sobota, 6 marca 2021

W NiewieLU Słowach: Silent Eyes, Corecass, The Great Sbam


 

Przedostatnia porcja zeszłorocznych płyt z Creative Eclipes PR w ramach W NiewieLU Słowach. Tym razem wybierzemy się do Newcastle w Australii, by spotkać się song writerem Keelanem Butterickiem i jego projektem Silent Eyes, następnie udamy się do niemieckiego Hamburga, gdzie spotkamy multi-instrumentalistkę Elinor Lüdde i sprawdzimy jej solowy debiut Corecass oparty wokół elektroniki, a na koniec polecimy do Francji, gdzie stacjonuje prog rockowy kolektyw The Grand Sbam. Przypominamy, że na naszych liniach nie potrzebujecie maseczek, ani nie musicie zachowywać dystansu, wystarczy wygodny fotel, dobry humor i najlepiej słuchawki - zaczynamy!

 

1. Silent Eyes - Silent Eyes

Nie jest mi znana macierzysta formacja Keelana Buttericka z Australii, a mianowicie grająca metal progresywny Stare At The Clouds, a spotkanie z nim w ramach jego solowego debiutu jest moim pierwszym. Swoje wrażenia, bóle, depresję i żale postanowił przelać w muzykę wracając do korzeni - folka i alternatywnego rocka, choć pewne progresywne pierwiastki też da się w jego muzyce dostrzec i usłyszeć. Projekt sypialniany szybko przeniósł się do studia, gdzie Buterick zarejestrował go z pomocą perkusisty Alexa O'Toole'a i kwartety smyczkowego The Bloodwood Quartet oraz producenta Alexa Wilsona znanego między innymi ze współpracy z sleepmakeswaves, który już na naszych łamach gościł. 

Rezultatem jest trwająca niespełna pół godziny (nieco ponad dwadzieścia siedem minut) epka o przejrzystym, selektywnym i bogatym brzmieniu, w której czuć prawdziwe emocje i szczerość, którą coraz rzadziej spotyka się w podobnym graniu bez uciekania w cukierkowość i nadmiar elementów. Słychać to już w otwierającym płytkę "Homeward Bound" w którym wita nas łagodna, liryczna melodia gitary i bardzo fajny przypominający trochę Chrisa Cornella wokal, a później sympatycznie rozwija się wraz z wejściem perkusji i budowaniem napięcia w końcowej części. Mocnym punktem epki jest numer drugi, czyli "The City" o lirycznym, bardzo emocjonalnym brzmieniu i oczyszczającej melodyce. Kojarzy mi się on trochę z łagodniejszymi momentami The Pinneaple Thief czy solową twórczością Bjørna Riisa. Po nim czas na "These Days" w którym robi się jeszcze liryczniej i smutniej. Pięknie wypada w nim smyczkowe tło, które uzupełnia dźwięki pianina, a następnie rozwija delikatną gitarową melodią i wreszcie dość progresywnym wejściem perkusji. Znakomicie wypada też "Ocean Blues" o bardzo przyjemnym ciepłym brzmieniu i prostej, ale bardzo uroczej strukturze i pięknie rozwijającym się dość ciężkim finałem. Następny w kolejce, będącym także de facto ostatnim numerem na epce, jest "For You" w której ponownie jest pięknie i lirycznie, a także znów trochę jak z twórczości nieodżałowanego Cornella, Na zakończenie płytki otrzymujemy jeszcze dwie kompozycje - skrócone na potrzeby radia wersje "Homeward Bound" oraz "The City", które wypadają równie udanie i pięknie, choć nigdy nie pojmę czemu skraca się krótki numer do jeszcze krótszego (kolejno z pięciu i pół minuty na trzy minut czterdzieści sekund oraz cztery minut dziesięć sekund do czterech minut bez pięciu sekund).

Zapomnijcie o Edzie Sheeranie i innych mu podobnych song writerach z gitarami i słodkimi głosikami. Sięgnijcie po Silent Eyes, który może nie ma jeszcze imponującego katalogu, ale z całą pewnością jest wart uwagi. To proste, dość banalne, ale piękne i szczere granie nie popada w banał, nie jest przesłodzone, a Keelan Butterick potrafi zachwycić bardzo dobrym głosem, emocjami i znakomitymi aranżami swoich piosenek o oczyszczającym i wyciszającym charakterze. Polecam! Ocena: Pełnia

2. Corecass -  Void

Z Australii przenosimy się do Hamburga w Niemczech. Corecass to solowy projekt Elinor Lüdde, który powstał w 2014 roku. Jeśli nazwisko nic Wam nie mówi, to nic nie szkodzi, bo mi też - do teraz - było całkowicie obce. Lüdde obraca się wokół mrocznego, kinematycznego synth-wave'u, ambientu, elektroniki i garści alternatywy oraz nagrań środowiskowych tworząc dość specyficzną, ale intrygującą mieszankę stanowiącą coś w rodzaju soundtracku do apokalipsy lub pustki w której obecnie się wszyscy znajdujemy. 

Trwająca niespełna dwadzieścia pięć minut płytka zawiera sześć numerów, a właściwie cztery, bo numer tytułowy został rozbity a trzy odrębne części, które stanowią coś w rodzaju interludiów pomiędzy pozostałymi utworami. Pierwszą część "Void" otwierają mroczne organowe tony, które brzmią jakby były wyjęte z jakiegoś black metalu, po chwili łącząc się z akustyczną, zwiewną gitarową melodią, a następnie płynnie przechodząc do porcji groźnie brzmiących pogłosów i chórów, wreszcie do delikatnych dźwięków harfy, smyczków oraz intensywnego rozbudowania w środku, uspokajając się do niemal eterycznego ambientu i zamykając się mroczną organową klamrą. Na drugiej pozycji znalazł się dwu minutowy "Carbon" oparty wokół szumów i kapania wody, niepokojących uderzeń w tle przypominających ścieżkę dźwiękową z "Resident Evil" albo "Silent Hill". Druga część "Void" to senna, liryczna melodia wygrywana na harfie i następnie rozwinięta ciemnymi smykami oraz głosem Elinor. W tym utworze pojawia się też świetna, mroczna szeptana deklamacja artystki, która nadaje tej odsłonie dość gotyckiego charakteru. Znakomicie wypada także ciężkie, doomowe rozwinięcie, które z miejsca powinno kojarzyć się z kolaboracją grupy Thou z Emmą Ruth Bundle, oraz ponowne wykorzystanie masywnego brzmienia organów. Bardzo mroczny, niepokojący i ciężki, ponownie brzmiący jakby był wyrwany z horroru albo jakiejś gry komputerowej utwór "Amber" zbudowany wokół szumu morza i ciężkiej, drażniącej uszy przeciągłymi zgrzytami elektroniki. Trzecia część "Void" ponownie sięga po organy, ale tym razem zasadza się na nieco delikatniejsze tony, mimo to początek znów jest mroczny, za sprawą elektroniki i szumów, a następnie otrzymujemy serię przejść do dźwięków burzy, deszczu i delikatnych szarpnięć na harfie, chórów i licznych rozbudowań wokół głównego tematu. Zakończenie, zatytułowane "Breath" to z kolei wyłącznie dźwięki fal odbijających się o brzeg morza.

"Void" to płyta specyficzna, ale na szczęście nie przytłaczająca, bo czas trwania epki jest akurat w sam raz. Muzyka zawarta na tej płytce to muzyka zdecydowanie ilustracyjna, flirtująca z twórczością Hildur Ǥuꝺnadótir, klimatem i elektroniką. Sześć numerów ma raczej ponury charakter, ale słucha się jej dość przyjemnie. Mimo to, nie jest to też materiał do częstego obcowania, a dla niektórych może się wydać monotonny i mało atrakcyjny. Potrafi on zachwycić płynnością pomiędzy poszczególnymi fragmentami, a zwłaszcza masywnym brzmieniem organów, ale sam w sobie raczej jest ciekawostką. Spodoba się on z całą pewnością tym, którzy twórczość Elinor Lüdde znają dłużej i lubią takie połączenia soniczne i dźwiękowe. Świetnie bowiem sprawdziłyby się one jako ścieżka dźwiękowa w filmie (i serialu) lub w grze komputerowej, ale poza tymi mediami jest raczej ciekawostką. Ocena: Pierwsza Kwadra

 

3. The Great Sbam - Furvent 

Frank Zappa lubi to. A właściwie lubiłby, gdyby żył. Francuski kolektyw The Great Sbam zadebiutował koncertową epką w 2014, a następnie studyjnym "Vaisseau Monde" w 2019 roku. "Furvent" to ich drugie wydawnictwo studyjne, które zostało zarejestrowane w formie oktetu. Składają się nań muzycy takich grup jak PoiL, Ni i Chromb - o wszystkich trzech pisaliśmy na naszych łamach, jednakże o ile wspomniane były specyficzne, pokręcone, ale intrygujące, o tyle to, co można usłyszeć na wydawnictwie The Great Sbam to już totalna schizofrenia. Ale po kolei.

Trwająca niemal godzinę (bez jednej sekundy) płyta zawiera jedenaście utworów w tym ponad osiemnastominutowy otwieracz "La Trace", podzielony na siedem części "Ya Yin" oraz dwa numery osobne - "Nephèsh" na pozycji drugiej oraz wieńczący ją "Choon Choon". Swoją muzykę opisują jako połączenie rocka, muzyki dawnej, jazzu i elektroakustyki. W rezultacie mogły z tego wyjść dwie rzeczy: intrygujący, świeży i nowoczesny koncept zbudowany wokół sprzeczności lub przedziwna, karkołomna niestrawna, dodekafoniczna papka. Potraficie zgadnąć która z tych opcji jest najbliższa prawdzie? Jeśli uważacie, że druga to trafiliście w sedno. Bardzo podoba mi się okładka tej płyty (choć moje wydanie jest utrzymane w bardziej przygaszonych odcieniach, aniżeli to, które widzicie obok), bardzo podoba zamysł połączenia tak skrajnych stylistyk, ale rezultat, który można usłyszeć po włączeniu płyty potrafi przyprawić o palpitacje serca. Jeśli oglądaliście kiedyś oryginalną "Rodzinę Addamsów" z lat 60tych to na pewno pamiętacie Kuzyna Cosia albo zabawy Morticii Addams z muzyką japońską. Teraz wyobraźcie sobie sposób mówienia Kuzyna Cosia połączony ze śpiewem Morticii, które jest jeszcze podkręcone, a na to nałożono niespójną ze sobą elektroniką, przestery, uderzenia perkusji i szczątkowe, zdekonstruowane melodie, a właściwie ich brak oraz połamaną rytmikę, do tego stopnia, że ciężko jest to po prostu znieść na trzeźwo, a jestem niemal pewien, że również w upojeniu alkoholowym byłoby to nie do przesłuchania w całości na jednym posiedzeniu i bez przewijania. 

"Furvent" nie przedstawia sobą żadnych wartości, nie stanowi intrygującego eksperymentu, ani zawiera muzyki łatwej czy przyjemnej, nie nazwałbym zresztą też zawartości tego albumu muzyką. Nie jest to także muzyka, która jest trudna, skomplikowana, ale przyciągająca, a wręcz przeciwnie. Zawartość krążka to absurdalna, hipertroficzna aberracja, która powinna zostać wyłącznie w głowach ich twórców, bo ciężko mi sobie wyobrazić modelowego słuchacza tych dźwięków. Nie jest to rzecz po prostu dziwna, teatralna czy prowadząca do przemyśleń, a niesłuchalna mieszanka, która jest zwyczajnie nieatrakcyjna i nie pociągająca. Być może nawet porównanie do Franka Zappy jest równie karkołomne, co to, co prezentuje tutaj The Great Sbam, może nawet trochę krzywdzące dla wielkiego dekonstruktora i eksperymentatora, jakim był niepokorny i bądź co bądź wybitny muzyk, ale wydaje mi się, że tutaj naprawdę osiągnięto coś, czego nie osiągnął w muzyce nikt: całkowity przerost formy nad treścią. Może się mylę, może nie doceniam, nie umiem wsłuchać się w ten twór, ale niestety ja nie byłem w stanie przez to przebrnąć. Ocena: Nów

                              

Płyty przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza