czwartek, 10 sierpnia 2017

Soul Secret - Babel (2017)


W dwa lata po udanym i skromnie zatytułowanym krążku "4" włosi z Soul Secret wracają z czwartym pełnometrażowym albumem studyjnym, który podobnie jak bardzo udany powrót grupy Styx zabiera nas w przestrzeń kosmiczną, w której odbędzie się kongres futurologiczny o stanie psychospołecznym ludzkości. 

Znakomicie prezentuje się już okładka nowej płyty Włochów, która w pewien sposób rozwija koncept tej, która zdobiła "4". Na tamtej nieznany nam człowiek spoglądał z dachu wieżowca na rozświetlone mocnymi światłami miasto marząc o podboju świata lub niczym bohater "Podziemnego kręgu" o tym, by spłonął w płomieniach. Najwyraźniej jednak wybrał drugą opcję i udał się w kosmos. Dwóch kosmonautów wpatrujących się w siebie i odbita w ich wizjerach błękitna planeta znana także jako Ziemia znajdująca się w samym centrum okładki. Wyważone, chłodne niebiesko-białe kolory, świetnie zsynchronizowane z tym obrazem słowa układające się na nazwę grupy i wieloznaczny tytuł płyty. Przyznam, że gdyby była to moja pierwsza przygoda z tą grupą to zabrałbym się za nią w ciemno. Tak się jednak składa, że znam już ten zespół i wspaniała grafika wzmocniła tylko moje zainteresowanie ich najnowszym albumem, który doskonale pokazuje, że w progresywnym graniu wciąż można brzmieć świeżo i niezwykle atrakcyjnie.

"Prolouge", w którym jeszcze jesteśmy na Ziemi wprowadza delikatnie, sennie i nieco filmowo w świetny "What We're All About". Delikatny akustyczny wstęp łączy się tu z ostrzejszym kontrastem, który po chwili "przejmuje dowodzenie" w utworze. Klimat nieco może się kojarzyć z innym włoskim zespołem, który bardzo cenię, a mianowicie Kingcrow, a trochę z norweskim Leprous. Surowe, nisko strojone riffy znakomicie łączą się tutaj z delikatniejszym graniem czy wręcz Styxowym pociągnięciem poszczególnych partii, zwłaszcza w tych fragmentach gdy w tle pojawiają się nieco przaśne klawisze, a na końcu startujemy z naszej planety. W kolejnym "A Shadow On the Surface" jest równie interesująco, z jednej strony dość łagodnie, a z drugiej surowo. Panowie z Soul Secret bardzo intrygująco potraktowali tutaj kwestię ostrych riffów i niskiego strojenia, bynajmniej nie sięgając po djentowe patenty (no może poza finałowym wyjątkiem, chociaż nie do końca). To wręcz wzorcowy przykład bardzo klasycznego progresywnego metalu. Po nim następuje utwór zatytułowany "Will They?" który otwiera świetne nisko strojone wejście następnie rozkręcające się do dość szybkiego kawałka, przypominające ponownie nieco Kingcrow czy to, co można było usłyszeć na najnowszej płycie Styx z tą drobną różnicą, że gdy Styx brzmiał jak uwspółcześniona wersja progresywy z lat 70, tak Soul Secret brzmi bardzo współcześnie i bardziej sięga po brzmienie lat 90 i początków metalu progresywnego z powodzeniem jednak inkorporując do niego djentowe zagrywki właściwie wcale nie sięgając po ten nurt.


Niespełna dwu i pół minutowy przerywnik w postaci "Logos" w którym znów usypia się naszą czujność delikatną gitarą i pianinem. Przybiwszy do stacji kosmicznej płynnie przechodzimy do "Awakened by the Light", który zaczyna się od śpiewu a capella, by po chwili fantastycznie połączyć się z sennym pianinem i delikatną gitarą, które z kolei ustępują świetnemu szybkiemu rozwinięciu gdzie znów bawią się panowie nieco pompatycznym brzmieniem mogącym się z kolei kojarzyć z brytyjskim Haken czy niektórymi lepszymi fragmentami z Dream Theater, także z kontrowersyjnego "The Astonishing". Po nim wpada pierwsza z dwóch suit, a mianowicie niemal jedenastominutowy "Entering the City of Gods" w którym podchodzimy do lądowania na pustej, niezbadanej jeszcze planecie. Robiące bardzo dobre wrażenie ciężkie i ostre wejście, a potem panowie bawią się formą raz po raz zwalniając, przyspieszając i rozwijając kompozycję. Nie ma tu miejsca na nudę, ani niepotrzebną dźwiękową masturbację, całość bowiem robi naprawdę niesamowite wrażenie zupełnie jakbyśmy faktycznie znajdowali się daleko poza Ziemią. A finału nie powstydziliby się z całą pewnością panowie z Dream Theater. W krótszym, bo trwającym już tylko siedem minut "The Cuckoo's Nest" wita nas niepokojące, przypominające trochę flamenco wejście okraszone pianinem, by po chwili znów się wzorcowo rozkręcić do ostrego grania kontrastowanego wolniejszą, niezwykłą partią, która fantastycznie rozwija się w kolejne bardzo efektowne rozwinięcie. W partii instrumentalnej zaś pojawiają się nawet dalekie echa... Riverside.

Dwie ostatnie kompozycje również potrafią zaskoczyć i nawet na moment nie ma mowy o nudzie. Najpierw ponad siedmiominutowy "Newton's Law", który na chwilę zwalnia pianinowym wstępem, by uśpieniu czujności znów rozwinąć się do szybszego grania, ponownie skontrastowane spokojniejszym fragmentem, który fantastycznie ustępuje miejsca mrocznemu instrumentalnemu pasażowi delikatnie nawiązującego do Haken, Dream Theater, a nawet nurtu djent. Na koniec Soul Secret przygotowało ponad czternastominutową suitę "In the Hardest of Times". Zerwana łączność i kolejne usypianie czujności a po nim stopniowe budowanie napięcia. Świetne wrażenie robi partia instrumentalna, która przypomina o dawnej świetności progresywnego metalu i o tym, że wciąż można w tym gatunku tworzyć rzeczy porywające i świeże.

Włosi z Soul Secret nie odkrywają na swoim piątym wydawnictwie i czwartym albumie studyjnym żadnego prochu, ale brzmią zaskakująco świeżo i atrakcyjnie. To bardzo solidny krążek, który przypadnie do gustu nie tylko fanom tego zespołu, ale także wielbicielom progresywnego grania, w którym przy okazji nie stroni się spojrzenia zarówno wstecz, jak i w nowoczesne (djentowe) brzmienia. Jest też niemal pewien, że to ich najbardziej dojrzały album - pełen pasji, pomysłów, ciekawych rozwiązań i taki do którego po prostu chce się wracać. Ocena: 8/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz