niedziela, 1 października 2017

R11/153: Me And That Man, Fertile Hump, Sasha Boole (30.09.2017, Teatr Szekspirowski, Gdańsk)




Napisał: Jarek Kosznik

30 września bieżącego roku, w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku odbył się kolejny na trasie koncert zespołu Me and That Man czyli elektryzującego duetu John Porter-Adam „Nergal” Darski. Lokalizacja koncertu była bardzo nietypowa jak na taki gatunek muzyki, ponadto w przeciwieństwie do innych przedstawień czy wydarzeń kulturowych w tym obiekcie, dało się zauważyć wielu fanów muzyki metalowej, teoretycznie odległej od klimatu teatralnego. Sala dosłownie pękała w szwach, trzeba było czekać nawet 30 minut w kolejce do wejścia. Nie ukrywam, że styl muzyki MATM jest dość odległy od moich zainteresowań muzycznych, ale postanowiłem wybrać się z ciekawości. Powyższy projekt grał w ostatnim czasie całkiem sporo koncertów w różnych miejscach Polski. Jak na ich tle wypadł Gdańsk?


Ponad trzygodzinny koncert rozpoczął się od dwóch supportów. Pierwszy z nich to ukraiński multiinstrumentalista, muzyk folkowy Oleksandr Bulich ukrywający się pod pseudonimem Sasha Boole. Trwający nieco ponad półgodziny występ obfitował w ciekawe kompozycje, z interesującymi akordami i sporadycznymi wstawkami na harmonijce ustnej. Sam artysta, pomimo, że nie urodził się w Polsce, posługuje się bardzo ładną polszczyzną, ubarwiając występ różnymi anegdotami na temat swoich kompozycji (na przykład o historii kobiety, która chciała otruć swojego męża), czy tłumacząc zabawną genezę powstania swojego pseudonimu. Muzyka Sasha Boole jak najbardziej przypadła mi do gustu. Drugim supportem był warszawski Fertile Hump, grający mieszankę starego blues – rock’a z przełomu lat 60-tych i 70-tych. Występ zespołu był niestety zaburzony problemami technicznymi z kablami, co wpłynęło na momentami przerywany dźwięk. Pomimo usterek technicznych, delikatnie mówiąc, nie poraziła mnie muzyka Fertile Hump, gdyż nie jestem fanem mieszanki kilku akordów z irytującym, wrzeszczącym wokalem i bardzo monotonnym rytmem w stylu Jacka White'a z The White Stripes. 

Wreszcie, około godziny 21:40, wjechała na scenę specjalna przezroczysta kotara, z za której z czasem wyszli muzycy, głównej gwiazdy wieczoru czyli Me and That Man, rozpoczynając utworem „My Church is Black”. Koncert był podzielony na trzy części: główną, akustyczną i coverową. Tłum dodawał energii muzykom, a oni odwdzięczali się z nawiązką. Oczywiście pierwsze co rzuciło się w oczy to ogromna charyzma i świetna prezencja sceniczna Johna Portera i Nergala, który bez blackmetalowego makijażu i scenerii rodem z koncertów macierzystej grupy Behemoth wyglądał jak rasowy bluesman z USA. Panowie przeplatali swoje utwory rożnymi barwnymi opowieściami, żartując sobie od czasu do czasu, za co dostali od publiczności ogromny aplauz. Niestety po raz kolejny były problemy z nagłośnieniem, ale udało się to w końcu naprawić i opanować. Oprócz zagrania niemalże całego materiału z płyty „Songs of Love and Death”, zespół zaskoczył własną wariacją utworu zespołu Talking Heads „Psycho Killer”. Bardzo liczna gdańska publiczność stanęła na wysokości zadania względem innych miast, wywołując szeroki uśmiech na twarzach artystów.


Podsumowując, było to dla mnie interesujące wydarzenie, nowe ciekawe doświadczenie, mam nadzieje że duet Porter-Darski jeszcze nie raz wystąpią razem na żywo, rozwijając ten bardzo osobliwy i charakterny projekt muzyczny.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza