piątek, 1 czerwca 2018

Lunatic Soul - Under the Fragmented Sky (2018)


Tego albumu właściwie miało nie być i do tego miał być znacznie krótszy. Podobnie jednak jak po dwóch pierwszych Lunatikowych podróżach pojawiło się uzupełnienie zatytułowane "Impressions", tak samo stało się bezpośrednio po zeszłorocznym znakomitym "Fractured". Szósty krążek Lunatic Soul pojawia się niemal dokładnie w dziesięć lat od pojawienia się debiutanckiego materiału, czyli tak zwanego "Białego albumu", po raz pierwszy wiosną, a nie jak dotychczas jesienią. Stanowiąc rozszerzenie do swojego poprzednika, jednocześnie jest suplementem do wcześniejszego "Walking on Flashlight Beam" spinając oba albumy klamrą na podobnej zasadzie jak robiło to wspomniane "Impressions". Co udało się Mariuszowi Dudzie wyłuskać z numerów, które zostały po sesji nagraniowej ostatniego albumu i czy udało się utrzymać się jego znakomitą atmosferę?
 
 

To, co z początku miało być maksisinglem, potem mini-albumem, a następnie epką, stało się właściwie pełnowymiarową płytą o łącznym czasie nieco ponad trzydziestu sześciu minut muzyki stanowiącej pomost pomiędzy dwoma ostatnimi albumami Lunatic Soul. Nie jest to jednak bezpośrednia kontynuacja „Fracutred”, bo choć dopełnia ona historię straty i rozdarcia, a sam tytuł albumu i jednego z utworów, wywodzi się przecież z numeru A Thousands Shards of Heaven, to niektóre z kompozycji zdają się zaglądać w filmowy wymiar „Walking on a Flashlight Beam”, a nawet łączyć z elektroniczną odsłoną Riverside, macierzystej formacji Mariusza Dudy, którą podsumował „Eye of the Soundscape”. Jednocześnie w subtelny sposób płyta zazębia się też z „Impressions”, choć formuła obu dość istotnie się przecież różni. Zaczyna niesamowity He av en, który przywodzić może na myśl mroczne horrory giallo czy też twórczość włoskiej formacji Goblin, specjalizującej się w muzyce do obrazów Daria Argento czy George’a A. Romero. Sam motyw, choć jednostajny i rozciągnięty w czasie na cztery minuty, został pięknie rozwinięty nie tylko narastającą atmosferą, ale i wokalnymi ozdobnikami Mariusza. Mistyczny nastrój zostaje podtrzymany w genialnym Trials, który oplata się wokół nas duszną, zimmerowską elektroniką i niepokojącym pykaniem uzupełnionym gitarą i wreszcie pełnym bólu wokalem, na który złożyło się właściwie jedno zdanie. Z tego numeru bije nie tylko głęboki smutek i poczucie bezradności, która mogłaby się wiązać z motywem samobójstwa ze „Spaceru po promieniach latarki”, ale też piękno, które fantastycznie zostało podkreślone kapitalnym finałem, w którym następuje podniosłe perkusyjno-chóralne rozwinięcie współgrające z narastającą elektroniką. Po nim przychodzi czas na wyciszającą, akustyczną miniaturkę zatytułowaną Sorrows, cudnie uzupełnioną wokalizą Mariusza. Ta zaś płynnie przechodzi w fantastyczny i zarazem bardzo riverside’owy numer tytułowy. Bujający klimat budowany przez akustyczną gitarą i przejmujący wokal Dudy zdaje się w jakiś sposób odnosić do szóstego albumu macierzystego zespołu, czyli „Love, Fear and the Time Machine”. Elektroniczny dodatek, który wchodzi mniej więcej w połowie zdaje się zaznaczać fascynacje Mariusza grupą Tangerine Dream, a całość przecudnie unosi się w przestrzeni razem z nami. Końcowa partia wokalna zbudowana wokół wielogłosu połączona z uzupełniającymi ją dźwiękami fortepianu wydaje się z kolei nieco oderwana od reszty, ale znakomicie ją uzupełnia. 


Drugą połowę płyty zaczyna kolejny majstersztyk, czyli utwór Shadows, gdzie ponownie odzywają się mroczne, filmowe brzmienia rodem z horrorów giallo czy eksperymentów Vangelisa, które szybko ustępują znakomitemu rozwinięciu poprzez ocieplenie ciemnych motywów w tle zarówno akustyczną gitarą, jak i orientalnymi zagrywkami, jakby od niechcenie przywołującymi Indukti, w którego twórczość swego czasu Mariusz Duda był gościnnie zaangażowany i które odzywały się także na dwóch pierwszych płytach Lunatic Soul. Równie niepokojący i tajemniczy, choć także w swoim wyrazie nieco cieplejszy jest kawałek noszący tytuł Rinsing The Night, który zdaje się znów zacierać granice między Riverside, a LS. To taki utwór, który z powodzeniem mógłby się znaleźć na „Eye of the Soundscape”. Pokłady piękna i dźwiękowe sugerowanie, że bohater liryczny mimo przeciwności, smutku i goryczy, podnosi głowę i idzie dalej przed siebie, wypadają w nim niezwykle przekonująco. Z elektroniczną odsłoną Riverside bodaj najbardziej może kojarzyć się absolutnie porywający The Art Of Repairing, który świetnie zazębia się z numerem poprzednim, ale także ze „Spacerem po promieniu latarki”, ponownie przywołując mroczne filmowe tony i dopiero gdzieś na samym końcu przecudnie łącząc się z „Fractured”. Nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięku, ani jednej zbędnej ekspresji czy rozwinięcia. Podobnie jak na końcu „Fractured” swoistą codą całej płyty był utwór Moving On, tak tutaj taką codą i perełką został równie cudny i bodaj najbardziej piosenkowy na całym krążku Untamed. W nim także można doszukać się Riverside’owego echa, ale bardziej wiąże się to z obecnością samego Mariusza Dudy niż chęci nawiązywania. Ciepłe, przejmujące, akustyczne brzmienie, cudowne uzupełnione klawiszami i sunącą majestatycznie perkusją zdaje się podkreślać moment przebudzenia, ponownego podniesienia kurtyny, gdzie stanie samotny artysta, który jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, bo jeśli sparafrazować słowa, które śpiewa w nim Duda: najlepsza historia w życiu dopiero przed Tobą; w przepiękny sposób zdają się odnosić do konceptu nie tylko odchodzenia, przemijania, ale również do znamiennych słów wypowiadanych przez Kapitana Haka do podstarzałego Piotrusia Pana w filmie „Hook” Stevena Spielberga. Sam utwór zresztą zdaje się być też takim przedłużeniem Moving On – wspomnijcie sceny teledysku, w którym Mariusz Duda chodzi po korytarzach Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Tu wręcz ma się wrażenie, że ta wędrówka jest kontynuowana, ale wyjście z labiryntu jest już coraz bliższe i wyraźniejsze.

„Under the Fragmented Sky”, trochę jak „Impressions”, to bardziej zbiór wariacji i impresji na temat dwóch wcześniejszych albumów (w tym wypadku „Walking on Flashlight Beam” i „Fractured”), aniżeli spójny koncept, wreszcie popis swobody twórczej, która tworzy jednolitą całość jako album i jednocześnie misternie łączy się z każdym z wcześniejszych albumów LS, a nawet ostatnimi płytami Riverside. Jeszcze bardziej też niż „Fractured” jest to album nastawiony na nastrój, na próżno więc szukać tutaj energicznych rozbudowań poszczególnych kompozycji, choć przecież i tych w kilku miejscach, naturalnie już w nie takim stopniu, nie brakuje. O ile jednak „Fractured” był historią zmagań z utratą i cierpieniem związanym ze śmiercią bliskich osób, o tyle „Under The Fragmented Sky” jest opowieścią o podnoszeniu głowy, zbieraniem odłamków lustra i składaniem ich w nową całość, co doskonale zresztą podkreślają znakomite grafiki, tym razem wykonane przez Jarka Kubickiego, który bardzo zgrabnie pociągnął wcześniejszy koncept wypracowany przez Travisa Smitha i nadał mu zupełnie nowego, własnego charakteru. Podobnie też jak zeszłoroczny album LS jest to album oczyszczający, pełen smutku i goryczy, ale jednocześnie bije z niego nietuzinkowa dla projektu Mariusza Dudy nadzieja. Nie mam też wątpliwości, że będę do tej płyty wracał, a dla wielu będzie ona tą najbardziej ulubioną, bo co należy podkreślić nie są to żadne odrzuty wydane na fali, a całkowicie pełnoprawne i przemyślane numery, które przepięknie uzupełniają i rozwijają dotychczasową dyskografię Lunatic Soul i po prostu warto po nią sięgnąć i zatopić się w Mariuszowych dźwiękach i przemyśleniach. 



Recenzja powstała w ramach współpracy 
z Laboratorium Muzycznych Fuzji i pierwotnie w całości ukazała
 się na łamach tego portalu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz