czwartek, 16 sierpnia 2018

Erra - Neon (2018)


Napisał: Jarek Kosznik

Niemalże przed chwilą miała miejsce premiera czwartej, pełnowymiarowej płyty amerykańskiego zespołu Erra pod tytułem „Neon”. Panowie wdarli się przebojem do „wyższej półki” szeroko pojętego metalu progresywnego poprzednim, udanym albumem „Drift”. Cechą charakterystyczną Erry jest bardzo rytmiczna, a zarazem melodyjna i dość zaawansowana technicznie struktura utworów z podziałem śpiewu na dwóch wokalistów. Jesse Cash i J.T Cavey znakomicie potrafią uzupełniać się odpowiednio wysokim śpiewem i niskimi, zadziornymi screamami. Zaprezentowane wcześniej przez zespół single brzmiały bardzo obiecująco, a ponadto to już druga płyta nagrana dla prestiżowej i szanowanej wytwórni Sumerian Records, co może być gwarancją pewnego poziomu. Jak wypada na tle poprzedników? Czy panowie zanotowali kolejny progres swoich umiejętności? Jak prezentują się riffy i melodie wokalistów?


Otwierający płytę „Breach” wita słuchacza spokojnymi, atmosferycznymi akordami na tle spokojnego, delikatnego śpiewu Jesse’ego. Utwór stanowi mieszankę wściekłych i melodyjnych wokali, genialnych riffów (szczególnie ten z refrenu to majstersztyk), i nieustannej zmiany nastrojów. Warto wyróżnić genialną, krystalicznie czysto zagraną solówkę na gitarze. Mam wrażenie, że pewne inspiracje Erry mogą pochodzić od szeroko pojętej muzyki trance, a w tym przypadku legendy muzyki klubowej czyli ATB. Kolejny to „Monolith” przynosi diametralną zmianę klimatu, wprowadza surową i ponurą aurę. Inspiracje tuzami nowoczesnego grania takimi jak Monuments czy Northlane mocno uderzają w uszy, jednakże miło że Erra próbuje tu dodawać coś od siebie. Jeszcze bardziej zaskakuje „Signal Fire”, ponieważ występują tu elementy bardziej hard rockowe (!) aniżeli metalowe, ale oczywiście w bardziej technicznym wydaniu. Całkiem interesujące riffy w środku prowadzą do ładnej solówki, przypomina ona mocno styl „człowieka-instytucji” djentu czyli Mishy Mansoor’a. W „Valhalla” muzycy „nie pieszczą” się ze słuchaczem tylko od razu przechodzą do ostrego łojenia. Refren nieco przypomina „Breach” , a kolejne breakdown’y wskazują na pewne elementy zespołu Novelists wplecione do muzyki zespołu Erra. Naprawde miłym akcentem jest nieco senne czy wręcz narkotyczne outro przerwane nagle przez brutalne riffy. 

Największym odstępstwem od typowego stylu Erry jest następny „Hyperreality”, gdzie wszystko jest utrzymane w konwencji „happy-djentu” z domieszką kiepskich, mdłych melodyjek wokalnych. Nie przypadło mi to do gustu, moim zdaniem to najsłabszy moment „Neon”. Po nim wchodzi utrzymany mocno w stylu „złotych lat djentu” czyli lat 2010-2012 „Ghost of Nothing”. Przestrzenny, lewitujący ,nieco kosmiczny klimat towarzyszy odbiorcy cały czas. Po dość nudnym środku wchodzą bardzo połamane rytmicznie czyste dźwięki gitary, które prowadzą do końcowego refrenu. Prawdziwą perełką, a zarazem moim faworytem na płycie jest „Dissaray”. Ten kawałek ma naprawdę wszystko – od niebanalnych melodii granych techniką tappingu, poprzez połamane metrycznie riffy( nawet bardziej w stylu bogów progresywnego metalu czyli zespołu Dream Theater niż typowego „djentu”) do niezwykle dobrych, przejmujących wokali zarówno czystych jak i low screamów. Po nim wchodzi „Expiate”, gdzie mocne zagmatwane partie perkusji, atmosferyczne breakdowny, nieprzewidywalne tapping’owe zagrywki gitarowe spinają się w logiczną, pobudzającą wyobraźnie całość. Ciekawostką jest styl śpiewania Jesse’ego w refrenie przywołujący na myśl działalność muzyczną Chestera Bennigtona czy Oliviera Sykes’a. „Unify” utrzymany jest w po raz kolejny w nieco „mydełkowej” i „popowej” konwencji. Ten utwór nie porwał mnie niestety, a końcowe solo choć całkiem dobre brzmi nieco infantylnie. Kończący album „Ultimata” zawiera właściwie wszystkie elementy usłyszane wcześniej. Fantastyczne są szczególnie ostatnie dwie minuty, gdzie na tle zakręconych rytmicznie zagrywek mamy do czynienia z delayami rodem z muzyki zespołu U2. Z czasem wszystko zapętla się , zmierzając do końcowych wersów śpiewanych z przekonaniem przez Jesse’ego Cash’a. Cóż za wspaniałe zakończenie płyty!

Ocena: Pierwsza Kwadra
Zgodnie z moimi oczekiwaniami „Neon” jest płytą bardzo dobrą, najlepszą w dyskografii zespołu, chociaż nie uznałbym jej za wybitną czy przełomową. Kompozycje na czwartym longplay’u Erry wyróżniają się na tle poprzedników większą dojrzałością i konsekwencją. Charakterystyczne elementy zespołu zostały tutaj doszlifowane, co dało ciekawy efekt końcowy. Dość poważnymi minusem „Neon” jest jednak zbyt częsta powtarzalność zarówno struktury piosenek, riffów jak i stylu wokali , a w przypadku low - screamów ta monotonia jest najbardziej zauważalna. Podczas słuchania płyty czasem miałem wrażenie, że słucham tego samego kawałka, a to już minął trzeci z rzędu. Jednakże znajdziemy na „Neon” wiele niezapomnianych, mocnych momentów od których nie ma ucieczki. Takich miłych dla ucha fragmentów jest jednak więcej niż wymienionych wyżej minusów. Reasumując mogę z czystym sumieniem polecić tą płytę nie tylko klasycznym „metalhead’om” czy „djentelman’om”, ale każdemu innemu miłośnikowi świeżości z nutką awangardy.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza