sobota, 16 września 2017

Paradise Lost - Medusa (2017)


Po znakomicie przyjętym "The Plague Within" sprzed dwóch lat, panowie z Paradise Lost nie kazali swoim wielbicielom czekać zbyt długo na kolejną płytę, która podobnie jak poprzedniczka osadzona została stylistycznie i brzmieniowo w klasycznym death metalu z elementami doom i gotyku, cofając słuchaczy gdzieś w lata 90 i najlepszy okres dla tego gatunku...


Wycieczka w przeszłość i do korzeni, które na swoim piętnastym albumie serwują Brytyjczycy jest jeszcze bardziej mroczna, ponura i wolniejsza niż na poprzedniku. Podstawowa wersja zawiera osiem utworów, ale na rozszerzonej pojawiają się jeszcze dwa nie odstające od całości numery, a na japońskiej znalazł się jeszcze jeden utwór, który znakomicie uzupełnia całą płytę. Warto też zauważyć, że to pierwszy album z nowym perkusistą grupy Waltterim Väyrynenem znanym choćby ze współpracy z Vallenfyre i który znakomicie odnalazł się w muzyce Paradise Lost. 

Otwierający płytę "Fearless Sky" otwiera klimatyczny klawiszowy wstęp, ale już po chwili zastępują go walcowate tony gitar, powolna perkusja i duszne doomowe tempo. Gdzieś unosi się tutaj wręcz Saabbthowy duch wyjęty z płyty "Vol. 4", który fantastycznie uzupełnia zróżnicowany wokal Nicka Holmesa - zarówno czystym głosem i jak soczystym growlem. Po ponad ośmiu minutach przychodzi czas na kilka krótszych o połowę numerów. "Gods Of Ancient", który znalazł się na drugiej pozycji. Tu od razu witają nas gitary, ponure riffy i duszne, wolne tempo o mocnym depresyjnym zabarwieniu. Nie brakuje tu jednakże także bardziej rozbudowanych, melodyjnych fragmentów jak ten w drugiej połowie numeru, który też nieznacznie odnosi do samych początków gatunku jeszcze sprzed boomu na takie granie, czyli gdzieś do klimatów Sabbathów, Candlemass czy Solitude Aeternus. Duszny, ale i bardziej melodyjny jest "From The Gallows" będący jednym z najlepszych numerów na płycie, który zdecydowanie sięga po brudne i charakterystyczne dla lat 90 brzmienie - motoryczną pracę gitar i surową, niemal zgrzytającą atmosferę, tu jednak smakowicie przefiltrowane przez najnowsze osiągnięcia techniki. Do doomowego, jeszcze bardziej ponurego i mrocznego grania wracamy w świetnym kawałku zatytułowanym 'The Longest Winter", który znów pachnie Candlemass i Solitude Aeternus, a nawet delikatnie Tiamat z doomowego okresu właśnie. To jeden z tych utworów przy których zamyka się oczy i zapomina o świecie dookoła. Miodzio.


Tytułowy, czyli "Medusa" pozostaje w dusznym doomowym klimacie, choć ponownie sięga wyraźnie po brzmienie z którego Paradise Lost było znane w latach 90, delikatnie przypominając w nim o swoim krótkim romansie z melodyjnym death metalem. Jest wolno, ale i bardzo nastrojowo. Klawisze na początku i czysty, niemal mistyczny wokal Holmesa raz po raz tylko przerwany harshowanym dodatkiem robi swoje i buduje świetny klimat. Szybszy i bardziej surowy jest z kolei kolejny "No Passage For The Dead", który ponownie niezwykle klimatycznie łączy wpływy doom i death metalu, pokazując że w tej stylistyce wciąż jest miejsce na solidne, bardzo soczyste ale nie stroniące od ponurego klimatu granie, które mimo ciężkiej tematyki i brzmienia wchodzi gładko i bardzo przyjemnie. Znakomicie wypada także lekko zabarwiony gotykiem "Blood And Chaos", który jest jednym z najszybszych i najbardziej melodyjnych numerów na albumie. Do dusznych, bardziej ponurych klimatów wracamy w "Until The Grave" gdzie również słychać chór gdzieś w tle nadając całości ponownie lekko gotyckiego wymiaru, a także ponownie przypomina się o nieco brudniejszej produkcji rodem z lat 90. 

Trzy ostatnie, czyli bonusowe numery również nie odstają od całości i w sumie szkoda, że pojawiają się jedynie na wersjach rozszerzonych. Japoński bonus "Frozen Illusion" nie ukrywa wręcz brudnego, garażowego brzmienia i ocieka klasycznym, surowym riffingiem, szorstkim growlem czy klimatem rodem z pierwszych death metalowych płyt nie tylko Paradise Lost, ale także Death czy Cathedral, a nawet może nieco kojarzyć się ze szwedzkim Bloodbath, gdzie Nick Holmes od kilku lat również udziela się wokalnie.  Zaskakujący jest "Shrines" w którym panowie nie boją się nawet sięgnąć po przebojowość, odrobinę cieplejsze brzmienie, ale i stawiają ponownie na melancholię. Perełką jest także zamykający "Symbolic Virtue", który również pokazuje że death metal może być przebojowy i bardziej przystępny w odbiorze. Surowy, powolny doomowy ton i co ciekawe, refren sprawiają że jest to jeden z ciekawszych numerów, które na ten album Paradise Lost przygotował i taki, który sprawia, że chce się do niego wracać.


"Medusa" nie jest jednak płytą tak równą czy soczystą jak poprzedniczka, co wcale nie znaczy że jest też gorsza. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że w wielu elementach jest jeszcze lepsza, choćby ze względu na bardziej ponurą atmosferę, która w tym wypadku jest niezwykle uzależniająca i działa na słuchacza niezwykle oczyszczająco. Nie mam też wątpliwości, że choć nie jest to album odkrywczy i wyraźnie też bazujący na sentymencie, to na pewno jest jednym z lepszych nie tylko w dyskografii Brytyjczyków, ale także w tym roku i idealnie nadaje się na jesienne wieczory. Ocena: 8,5/10 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza