wtorek, 28 sierpnia 2018

LUminiscencje: Queensrÿche​ - Empire (1990)


Czas na kolejne LUminiscencje,w których tym razem sprawdzimy jak po latach wypada czwarty album Queensrÿche​, któremu 20 sierpnia stuknęło dokładnie dwadzieścia osiem lat. Obok konceptualnego "Operation: Mindcrime" jest to najważniejszy, jeden z najbardziej cenionych i prawdopodobnie ostatni tak dobry, a przede wszystkim tak równy album amerykańskiej formacji, która wyznaczała kierunek rozwoju metalu progresywnego we wczesnych latach istnienia tego gatunku.

Na następcę rewelacyjnego "Operation: Mindcrime" panowie nie kazali czekać długo, bo zaledwie dwa lata. Grupa była wówczas na fali wznoszącej, a najnowszy album, czyli "Empire" miał tę pozycję utwierdzić przynosząc upragnioną rozpoznawalność i sukces komercyjny. Tak istotnie się stało i płyta wylądowała na siódmej pozycji najlepiej sprzedających się albumów w Stanach Zjednoczonych w 1990 roku, pokrył się potrójną platyną, a ballada "Silent Lucidity" będąca drugim singlem promującym płytę znalazła się na pierwszym miejscu listy Mainstream Rock Tracks oraz dziewiątej pozycji The Billboard Hot 100, a także była nominowana do nagrody Grammy w 1992 roku w kategorii  "Best Rock Song and Best Rock Vocal Performance by a Duo or Group". Nie był to zresztą jedyny udany numer z tego albumu, bo każdy z sześciu kawałków wybranych na single, podobnie jak zresztą cały album wypadał i wciąż wypada znakomicie. 

Zaczynamy od fantastycznego "Best I Can", który wynurza się z przestrzeni, by przejść kapitalny i niepokojący klawisz na którym słychać dziecięcy chór, wraz z perkusyjnym uderzeniem wskakuje wokal Geoffa Tate'a w najwyższej formie i całość rozpędza się do szalonych, niemal dyskotekowych obrotów. Najlepsze w tym numerze jest to, że świetnie łączy on klawiszowy, nieco przaśny sznyt lat 80tych z nowoczesnością nowej dekady i jej alternatywnym, nieco popowym charakterem, który nie zawsze dobrze sprawdzał się w muzyce zespołów metalowych i rockowych próbujących odnaleźć się w w nowej sytuacji rynkowej. Po nim czas na znakomity "The Thin Line", w którym panowie nie bawią się we wstępy tylko od razu uderzają mocną perkusją i ostrym, melodyjnym riffem, by po chwili zwolnić do basowych pomruków i wokalu Tate'a, by następnie znów uderzyć. Kontrastowość i melodyjność może tu nieco przywodzić na myśl Rush, ale całość jest znacznie cięższa i bardziej surowa. Perełką i jednym z utworów, który najbardziej się z tej płyty zapamiętuje jest "Jet City Woman", który znalazł się na pozycji trzeciej. Otwierający go gitarowy pomruk kontrastowany drugą melodyjną gitarą wprowadza delikatnie i niepokojąco do kolejnego świetnego kawałka opartego na szybszych i wolniejszych partiach. Po nim wskakuje "Della Brown" który ponownie zaczyna się delikatnie i zaskakująco, bo panowie zdradzają w nim ogromną swobodę i eksperymentalne ciągoty, które później miały podzielić fanów grupy, a wreszcie poniekąd doprowadzić do rozstania z Tate'em. To, jak ten numer się rozkręca i bawi się konwencją ballady, zahaczając wręcz o jazzujące rejony jest smakowite i przełamujące granice. Kilka lat później podobnie będą zresztą panowie z Dream Theater kombinowali z podobnymi brzmieniami w ramach sesji nagraniowych "Falling Into Infinity", niestety pod kuratelą wytwórni i pod presją wyszedł materiał dużo słabszy i nie tak zgrabny.


Płynne przejście w rozpędzony (z początku) "Another Rainy Night (Without You) przywodzący na myśl Savatage czy niektóre fragmenty Iron Maiden z tamtego czasu, nie zwalnia tempa choć ponownie jest balladą. Liryczny, melodyjny charakter znów fantastycznie przywołuje stylistykę lat 80tych, a jednocześnie ponownie w znakomity sposób flirtuje z popem, może nawet miejscami grunge'owymi brzmieniami. Następny w kolejce jest zaś świetny, majestatyczny numer tytułowy. Zaczynamy od nagranej na telefonicznej sekretarce wiadomości, po czym wchodzi ostry gitarowy riff i potężna pochodowa perkusja, by po chwili zacząć sunąć dumnym i posuwistym krokiem. Po prostu majstersztyk, za każdym razem wywołujący ciary. Szybszy i ostrzejszy jest "Resistance" który zdaje się jakby nawiązywać do poprzedniej płyty, także fenomenalnym wysokim wokalem Tate'a. Na ochłodzenie panowie rzucają zaś kolejną, znakomitą zresztą, balladę "Silent Lucidity". Czarująca akustyczna gitara, niesamowity lekki głos Tate'a przypominający wiosenny deszcz, tak odmienny od niemal wrzaskliwego pisku z poprzedniego kawałka. Następnie rozwinięcie z orkiestracjami Michaela Kamena i mrugnięciami do Pink Floyd - nadal piękne, niesamowite i równie istotne dla niektórych numerów Dream Theater, zarówno z wczesnego jak i środkowego okresu. W dziewiątym, równie udanym i zatytułowanym "Hand on Heart" wracamy do szybszych gitarowych i melodyjnych, a zarazem przebojowych rejonów. Po nim czas na drapieżny "One and only", w którym nie brakuje także odrobiny lirycznych zagrywek, a przede wszystkim bogatych solówek i nieco King Crimsonowego zakończenia.. Finałowy "Anybody's Listening" to idealna puenta tego albumu. Niepokojące, rozwijające się intro, które kapitalnie rozkręca się do coraz szybszych obrotów, zachowując jednak balladowy charakter.

Wersja remasterowana z 2003 roku zawiera jeszcze trzy utwory, częściowo zarejestrowane podczas tej samej sesji. Zaczynamy od udanego "Last Night In Paris" pochodzącego z filmu "The Adventures of Ford Fairlane" z tego samego roku, ponownie rozpędzającego się ostrymi i melodyjnymi zarazem gitarami. Po nim wskakuje "Scarborough Fair", czyli opracowanie standardu które panowie nagrali jeszcze w 1986 roku. Starobrytyjska ballada zabrzmiała zaś całkiem interesująco, bo sięgnięto w niej - przynajmniej na początku - po akustyczne gitary, bo później utwór fajnie się rozkręca do ostrzejszego grania, Tate zaś pochwalił się tutaj barytonem niczym z popu barokowego. Ostatni bonus, ponownie z 1990 roku, to eksperymentujący "Dirty Lil Secret" flirtujący z country i znakomicie wpisujący się w główny materiał. Skoczne brzmienie, mruczący bas, instrumentalne wypusty gitarzystów, ciekawie poprowadzona perkusja. Nadal robią dobre wrażenie, choć gdyby ich zabrakło i został tylko oryginalnie wydany materiał album nic by nie stracił, a wręcz przeciwnie, zaskakiwałby jeszcze mocniej, nawet po dwudziestu ośmiu latach jakie minęły od jego wydania.

"Empire" to płyta, która starzeje się w niezwykle szlachetny sposób. Nie jest to już bowiem album, który poraża siłą brzmienia czy ostrym jak na owe czasy graniem w ramach swojego gatunku i nadal raczkującego metalu progresywnego. Nieco bardziej przystępne, komercyjne brzmienie dziś może wywoływać bowiem uśmiech na twarzy, razić nieco plastikowymi patentami w niektórych dźwiękach czy nawet zbytnim rozrzewnianiem licznymi balladami i lżejszymi wtrętami ze wszech miar potężny i ciężki materiał. Przede wszystkim jest to album nadal bardzo solidny, porażający melodyjnością i ogromną energią i umacniający pozycję Queensrÿche jaką uzyskali poprzednim krążkiem, a także znakomicie pokazujący że flirt z popowymi elementami w metalu nie zawsze był skazany na porażkę. Po dwudziestu ośmiu latach jest to także płyta, której słucha się niezwykle dobrze właśnie ze względu na szczytową formę muzyków i Geoffa Tate'a, którego talent i głos z każdym kolejnym wydawnictwem gasł coraz bardziej. Wstyd nie znać, a jeśli dawno go nie słuchaliście, to warto go sobie odświeżyć, najlepiej z drugim dyskiem koncertowym zarejestrowanym 15 października 1990 roku w londyńskim Hammersmith Odeon.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza