piątek, 20 lutego 2015

Progresywnie Mi X: Ne Obliviscaris, X Empire, Star Insight

"Więcej progresywy, aby żyć!" - parafrazując jeden z tekstów rodzimej Comy z płyty "Hipertrofia".
Dopiero dziesiąty w ramach cyklu "Progresywnie Mi", a w nim trzy zbliżone stylistycznie zespoły. Wszystkie trzy są być może średnio kojarzone, ale mimo to warte uwagi. Ne Obliviscaris pojawia się u nas już po raz drugi, tym razem, także ze swoim drugim albumem studyjnym. X Empire to jeden z kilku projektów muzycznych z Brazylii, w który jest zaangażowany perkusista Rafael Jorge znany z Heptah. Star Insight jest zaś projektem z Finlandii, który przeleciał trochę niezauważenie, zbierając różne recenzje, także te krytyczne i negatywne. Jak wypadają w naszym ujęciu?

1. Ne Obliviscaris - Citadel (2014)

Krótko po wydaniu drugiego albumu Australijczycy z Ne Obliviscaris zrealizowali epkę "Sarabande of Nihil", jednak póki co dostępna jest tylko dla tych, którzy wsparli ich akcję crowdfundingową na rzecz trasy koncertowej. Jeśli uda się ją zdobyć, ponieważ nie wyklucza się realizacji cyfrowej dla wszystkich, nie omieszkamy się nią zająć, a tymczasem pełnometrażowy następca bardzo dobrego debiutanckiego "Portal of I".

Na najnowszy album złożyło się sześć numerów, a właściwie trzy jeśli wziąć pod uwagę, że dwa z nich to suity podzielone na części oraz osobne utwory i jeden osobny wstawiony pomiędzy. Mowa o trzy częściowym "Painters of the Tempest", "Pyrrhic" oraz dwu częściowym "Devour Me, Colossus". Pod względem stylistycznym najnowszy album jest kontynuacją debiutu, ale jest także jeszcze bardziej intensywny, bardziej przemyślany. "Painters of the Tempest" podzielony na trzy części: kolejno instrumentalny "Wyrmholes", "Triptych Lux" i wieńczący go również instrumentalny "Reveries from the Stained Glass Womb" znakomicie temu dowodzi. Warto też dodać, że "Triptych Lux" również dzieli się na trzy odsłony, a mianowicie "Creator", "Cynosure" i "Curator". Każda z nich łączy wiele gatunków, dramatycznych rozwiązań i niezwykłą ekspresję. Otwierający "Wyrmholes" stanowi jakby przedłużenie ostatnich dźwięków "Of Petrichor Waves Black Noise" z debiutanckiego gdzie kończyły go skrzypce. Tu najpierw pojawia się mroczny, lekki ton klawiszy i po chwili zgrzyty skrzypiec, które powoli budują brudną, niepokojącą i gęstą atmosferę. Płynne przejście do ciężkiego riffu i potężnego uderzenia. Oto zaczyna się "Triptych Lux" w którym do perfekcji zmieszano death metalową ekspresję z progresywnym szlifem. Znacznie lepiej wypadają też harshowane partie wokalne, a skrzypcowe zwolnienie potrafi naprawdę nieźle zbić z tropu, zwłaszcza gdy po nim znów następuje ściana dźwięku. Sporo się tu dzieje i wiele tu wolniejszych partii, ale naprawdę potrafi zrobić wrażenie, zwłaszcza gdy lubi się taką ciężką i poplątaną muzykę oraz mocne, "filmowe" finały. W trzecim, następuje instrumentalne zwieńczenie, który rozpoczynają skrzypce i akustyczna gitara. Piękna i liryczna klamra. Po niej "Pyrrhic" w którym z grubej rury od samego początku jest solidny zapieprz, okraszony skrzypcami i zróżnicowanymi wokalami. Znakomite granie. Równie niesamowity jest ponad dwunastominutowy "Devour Me, Colossus" i jego pierwsza odsłona, czyli "Blackholes" w którym ponownie nie owija się w bawełnę i nie brakuje tu ciekawych rozwiązań, mocnych fragmentów i ogromnej ilości agresywnych zagrywek łączonych z liryzmem i przestrzenią. Na koniec jeszcze instrumentalne zwieńczenie noszące podtytuł "Contortions", które znów jest niespokojne, gęste od atmosfery i utrzymane na niemal samych skrzypcach. Mocne.

Intensywna to płyta, znacznie krótsza od debiutu, ale bardziej dopracowana, nie tylko brzmieniowo i kompozycyjnie, ale także jeszcze ciekawszym klimatem. To jedna z tych płyt zeszłego roku, które wypada znać, zwłaszcza gdy kocha się nowoczesną progresywę flirtującą z ekstremalnymi odmianami metalu i... muzyką klasyczną. To raczej niespotykana mieszanka, ale Australijczycy mają na siebie pomysł i wychodzi im to bardzo dobrze. Szkoda tylko, że na utwory z epki trzeba poczekać dłużej, bo świetnie by tę uzupełniły jako drugi dysk. Ocena: 9,5/10


2. X Empire - End of Times EP (2014)

X Empire pochodzący z Brazyli zespół, jest takim jakby pobocznym projektem związanym z HeptaH. Jednakże w jednym i drugim udziela się tylko perkusista Raphael Jorge, pozostałych muzyków z tamtym zespołem nic nie łączy. Oprócz składu podstawowego na płycie pojawia się całkiem pokaźna liczba gości (jedenaście osób). Na epkę zaś złożyło się siedem numerów utrzymanych w konwencji progresywnego grania, które lubi romans z klasycznym death metalem czy nawet duchem stylistycznym znanym z Gojira.

"Principium et Finis" czyli krótki filmowy wstęp i po chwili następuje potężne uderzenie w bardzo dobrym "Fallen". Mocna perkusja, szybkie riffy i zróżnicowane wokale. Kolejny "WarCry" flirtuje nawet z estetyką power metalu, a perkusję trochę jakby wyrwano z Sepultury. Bardzo dobra i świeża mieszanka. W "No Answers" pojawiają się lżejsze dźwięki, zwalnia się i dołącza się nawet skrzypce. Ballada, ale nie ociekająca cukrem oraz zawierającą kontrast w postaci żeńskiego głosu obok kilku męskich. Ponowne uderzenie następuje w świetnym "Scars From the Past" przywodzącym na myśl niderlandzkie Mayan, ReVamp, Epikę czy nie istniejący już After Forever. Następny jest utwór tytułowy. Ponownie filmowy wstęp i przywalenie. Mocny i konkretny kawałek. Na zakończenie, krótki "Reflections in the Dark" będącym kolejnym filmowym instrumentalem, czymś w rodzaju mrocznego outro. Dobra robota!

Zaledwie pół godziny, ale za to solidnego materiału. Oby na kolejny, dłuższy i równie udany nie trzeba było czekać za długo. Brazylijczycy potrafią grać i wiadomo to nie od dziś, takie ekstremalnego, eksperymentalnego i flirtującego z metalową estetyką grania nigdy za wiele. Zwłaszcza tak wyprodukowanego. Ocena: 5/5


3. Star Insight - Messera (2014)

Finowie, którzy istnieją już od prawie piętnastu lat. W zeszłym wydali swój debiutancki pełnometrażowy album "Messera", który zbierał różne recenzje. Na pewno nie jest to album wybitny, ale zdecydowanie wart uwagi. Ją przyciąga bardzo ciekawa okładka, która oddaje ducha tego wydawnictwa - opustoszałe miasta zostały przejęte przez naturę, a jego nowi mieszkańcy dumnie przechadzają się po łąkach wyrastających na środku placu dawnej metropolii. Podobnie jest też z muzyką tutaj zawartą - stylistycznie można bowiem odczuć niemal przerost formy, a mimo to słucha się go naprawdę przyjemnie.

Ów przerost przejawia się tutaj w rozbuchaniu kompozycyjnym, gdzie mieszają się ze sobą struktury typowo power metalowe, z progresywnymi ciągotami, death metalowym ciężarem i industrialno - symfonicznym sosem. Zwłaszcza ten ostatni składnik, choć pasuje w tej mieszance bardzo dobrze, miejscami wypada odrobinę groteskowo. To nie ten rodzaj łączenia symfoniki z ciężkim metalem co w Ne Obliviscaris. Dużą rolę odgrywają tu klawisze i ciężkie riffy, a panowie dwoją się i troją by ogarnąć wszystko co chcą tutaj zaoferować. Gubią się w tym, ale na pewno jest tutaj kilka znakomitych pomysłów i rozwiązań. Nie warto rozpisywać się o każdym z utworów, bo nie da się poszczególnego kawałka specjalnie wyróżnić.

Całość trzeba starannie przetrawić, słuchać powoli i warstwami, "przeżuwać" niczym jelenie na okładce. Wtedy i tylko wtedy album daje się przesłuchać w całości. Jak napisałem wyżej, jest to przyjemna płyta, ale sam pomysł nie wystarczy. Jeśli tylko ten zespół nagle nie zniknie, to mam nadzieję, że drugim albumem dopiero pokażą na co ich stać, jak również, a może przede wszystkim przełożą więcej siły na zamiary. Hipertroficzne rozwiązania, epickość i pompatyczność zawsze w cenie, wszędzie jednak musi ich być umiar, a na "Messerze" wszystkiego jest wręcz za dużo. I to podstawowa wada tej płyty, która jest niezła, ale niczego wielkiego spodziewać się nie należy. Ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza