piątek, 13 października 2017

Threshold - Legends Of The Shires (2017)


Ogromnym zaskoczeniem było ogłoszenie przez Damiana Wilsona odejście z Threshold, ale bodaj większym okazało się wybranie na jego następcę Glynna Morgana, który z grupą nagrał już bardzo udany i chyba trochę niedoceniony "Psychedelicatessen". Ambitnie pomyślany jako dwupłytowy album powrót Morgana do brytyjskiego zespołu to także jedenasty studyjny krążek tej formacji i stanowiący swoisty punkt zwrotny w ich dyskografii...


Powrót Glynna Morgana po ponad dwudziestu latach to nie jedyna zmiana jaka zaszła w Threshold, gdyż z zespołu odszedł również gitarzysta Pete Morten, który zagrał na dwóch albumach grupy, poprzedzających najnowszy "March For Progress" i "For the Journey" na których śpiewał Wilson zastępując na stanowisku wokalisty zmarłego w 2011 roku Andrew McDermotta. Ponadto w jednym z utworów pojawił się także Jon Jeary, jeden z założycieli zespołu, były basista i okazjonalny wokalista, który odszedł z zespołu po wydaniu "Critical Mass", trzeciego z McDermottem na wokalu. Nie zmieniła się w znacznej mierze stylistyka zespołu, która mocno nawiązuje do dwóch ostatnich albumów, wszak najnowszy również był pisany pod Wilsona, choć można zauważyć wyraźne nawiązania zarówno do ery McDermotta, jak i do niedawna jedynego krążka z Morganem. Najnowszy album Threshold jest także płytą świadczącą o ogromnej dojrzałości tego zespołu, nie tylko ze względu na jego długość, intensywność i rozbudowaną formę, ale także esencjonalny, a przy tym porywający, brzmiący niezwykle świeżo i pokazujący, że weterani progresywnego metalu również mają jeszcze sporo do powiedzenia w tym gatunku. 

Na pierwszym krążku znalazło się sześć kompozycji, w tym jeden prawie dwunastominutowy, a także jeden z trzech spinających całość interludiów pod wspólnym tytułem "The Shire". Pierwsze z takich interludiów otwiera tę płytę i zaskakuje od pierwszych sekund. Śpiew ptaków, dźwięki dzwonów i delikatna akustyczna gitara, która wprowadza w klimat albumu o ciepłym, w porównaniu z poprzednikami, zabarwieniu. Niechaj jednak nikogo to nie zmyli, zaraz po nim wchodzi świetny i rozpędzony "Small Dark Lines" rozpięty na ostrym riffie, marszowej perkusji i mocnym klawiszowym tle. Wyróżnia się tutaj także wokal Morgana, który brzmi szorstko i zadziornie jak na "Psychedelicatessen" i przywodząc nawet trochę na myśl McDermotta, ale również zaskakuje czystym bardzo Wilsonowskim w duchu głosem, jednocześnie doskonale przypominając o tym, że ma własny, niezwykle i zarazem pasujący do zespołu, charakterystyczny styl. Po nim pojawia się wspomniany już monumentalny "The Man Who Saw Through Time". Spokojny początek czaruje delikatnym klawiszem, ciepłym lekkim głosem Morgana niespiesznie buduje nastrój, stopniowo buduje nastrój, stopniowo rozwijając w coraz śmielsze, szybsze fragmenty nie stroniące od bogatych klawiszy, ostrej gitary czy harmonicznych pojedynków między muzykami . 


Po bogatym w emocje numerze panowie fundują niewiele krótszy, bo trwający niemal dziewięć minut (bez kwadransa) dynamiczny utwór zatytułowany "Trust the Process". Świetny jest tutaj już sam wstęp, doskonale łączący ostre riffy z ciepłym, nieco szalonym klawiszem. Sam utwór, który spokojnie mógłby znaleźć się na "Psychedelicatessen" jest niezwykle przestrzennie zrealizowany, przejrzyste zagrywki, liczne rozbudowania, a nawet nawiązania do starszych albumów są tutaj zrealizowane z wyczuciem i wdziękiem. Równie porywający jest przedostatni na pierwszym dysku "Stars And Satellites", którego nie powstydziłoby się Rush na którejś z płyt z lat 80 czy 90, a może nawet Fated Warning. To numer porywający szczerością, melodyjnością i zabójczą wręcz przebojowością, której wielu współczesnym progresywnym zespołom wyraźnie zaczyna brakować. Threshold przypomina tutaj bowiem o tym, że doskonale można łączyć współczesne brzmienie z inspiracjami, które już dawno zostały zapomniane, jednocześnie nie uciekając do tandetnego plastiku czy nadmiernego rozciągania materiału tam, gdzie nie jest to konieczne. Zdecydowanie krótszy, bo trwający niespełna pięć i pół minuty "On the Edge" również nie zwalnia tempa czarując porcjami ostrych riffów, znakomitych klawiszy i świetnego wokalu Morgana, w którego liniach znów słychać nieznacznie nawiązania do Wilsona, ale akcentowane zdecydowanie mocniej i bardziej charakternie. 

Drugą płytę, na której znalazło się miejsce na osiem kawałków, otwiera druga część "The Shire" który wpierw znów uspokaja delikatną gitarą i szumem spokojnego potoku. Nieco Pink Floydowy można by rzecz klimat stosunkowo szybko jednak ustępuje soczystemu rozpędzeniu, w którym nie brakuje znakomitych solówek i emocjonalnego, choć chyba nieco niepotrzebnie podbitego vocoderem wokalu Morgana. Kolejną perełką, wyrwaną niczym z którejś z płyt z McDermottem, ale również trochę jak z "Psychedelicatessen" jest "Snowblind". Ostre, zawrotne tempo, które znów zachwyca złożonością, mnogością pomysłów i rozwiązań łączących się w idealną całość. Żeby nie było zbyt intensywnie panowie następnie przechodzą do wolniejszego "Subluminal Freeways przywodzącego trochę na myśl solowe dokonania Jamesa LaBrie z Dream Theater. Tu również nie stroni się od ciekawych rozwiązań, a także nieco Wilsonowskiego w duchu wokalu Morgana, który zaskakuje czystą i przejmującą barwą także w kolejnym, balladowym i jednym z najkrótszych na płycie "State Of Indepndence". Nie ma jednak mowy o tym, by utwór był zbytnio przesłodzony, bo wypada niezwykle naturalnie i lekko. 

Drugą połowę zaczyna kolejny dopracowany, energetyczny kawałek, a mianowicie "Superior Machine" uderzający w słuchacza kapitalną przebojowością, efektownym brzmieniem będącym połączeniem ostrych riffów ze świetnym tłem klawiszy i ponownie przypominającym trochę o czasach McDermotta czy nawet twórczości Devina Townsenda. Niespełna półtoraminutowa trzecia część "The Shire" z krótką wokalną wstawką Jeary'ego na chwilę uspokaja po czym wchodzi kapitalny, drugi długaśny numer na płycie, czyli "Lost In Translation", który fenomenalnie kondensuje wsyzstkie oblicza Threshold. Idealnie łączący się z poprzednim mroczny wstęp, duszne, ale i melodyjne tempo, które po chwili rozwija się do szybszego grania, raz po raz eksplodując do świetnych, mocnych partii. Morgan bryluje tutaj iście Wilsonowską ekspresją, nie zapominając jednak o swoim bardziej charakternym stylu. Na sam koniec panowie wrzucili jeszcze jedną balladę, liryczne "Swallowed", które doskonale wygasza emocje po epickim numerze poprzednim. 

Ocena: Pełnia
Threshold zdecydowanie nie odkrywa na swojej najnowszej płycie niczego nowego, ale prezentuje się z bardzo dobrym i solidnym materiałem, pokazując że mimo zmiany na stanowisku wokalisty nadal są w formie, a także wciąż potrafią grać ostro i niezwykle atrakcyjnie. Powracający Morgan znakomicie zaś wpisał się w odświeżoną w ciągu ostatnich lat stylistykę i formułę zespołu, ale także udowodnił swoją pozycję i pokazując wszystko to, co najlepsze było w jego partiach na "Psychedelicatessen", ale również akcentując styl Wilsona. Mam nadzieję, że Morgan tym razem pozostanie w Threshold na dłużej, bo jestem skłonny stwierdzić, że to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się Brytyjczykom od lat. Najnowszy album, w moim odczuciu mógłby być trochę krótszy i bardziej skondensowany, ale to wcale nie oznacza, że te nieco ponad osiemdziesiąt minut muzyki rozłożone na dwa dyski nużą, czy są rozwleczone, a wręcz przeciwnie mijają bardzo szybko. "Legends Of The Shires" to także jedna z najlepszych płyt Threshold i być może jeden z najważniejszych progresywnych krążków ostatnich kilku lat, a na pewno taki, który pokazuje, że w tym graniu jest wciąż miejsce na muzykę piękną, szczerą i pełną niesamowitych emocji.  


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza