środa, 25 października 2017

Inc. No World - Living (2017)


W świecie, ale nie z niego - tak zaczyna się notatka prasowa dołączona do trzeciej płyty formacji Inc. No World założonej przez braci Aged. Można by pomyśleć, że to preludium do jakiegoś ekstremalnego death metalowego łojenia albo retro psychodelicznego rocka. Nic bardziej mylnego. Propozycja braci Aged to połączenie alternatywnego rocka z rhytm'n'blues, które nie ma w sobie nic z apokaliptycznego wymiaru, jaki sugeruje przywołany fragment tekstu.

Rzut oka na okładkę i kilka słów o samej grupie. Panowie debiutowali albumem "No World" w 2013 roku, a trzy lata później wydali "As Light As Light". Ponadto realizowali muzykę do "Podróży Guliwera" dla LACMA'S Bring The Noise Series. Andrew gra na gitarze i śpiewa, a Daniel gra na basie, śpiewa i zajmuje się produkcją materiału. Minimalistyczna okładka przedstawia ściany wieżowca fotografowane od dołu, tak by uchwycić jasno niebieskie, lekko zachmurzone niebo. Może mi się wydaje, ale odnoszę wrażenie że mogą to być nieistniejące już dwie wieże World Trade Center, które jak wiemy zawaliły się w wyniku ataku terrorystycznego. Na ścianie jednego z nich wpisano malutkimi literkami nazwę zespołu i tytuł płyty, co świetnie podkreśla też wymiar muzyczny Inc. No World, a także koncept wokół zbudowana została płyta. A ta jest o życiu, o codziennych sytuacjach, rytuałach i próbie przetrwania między tym co dzieje się dookoła. ów apokaliptyczny wyimek z notatki także więc znajduje tutaj swoje odbicie. Co znalazło się zatem na najnowszym, trwającym niespełna dwadzieścia cztery minuty albumie?

Zawartość płytki to pięć numerów potytułowanych krótkimi słowami, takimi jak ten który znalazł się także w tytule płyty. To właśnie "Living" otwiera krążek który otwiera melodyjna, lekko bluesowa gitara, a po chwili numer się rozwija do szybszych obrotów mocno akcentowanych perkusją (zapewne elektryczną). Słychać tu wyraźnie elementy gospel, soulu i funku co nadaje całości radosnego, choć przepełnionego jakimś smutkiem brzmienia. Wrzuceni w wir życia przemierzamy przestrzenie wokół szklanych konstrukcji sięgających nieba nawet nie zdając sobie sprawy z tego co jest ponad nimi i jakby odnosząc się do tego spostrzeżenia po nim następuje drugi utwór noszący tytuł "Sowed" czyli dosłownie "Zasiany". Może to być ziarno dobrych uczynków, które popełnimy wobec bliźniego, ale także zła które wyrządzamy nie tylko wobec innych, ale i wobec siebie. Może też jednak to być ziarno nowego życia, tak ludzkiego jak i roślinnego lub zwierzęcego. Sam utwór jest utrzymany w lekkich tonach, o wyraźnej skocznej melodyce tak bliskiej r'nb i muzyce soul. 


Jako trzeci wskakuje "Sent", który swoim tytułem zdaje się odnosić do szaleńczego pędu mediów społecznościowych i wysyłania krótkich wiadomości, czy to smsem czy mailem. Ten zaczyna się od odrobinę orientalnego wstępu, a potem robi się z kolei nieco jazzowo, choć zdecydowanie brakowało sekcji dętej, która by nadała utworowi bardziej mrocznego, ponurego charakteru. Oczywiście w tle słychać jakiś flet lub klarnet, ale nadaje to całości raczej lekkiego charakteru, wrażenie przecierania szlaku, a nie pewnej mozolności, trudu i powtarzalności. Do bardziej skocznych, rhytm'n'bluesowych klimatów wracamy w przedostatnim "Complete". Ten swoim tytułem zdaje się odnosić do kresu wędrówki każdego człowieka. Tu ponownie wraca też zgrabne nawiązywanie do gospel, choć trochę szkoda, że obyło się bez większego szaleństwa w brzmieniu, całość bowiem jest spokojna, delikatna i w ogólnym rozrachunku trochę za senna. Płytę kończy "Compromise:, który wbrew tytułowi nie stanowi rozwinięcia brzmień zawartych na wcześniejszych ścieżkach w coś więcej. Tu także jest lekko, ciepło i sennie, z delikatnym skocznym powiewem tak charakterystycznym dla soulu i r'n'b. Brakowało mi jednak w tym graniu jakiegoś pierwiastka szaleństwa, drapieżności którą przecież można znaleźć na osadzonych w tych samych klimatach i brzmieniach Marcusa Millera.

Ocena: Ostatnia Kwadra
"Living" to płyta interesująca i mimo krótkiego czasu trwania pełna. Inc. No World nie próbuje tutaj wyważać żadnych drzwi, ani nie eksperymentuje z możliwościami gatunku, stawia raczej na lekkie, przyjemne i unoszące się w przestrzeni piosenki, które aż proszą się o rozwinięcie. Dla kogoś szukającego wrażeń będzie to płyta zbyt monotonna i zbyt spokojna, ale już ktoś kto z taką muzyką zdążył się spotkać już jak był dzieckiem będzie miłym zaskoczeniem, że wciąż się tworzy podobne rzeczy. Nie jest to w żadnym wypadku płyta zła, bo słucha się jej naprawdę przyjemnie, ale brakowało mi na niej jakiegoś efektu zaskoczenia, rozwinięcia czy większego wykorzystania sugerowanych gatunków - taki gospel czy r'n'b to aż się przecież proszą o bombastyczny finał! Nie jest to także album do którego chce się wracać, a szkoda, bo jednocześnie słychać tutaj ogromną szczerość w tym, co panowie nagrali na potrzeby tej płyty, a ta również aż krzyczy, by wycisnąć z instrumentów coś więcej niż senne, lekkie pioseneczki.


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR. Opis nowych ocen znajdziecie tutaj.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza