poniedziałek, 14 maja 2018

Mata - Atam (2018)


Włosi na detoksie...

Z samej notatki prasowej niewiele można się dowiedzieć o włoskim kwartecie ukrywającego się pod nazwą Mata. W ich wypadku to jednak zaleta, bo przynajmniej nie rzucają żadnymi górnolotnymi hasłami o sobie. Powstali w 2016 roku w Trodice, w prowincji Macerata, a ich debiutancki album to trzydziestosześciominutowa sesja złożona z czterech odsłon skupiających się na detoksie od bliżej nieokreślonego uzależnienia, konfrontacji z samym sobą i konsekwentną samozagładą. Jak widać niewiele mówi także sama minimalistyczna grafika, złożona z trzech kolorów - szarego znajdującego się po lewej i przenikającego do białości po prawej oraz znajdujących się w samym centrum napisów składających się na zarównonazwę formacji, jak i tytuł grupy. Co zatem można znaleźć na "Atam"?

Zaczynamy od "Zero Uno - Movimento 1" który wyłania się z ciszy radiowym szumem, gdzie szukamy właściwej stacji, popiskiwaniami i zgrzytami, delikatnymi uderzeniami oraz włoskojęzycznym popowym wokalem. Po chwili całość nieznacznie zaczyna się klarować i co rusz uderzać rozhisteryzowanymi gitarowo-perkusyjnymi wjazdami z pogranicza dyskoteki, noise'u i efektów dźwiękowych. Na próżno jednak szukać tutaj zwartej melodyki czy spójnej konstrukcji, dominuje bowiem kontrolowany chaos i schizofreniczne rozedrganie, które układa się w dźwiękową przestrzeń pełną zmian, kolejnych rozbudowań i powtórzeń, a wreszcie histerycznego, pulsującego finału przypominający ekstatyczny taniec szamana. W numerze drugim zatytułowanym "Zero Due - Movimenti 2" dźwiękowa abstrakcja trwa znacznie dłużej, bo zamiast pięciu i pół minuty panowie rozkładają swoje dźwiękowa zabawy na nieco ponad dziesięć minut. Płynne przejście między końcówką poprzednika i zwalniamy do sonicznych szumów, pyknięć, przetoczeń perkusji przywodzących na myśl odległe grzmoty i bliżej nieokreślonych przeciągnięć jakby smyków. Rozwijanie tematu następuje niespieszenie, pulsacyjnie, antrofonicznie i schizofoniczne, a totalny niepokój pojawia się wraz z włoskojęzyczną recytacją i mocnym, bardzo ciekawym drone'owym uderzeniem pomiędzy nimi. Jest tu miejsce na eksperyment, ale i na pewną teatralność, niepsieszny figuratywny i abstrakcyjny performance, który zmienia formę, zachwyca swoją przestrzenią, a jednocześnie odrzuca i przyciąga. Ponownie na próżno szukać jasno zarysowanych granic, melodyki czy oczekiwać, że chaos jaki nas oplata zmieni się w przystępną piosenkę. Mimo to, zwraca uwagę konsekwencja w budowaniu zarówno rytmu jak i rozedrganej, niezwykłej muzycznej przestrzeni.

W "Zero Tre - Movimento 3" kwartet zamknął swoją kolejną dźwiękową mapę po psychice, bo tak można by najlepiej określić ich twórczość, w czasie ośmiu i pół minuty. Podobnie jak poprzednik nowa mapa dźwięków następuje wraz z płynnym przejściem między kolejnym, a następnie maszyneryjnie uderza gitarowo-perkusyjnym rozedrganym tańcem szamana jakby powtarzając te dźwięki, które już pojawiły się w pierwszej części. Zwielokrotnione głosy, piski połączeń i bełkoty składają się zaś na wokalne tło pulsującego rozedrgania, które po chwili cichnie do syntezatorowo-gitarowej drone'nowo, noise'owej, może nawet dark ambientowej przestrzeni o bardzo niepokojącym charakterze i atmosferze. Ta następnie wycisza się jeszcze bardziej do kolejnej teatralnej ambientowej przestrzeni z mistycznym w charakterze śpiewem i ponownie majacy w sobie coś z rytuału. W tej odsłonie wyraźnie też słychać, że panów nie interesuje zupełna nieskładność dźwięków, które tworzą i ostatecznie decydują się na szczątkową melodykę, układającą się w intrygującą, choć zdecydowanie nie łatwą historię. W dwunastominutowym "Zero Quattro - Movimento 4" witają nas ponownie radiowe zgrzyty poszukiwania stacji, jakby strojenie orkiestry, szumy i przepięcia. Wraca poczucie niepokoju, chłodu i chaosu, układającego się jednak w większą całość, by następnie ustąpić surowym, gitarowym monotonnym riffem i kolejnym rozedrganym, perkusyjnym uderzeniem i pogwizdywaniom przejeżdżającego pociągu, które z kolei płynnie przechodzą w kolejne niemal ambientowe wyciszenie, a to zaś nagle się urywa w jakimś niedopowiedzeniu, w którym potencjalny bohater liryczny zakończył swoje życie. To muzyka nie tyle schizofreniczna i rozedrgana ile w swojej prostocie,bardzo mroczna i przemyślana.

Ocena: Pierwsza Kwadra
Mata nie tworzy dźwięków łatwych, przystępnych ani nastawionych na melodię, Rytmika jest tutaj bardzo ograniczona, a rozedrgana, nieoczywista i pulsacyjna całość ma w sobie coś z oczyszczenia, podróży w głąb psychiki albo czarnej dziury. Jednocześnie struktury dźwiękowe jakie włsoki kwartet nagrał na swojej płycie mają w sobie sporo dźwięków niezwykłych, przyciągających i odpychających zarazem, o wyraźnym filmowo-teatralnym założeniu, performance'owym, wręcz transowym charakterze. Wreszcie to płyta, która wymaga skupienia, relaksująca i niezwykła, choć zdecydowanie nie dla wszystkich, a zwłaszcza dla tych, którzy oczekują bujających rytmów, pokręconych melodii czy hałasu - tego ostatniego co prawda jest dużo, ale zasadza się bardziej na budowaniu atmosfery, aniżeli tworzenia brudu, ściany i wprowadzania elementów, które brzmią po prostu źle. Nie jest też płyta, której się chce słuchać często, ale jeśli ktoś da włoskiemu kwartetowi szansę, odkryje w niej wiele interesujących sonicznych, dźwiękowych doświadczeń.


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR i Atypeek Music.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza