piątek, 17 kwietnia 2015

Cerber - Lust For Suffering (2015)


Napisał: Dominik "Stanley" Stankiewicz

Trzeba mieć niezły tupet, żeby nazwać swój zespół takim mianem. Cerber jest mitycznym trójgłowym psiskiem, z którym lepiej nie zadzierać, silną bestią, która jest w stanie w trymiga rozerwać na strzępy nierozważnego osobnika chcącego przemknąć obok po cichaczu. 

Obok olsztyńskiego trio trudno przejść obojętnie, szarpie bowiem aż miło tuż po klimatycznym intro do numeru "Czarnosercy". Jeśli bliskie są Wam dokonania Pantery z okolic "Vulgar Display of Power" i "Far Beyond Driven", solidny "wpierdol" od Lamb of God i dokonania Frontside zanim przerzucili się na rock'n'rolla to skombinujcie sobie ten bardzo ładnie wydany krążek.

Muzycznie nie jest to nic wielce odkrywczego, takie rwące za trzewia dźwięki znajdowały się już na płytach artystów, którzy rządzili w metalu w latach 90, mogę więc śmiało stwierdzić, że "Lust for Suffering" to bardzo przyjemna podróż w czasie. Mięsiste, bujające, brudne brzmienie, rozwrzeszczany wokalista i moc prostego walącego po mordzie riffu, taki jest przepis na udane kawałki tej formacji. Choć jak dla mnie tu i ówdzie mogliby przyciąć kawałki o minutkę czy dwie, bo wkrada się niepożądana monotonia. A utworów poza minutowym przerywnikiem jest tu dziewięć, warto by zadbać przy okazji krążka numer dwa (bo nie mam wątpliwości, że się pojawi) o większą zwartość muzy, no chyba, że panowie sobie od początku założyli zerkanie w stronę sludge czy stonera stąd takie długaśne formy.

Poza tym nie mam się w sumie do czego przyczepić, bo produkcja jest solidna i jak na debiutantów dobrze wyśrubowana, krótko mówiąc czuć że chłopaki siedzieli dość długo komponując ten materiał i jak najbardziej powinni być z niego dumni. Wydaje mi się tylko, że na dalszym etapie kariery powinna zostać podjęta decyzja czy Cerber zostaje przy polskich, całkiem ciekawych tekstach czy stawia na próbę dotarcia do międzynarodowego słuchacza i śpiew będzie w języku angielskim. Przyznam, że takie niezdecydowanie na tym etapie jeszcze jest znośne, ale jeśli zależy im na spójności przekazu to wato by wybrać jeden konkretny język komunikacji ze słuchaczem. Ja ze swojej strony przyznam, że po naszemu wierzę im bardziej. Szczególnie jak słucham takich wałków jak rytmicznie walące po żebrach "Blizny", co ciekawe znajdujące się już na epce "Mad At The Soul" z 2012 roku i słusznie wytypowane do promocji najnowszego albumu.

Podsumowując – życzyłbym sobie więcej takich dopracowanych albumów „na dzień dobry”. Jesteśmy bowiem zalewani materiałami wątpliwej produkcji, robionymi jakby na szybko i na odpierdol, a potem kapele się dziwią, że recenzent zły  i że chujowa recenzja. Cerber pogryzł mnie bardzo dotkliwe i że się tak masochistycznie wyrażę, czuję się z tym świetnie. Takiej szczerej muzyki płynącej wprost z wkurwionych serc muzykantów obecnie brakuje w zalewie pseudometalowego plastiku. Znakomita odtrutka na te wszystkie Black Veil Bridesy, Atille i inne cyrkowe stworzenia. Krótko mówiąc solidny pełnometrażowy debiut. I oby tak dalej panowie! Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza