulkanie izraelskiej energii i operowym metalu balans w postaci łagodnego, melodyjnego rocka progresywnego był genialnym posunięciem. Esthesis również postawiło na przekrój z dotychczasowych trzech płyt i tak z debiutu panowie (później dołączyła do nich także wokalistka) zagrali "No Soul to Sell", a z drugiego krążka z ostrowskiej sceny wybrzmiał "Amber" oraz "Place Your Bets". Z trzeciego, jak dotąd zamykającego dyskografię Francuzów, można było zaś usłyszeć najwięcej, bo zagrali "The Frame", obie części "Fractured", "Out of Step", "The Storm" i "Abyss", a ponadto znalazło się też miejsce na utwór "Raising Hands (Part II)" z epki pod tym samym tytułem. Uspokojeni i zrelaksowani, lekko uśpieni słuchacze mogli udać się do namiotu Małej Sceny na kolejny znakomity występ - ale o tym już niedługo.
Jednocześnie występ Francuzów bardzo dobrze przygotował na trzeciego artystę Dużej Sceny, a mianowicie na norweską grupę Avkrvst, którzy podkręcili festiwalową atmosferę pierwszego dnia. Dla niektórych zdecydowany czarny koń tegorocznej edycji, norweski zespół z pewnością dał znakomity, intrygujący występ i prezentując pełne spektrum swojej inspirowanej The Pourcupine Tree, Toolem i Opethem twórczości, ale jednocześnie mocno podkreślając własną tożsamość oraz pomysł na swoją muzykę. Nie zabrakło tutaj mocnego uderzenia, melancholii, długich instrumentalnych form, technicznego zacięcia, swobody czy odrobiny szaleństwa, a mimo to wkradła się im też moim zdaniem nutka nonszalanckiego znudzenia, dystansu i skandynawskiego chłodu, jakby braku energii, choćby nawet tymczasowego. Podobnie jak poprzednie dwie grupy, Norwedzy postawili na przekrój z dotychczasowych wydawnictw, czyli obu pełnometrażowych krążków studyjnych. W Ostrowie Wielkopolskim można było więc usłyszeć: "Østerdalen", The Pale Moon", Isolation", "The Arcane Clouds" i "The Approbation" z debiutanckiego "The Approbation" oraz "The Trauma", "Families Are Forever", "Preceding" i "Ghosts of Yesteryear" z zeszłorocznego "Waving at the Sky".
Następnie można było udać się na Małą Scenę gdzie zaprezentował się... o tym jednak także będzie później i wracam na Dużą Scenę, gdzie zaprezentował się mój osobisty czarny koń pierwszego dnia szóstej edycji Ostrów Rock Festival, czyli John Porter. Ten niemłody już polonizowany artysta brytyjskiego pochodzenia w wieku 75 lat kipiał młodzieńczą energią, którą mógłby zarazić wiele zespołów, z Avkrvst włącznie. Repertuar z czasów jego pierwszego polskiego materiału czyli muzyki z płyty "Helicopters" (wydanej dokładnie 45 lat temu) łączony z kilkoma nowymi kompozycjami nieomal nie rozsadził dachu namiotu festiwalowego. Zarażając punkową zadziornością Porter wraz z trójką towarzyszących mu młodych muzyków pokazał, że wiek nie gra roli. Muzyk pokazał, że jest Artystą - przez duże A, a jego koncert zamienił się w spektakl i prawdziwą ucztę dla zebranych pod sceną widzów, którzy skakali razem z Porterem, stali oniemiali lub rozświetlali wieczór swoimi uśmiechami pełnymi zachwytu. Porter nie ograniczył się jedynie do śpiewu i gry na gitarze, ale także odstawił mały teatrzyk i pantomimę, która fantastycznie współgrała z muzyką wybrzmiewającą ze sceny. Mój wieloletni przyjaciel Drzewiec, z którym ponownie przyjechałem do Ostrowa Wielkopolskiego, stwierdził, że przypominał trochę Billa Nighy w roli podstarzałego rock mana z filmu "To właśnie miłość" i nie sposób mi się z tym nie zgodzić. Był to naprawdę fenomenalny i bardzo uroczy występ, a także bądź co bądź półmetek i punkt kulminacyjny sobotniego wieczoru nad Zalewem Piaski Szczygliczka.
Skoro zaczęło się od trzęsienia ziemi, a napięcie wciąż rosło, to musiało się też mocno skończyć i tak też się wydarzyło, gdy na Dużej Scenie pojawiła się legenda doom/death metalu, brytyjska grupa My Dying Bride. Zespół, którego wielbicielom takiego grania z pewnością nie jest obcy w zasadzie miał dwie rzeczy do uwodnienia. Po pierwsze, że są w stanie sprostać energii Johna Portera grając przecież zupełnie inny rodzaj muzyki i po drugie udowodnić wszystkim niedowiarkom i malkontentom, że bez Aarona Stainthrope'a nadal są tym samym zespołem. Z obu tych zadań, My Dying Bride wywiązało się znakomicie. Swoją mroczną, często smutną, nawet ponurą estetyką fantastycznie wpisali się w gęstniejący niemal sierpniowy mrok nad zalewem, a ich muzyka świetnie pasowała do pobliskich szuwarów spod których mogłaby spoglądać tęsknym wzrokiem nie jedna martwa topielica, niedoszła Panna Młoda. Jak na ironię zakrawa fakt, że w pobliskim hotelu Borowianka w tym samym czasie naprawdę odbywało się wesele. Niełatwemu zadaniu sprostał także Mikko Kotamäki, czyli pełniący obowiązki frontmana i wokalisty brytyjskiej formacji, który zresztą drugiego dnia festiwalu wystąpił razem ze swoim macierzystym zespołem czyli Swallow the Sun. Dysponujący barytonem wokalista, choć nieco innym niż Aaron, nie wcielił się w byłego wokalistę formacji, stawiając na wykonania wierne, ale pasujące do jego możliwości, a przy tym doskonale pasujące do twórczości My Dying Bride. Brytyjska legenda także postawiła na przekrój, choć nieco zaskakująco w znacznej mierze sięgając po starsze kompozycje, a nie najnowszy materiał. W Ostrowie Wielkopolskim można było usłyszeć "A kiss to remember" i "Like Gods of the Sun" z płyty pod tym samym tytułem, co drugi wymieniony utwór, "My Hope, the Destroyer" i "The Raven and the Rose" z płyty "The Dreadful Hours", "From the Darkest Skies" i "The Cry of Mankind" z album "The Angel and the Dark River", "The Snow in my Hand" z "Turn Loose the Swan", tytułowy z "Feel the Misery", "She is the Dark" z "The Light at the End of the World" oraz "The 2nd of the Three Bells" i "The Apocalyptist" z ostatniego jak dotąd albumu formacji "A Mortal Binding".
Pierwszy dzień na Dużej Scenie tegorocznej edycji Ostrów Rock Festival z pewnością należał do udanych i bardzo ciekawych, bo sprawnie pokazywał różne oblicza rocka i metalu, od tych łagodniejszych form po cięższe, przez melancholijne, aż po te bardziej zróżnicowane, a często także jednocześnie. Udało się połączyć starą, punkową szkołę Portera z ociężałym, dusznym doom metalem, operowy metal symfoniczny z jazzującym rockiem progresywnym i nowoczesnym spojrzeniem na metal progresywny tak, by wszystko do siebie pasowało i się ze sobą nie kłóciło. Dość wspomnieć, że nawet najbardziej zatwardziali metale doskonale bawili się na Porterze, który poza niegdysiejszym występowaniem w solowym projekcie Nergala, z metalem nie ma kompletnie nic wspólnego. Drugiego dnia musiało być tylko gorzej... i wiecie co? Wcale nie było!
Nasze zdjęcia z pierwszego dnia Dużej Sceny znajdziecie w stosownym folderze na naszym facebooku. Zdjęcia własne. Kopiowanie i dalsze udostępnianie bez zgody zabronione.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz