niedziela, 14 października 2018

R10/170: Riverside, Spiral, Walfad (12.10.2018, B90, Gdańsk)


Są takie zespoły, które nie zawodzą. Jednym z takich zespołów z całą pewnością jest Riverside, który w piątek rozpoczął trasę koncertową promującą najnowszy, siódmy album studyjny, zatytułowany "Wasteland, pierwszy nagrany już bez udziału zmarłego Piotra Grudzińskiego. W gdańskim B90 koncert z całą pewnością należał do pięknych przeżyć, zarówno dla zebranych, jak i dla samej grupy, szkoda tylko, że tym razem supporty były nie tylko źle dobrane, ile po prostu zbędne...


Do momentu rozpoczęcia koncertu nie było wiadomo, który z nich wystąpi jako pierwszy, choć i tak nie miałoby to znaczenia, bo oba były po prostu nudne. Pochodzący z Wodzisławia Sląskiego Walfad, który ostatecznie zagrał jako pierwszy wyróżniający się polskojęzycznymi tekstami swoich utworów. Mnie niestety ich granie kompletnie nie porwało, wydawało się nieskładne i często przekombinowane. Wokalista Walfad, Wojciech Ciuraj muszę przyznać ma interesującą barwę głosu, trochę przypominającą Artura Rojka, ale niestety tekst, a przynajmniej te fragmenty, które dotarły do moich uszu, wywoływały raczej pobłażliwy uśmiech na mojej twarzy. Z całą pewnością grupa ta ma w sobie potencjał i słychać, że inspirują ich takie polskie grupy jak Lizard, Believe, Osada Vida czy Quidam, ale za mało w tych kompozycjach było własnej tożsamości i czegoś co złapałoby za serducho. Nie mam jednak również wątpliwości, że z ich muzyką będę musiał się bliżej poznać i wypatrywać kolejnych koncertów, by spróbować ich docenić - wszak bardzo podobnie miałem z innym neoprogresywnym polskim zespołem Art Of Illusion, który z początku też mi nie pasował. 

Drugi support wynudził mnie jeszcze bardziej. Rzeszowski Spiral w swojej twórczości łączący tak zwany dream pop z post-rockiem  bardziej denerwował niż intrygował. Utwory, choć z momentami, były zbyt rzewne, za lekkie i nie wzbudzały żadnych emocji. Do tego dochodził, skąd inąd ciekawy wokal Urszuli Wójcik z senną manierą, któremu brakowało siły i przebicia. Nie chcę powiedzieć, że to zły zespół, choć odniosłem wrażenie, że trochę mijający się z rolą supportu, a już na pewno przed takim zespołem jak Riverside. O ile Walfadowi chcę dać jeszcze szansę tak tutaj nie było nic co by zwróciło moją uwagę. Może poza pretensjonalnym określeniem "nasze najnowsze dziecko" przy zapowiedzi utworu "Gravity". Zawsze mnie bowiem straszliwie śmieszy jak zespoły, zwłaszcza te z wokalistkami, nie mogą powiedzieć, że zagrają najnowszy utwór, tylko właśnie "dziecko".

W końcu na scenie pojawił się Riverside, na który niecierpliwie czekał wciąż powiększający się tłum wyprzedanego koncertu w B90. Przetrzymani w przerwie i przywitany ambientowym intrem (delikatny klawisz, szum wiatru, jęki skrzypiec, krakanie i szczekanie psów) łączącym się z najnowszym materiałem fani przywitali Warszawiaków gorąco. Najpierw zabrzmiał "Acid Rain" z "Wasteland", po nim zabrzmiały "Vale Of Tears" i "Lament" z tegoż. Następnie panowie cofnęli się w czasie do "Out of Myself" ze swojego debiutanckiego albumu pod tym samym tytułem, a następnie przeskoczyli do (niestety skróconej) wersji "Second Life Syndrome" po którym zabrzmiał "Left Out" z "Anno Domini High Definition". Po nim przyszedł czas na "Guardian Angel", kolejny numer z najnowszej płyty, przepięknie łączący się z wcześniejszym "Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?) z płyty "Love, Fear and the Time Machine", by następnie znów zabrać nas na pustkowia w "The Struggle for Survival" z najnowszego oraz "Forgotten Land" z epki "Memories in my Head". Nie obyło się bez "02 Panic Room" z "Rapid Eye Movement", po którym zabrzmiał z kolei "Loose Heart" z debiutu, by następnie znów przejść do "Wasteland" i utworu tytułowego. Na pierwszy bis Riverside zagrało "The Night Before" z najnowszego krążka, bodaj półgodzinną rozbudowaną wersję "Reality Dream I" i zakończyła go utworem "River Down Below". Zachęceni przez publiczność wyszli jeszcze na drugi bis w ramach którego zagrali jeszcze początek "Wasteland", czyli kompozycję "The Day After" w specjalnej wersji koncertowej - dłuższej i co ciekawe cięższej od tej, która znalazła się na płycie. Niemal dwie i pół godziny zawsze niesamowitych i pięknych dźwięków.

Riverside jak zawsze zachwyciło i poruszyło do głębi. Najnowsze utwory zabrzmiały jeszcze mroczniej i surowiej niż na płycie, która wszak została zagrana w całości, doskonale łączyła się ze starszym materiałem, choć w przekroju zabrakło choć jednego z albumu "Shrine Of New Generations Slaves". W zespole na dobre zadomowił się też Maciej Meller, który partie Grudzińskiego odtwarzał wiernie i z wyczuciem, a w najnowszych numerach również stawał na wysokości zadania. Co zaś się tyczy supportów, wyjątkowo mogło ich nie być, choć gdybym miał wybierać z dwóch, to najciekawszy mimo wszystko był Walfad, który co prawda właśnie wydaje swój czwarty album, musi jeszcze sporo popracować żeby zachwycać jak Riverside, które pokazało klasę i jeszcze mocniej, aniżeli w Starym Maneżu, rozpoczęła nowy rozdział swojej muzycznej podróży.

Zdjęcie własne. Więcej zdjęć znajdziecie na naszym facebooku.

 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza