środa, 23 sierpnia 2017

Bjørn Riis - Forever Comes To An End (2017)

Bjørn Riis to gitarzysta, którego niektórzy zapewne kojarzą z norweskiego zespołu Airbag wykonującego muzykę z pogranicza rocka progresywnego. W maju ukazał się jego drugi solowy album będący następcą dobrze przyjętego "Lullabies In A Car Crash". Kinematyczne i melancholijne podejście do post-rocka i szeroko pojętej muzyki progresywnej filtrowane przez ducha lat 70, które Riis eksploruje na swojej drugiej płycie bardziej jednak nadaje się na końcówkę lata, gdy lada moment znów będzie jesień...

Fantastyczna grafika, która zdobi okładkę płyty przyciąga uwagę jeszcze za nim włoży się płytę do odtawrzacza i każe się nad nią pochylić, pomyśleć jeszcze za nim usłyszymy pierwsze dźwięki. Tajemnicza postać, najprawdopodobniej kobiety, wpatrującej się bezkres norweskiego pejzażu - jeziora, majestatycznych gór schowanych za mgłą i szarym zimowym niebem. W nią przepięknie wpisane słowa stanowiące nazwisko artysty i tytuł płyty, tak by nie przyćmiewały zdjęcia, ale jednocześnie przyciągały uwagę na tym samym poziomie. Kartonowe opakowanie zawiera dwie kopertki - w jednej ze wspaniałym zdjęciem stalowego morza znalazła się płyta, a w czarnej niepozornej książeczka z kolejnymi cudnymi zdjęciami morza i tekstami utworów, które złożyły się na trwającą nieco ponad trzy kwadranse muzyczną podróż w której Riis postanowił złożyć hołd swoim fascynacjom muzycznym od Ton'ego Iommiego począwszy, przez Davida Gilmoura i Pink Floyd, Tima Bownessa, Stevena Wilsona, a kończąc na muzyce filmowej Johna Barry'ego i Thomasa Newmana.

Otwiera ją numer tytułowy, który uderza wspaniałym post-rockowym gitarowym pasażem, by po chwili nieco zwolnić i zacząć czarować Wilsonowskim, melancholijnym brzmieniem i przejmującym tekstem o odchodzeniu, samotności i potrzebie kogoś bliskiego u boku. Po wietrznym zakończeniu następuje płynne przejście do ambientowego duchem instrumentalnego utworu "Absence" przecudnie rozpiętym na dźwiękach pianina, elektroniki i delikatnej akustycznej gitary. Świetnie wypada przejmujący "The Waves", który najpierw urzeka smutnym początkiem, a następnie stopniowym rozwijaniem instrumentarium. Znakomicie uzupełnia się z nim drugi instrumentalny kawałek na płycie, czyli "Getaway", który nieco wyłamuje się z tych melancholijnych ram dynamiczniejszym, szybszym tempem mogącym się kojarzyć z późnym Opethem albo The Pinneaple Thief. Jest w tej "ucieczce" coś z nadziei, że można w swoim życiu coś zmienić, zacząć je od nowa, może nawet przestać być samotnym i zakończyć wpatrywanie się w bezkres natury (ale bez tego chyba byłoby trochę nudno, bo przecież natura jest piękna nawet bez głębokich rozważań). Po niej przychodzi kolejne uspokojenie w postaci utworu notabene zatytułowanego "Calm".
Ten zaś płynnie przechodzi w świetny, monumentalny ponad dziesięciominutowy "Winter" w którym różne elementy i inspiracje kapitalnie się ze sobą przenikają i łączą. Najpierw magiczny, łagodny gitarowy wstęp, który przypomina trochę twórczość solową Wilsona, a trochę Pink Floyd, a do tego budowanie napięcia, które doprowadza do ostrzejszych zagrywek, świetnej klimatycznej gitarowej solówki i jazzującego ambientowego zwolnienia, którego nie powstydziłby się Gilmour czy nawet wspomniany już Pink Floyd. Wraz z perkusyjnym wyciszeniem następuje płynny przeskok do kolejnego melancholijnego utworu, który płytę kończy, a mianowicie "Where Are You Now", który znów trochę kojarzy się z Wilsonem, a trochę z Pink Floyd. Skojarzenia te na pewno nie będą mylne, jednakże nie są kopią. Riis i jego solowa płyta jest pewnego rodzaju przetworzeniem tych inspiracji i stylistyk, ale w sposób piękny i naturalny. Nie ma tutaj żadnych dźwięków czy emocjo tworzonych na siłę.

"Forever Comes To An End" to płyta nie należąca do łatwych, ale z całą pewnością przepiękna pod względem wyważenia, konstrukcji i ładunku emocjonalnego. To płyta, która każe się słuchaczowi zastanowić, wyciszyć, ale jednocześnie nie pozwala na całkowite wyciszenie, co rusz zachwycając rozwojem kompozycji, zmieniając tempo i przestrzeń, która nas otacza. Przypomina trochę wzburzone wody jeziora albo oceanu, które przyrównane do wybojów życia układa się w niezwykłą i przejmującą historię, której doskonale się słucha. Riis znalazł tutaj niemal doskonały balans między swoim macierzystym zespołem, a inspiracjami które w pewnym stopniu złożyły się na ten album, a także emocjami i bardzo stylowym przetworzeniem tego, co w post-rockowej, czy też progresywnej muzyce wielokrotnie się już słyszało. Ocena: 8/10


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza