sobota, 12 października 2013

Therion - Secrets of the Runes (2001)


Są takie zespoły za którymi się specjalnie nie przepada, lub których wszystkich płyt się po prostu nie zna i nie ma się szczególnej ochoty poznać. Pośród ich wydawnictw są jednak płyty w któryś kiedyś się człowiek zasłuchiwał, a gdy po latach wykopuje tę od której się oderwać nie mógł, ponownie zostaje zmieciony z powierzchni ziemi. Takie odczucia towarzyszyły mi ze szwedzkim Therionem i ich albumem, który jako jedyny przesłuchałem w całości, a także który swego czasu pokochałem od pierwszej do ostatniej minuty: "Secrets of the Runes"...

Było to w pierwszej albo drugiej klasie liceum. Mój najlepszy kumpel Drzewiec przyniósł mi ją na kasecie i powiedział: "Pozmiatany byłem. Ty też będziesz. Prześwietna płyta." Nie umiał mi określić dokładnie co to za granie. Dodał tylko: "Jakiś Therion... Po prostu przesłuchaj". Kiedy się już wróciło do domu i puściło tajemniczą kasetę... świat przestał istnieć. Pamiętam jak przez bardzo długi czas nie wychodziła z odtwarzacza, aż się taśma zwyczajnie zeźliła i przestała grać. Zmieniły się też gusta i na długi czas zapomniałem o tej płycie. W przyrodzie jednaj nic ginie, minęło kilka lat, a album niespodziewanie wyskoczył na youtubie w całości. I znów miazga...

Niechęć do poznania wszystkich dokonań tej grupy wynika z prostego faktu, a mianowicie ciągłych zmian składu, a co za tym idzie, szeroko rozumianych zmian stylistycznych. Nie udało się im bowiem nigdy wypracować jednakowego stylu dla siebie. Tak samo mam, i tak samo jest z King Crimson, których wszystkich płyt również nigdy nie poznałem, choć akurat w ich przypadku mógłbym wymienić przynajmniej dwie, które oprócz wiadomej, bardzo cenię i często do nich wracam. W przypadku Theriona było i zapewne długo będzie to znacznie trudniejsze. Mogę się mylić, ale skład, który znalazł się na tej płycie był naprawdę udany i bodaj najlepszy w całej historii Theriona. Oprócz składu podstawowego, na płycie zagrała orkiestra złożona z dwudziestu dziewięciu osób, wliczając w nią ośmioosobowy chór. Już sama liczba wykonawców brzmi imponująco. Imponujące jest też brzmienie albumu: bogate, epickie i przesycone magią i jednocześnie wyważone i nieprzesadzone, na tyle rozbuchane by porażać słuchacza swoim pięknem, a także nie wzbudzić w nim przesytu i uczucia przytłoczenia. W dodatku to uczucie towarzyszy nam przez calusieńką płytę, która dosłownie wciąga nas w mityczny świat bogów nordyckich i nie wypuszcza do końca, porywa i nie sprawia zawodu w żadnym z proponowanych dźwięków. Rzadko kiedy udaje się stworzyć płytę, która byłaby tak spójna, wyważona, pełna i jednocześnie nieprzepełniona. Na "Secrets of the Runes" zdecydowanie zaś udało się wszystkie te składniki połączyć w zaskakującą całość, taką która nie nudzi, nie ma złych momentów, a która poraża i zachwyca.


Już otwierający płytę "Ginnungagap (Prologue)" wgniata w fotel. Potężna perkusja, ciężki riff, a następnie już w rozwinięciu rewelacyjna trąbka czy wspaniałe epickie chóry, zaiste godne Valhalli. A to zaledwie początek płyty! Z ziejącej pustką lodowej przepaści płynnie przenosimy się do podniosłego "Midgardu". Utwór poświęcony jednemu z dziewięciu światów znajdujących się wewnątrz starożytnego Drzewa Świata Yggdrasilu, jest wolniejszy od swojego poprzednika, ale równie zachwycający. Po melodyjnym zakończeniu utworu przeskakujemy do równie melodyjnego, ale także znacznie cięższego numeru zatytułowanego "Asgard". Najpierw podróż przez Tęczowy Most Bifrost, następnie wyjście na wiecznie zieloną równinę Idawall i mozolna wspinaczka na wzgórze Gimle, "jaśniejsze od słońca". I naprawdę słuchając muzyki stworzonej przez Therion, ma się wrażenie wędrowania przez mityczną nordycką krainę bogów. Następnie przenosimy się w nieco inne rejony, a mianowicie odwiedzamy Utgard, znany także jako "Jotunheim". Utwór pod tym tytułem ponownie jest nieco wolniejszy, chłodniejszy, ale także bardzo podniosły. Proszę tylko posłuchać jak cudownie zostały tutaj zestawione wszystkie głosy z muzyką, zwłaszcza w w mrocznej partii końcowej, która po nieoczekiwanym wyciszeniu przechodzi w "Schwarzalbenheim". W nim ponownie przyspieszamy, ani na chwilę nie ma się też poczucia, że czegoś dodano tutaj za dużo, czy czegoś za mało. Podniosłe chóralne i bogate wokale wspaniale łączą się tu z muzyką i przyprawiają o ciarki na plecach. Gdy tylko już ukradniemy złoto krasnoludów i ciemnych elfów w iście filmowym finale utworu przenosimy się do "Ljusalfheim".

W tym lżejszym, bardziej onirycznym kawałku ponownie spotykamy elfy, ich króla i towarzyszące im wróżki, które wynoszą nas wysoko w górę... zamknijcie tylko oczy! A po nim przenosimy się do Królestwa Ognia. "Muspelheim" zaczyna się spokojnie, lirycznie, po czym... rozpętuje się piekło. Z Surturem na czele uczestniczymy w Ragnaroku, który nieoczekiwanie zostanie przerwany płynnym przeskokiem do lodowej krainy znajdującej się nieopodal. Niesamowity to utwór, w który znów nie szczędzi się podniosłego brzmienia, kobiecych i męskich bogatych wokali. Niemal czuje się ten chłód, niemal ma się wrażenie siedzenie na zimnych plecach olbrzymów i przesuwania się na nich do przodu, przez skute lodem przestrzenie, przez śmiercionośne śnieżyce. Po przepięknym perkusyjnym zakończeniu i smyczkowym intrze zostajemy zaproszeni na dwór władców Vanheimu. Blisko morza i urodzajnych pól oddajemy się tańcu. To jeden z najbardziej lirycznych i chyba także najpiękniejszych momentów tej płyty. Po nim zaś nagle i niespodziewanie zjawiamy się w "Helheim", zwanym również Helem. Kraina umarłych, drżących cienistych duchów tych, którzy nie umarli śmiercią chwalebną, lecz z powodu choroby, samobójstwa lub ze starości. A utwór ponownie jest po prostu niesamowity, liryczne lekkie fragmenty łączą się tutaj z ciężkimi rozwinięciami i bogatymi chórami. Piękno zaklęte w każdym dźwięku.


Następnie pojawia się ostatni utwór w wersji podstawowej, a mianowicie utwór tytułowy. Sekret historii świata został zapisany w runach, jeśli się odkryje prawdę w nich zawartą można samemu stać się bogiem, jednakże tylko Odyn poznał pełnię zawartej w nich mądrości i namawia się nas, byśmy podążali za nim w poszukiwaniu swojego sensu życia. Sam utwór również jest kapitalnie skonstruowany, podniośle i bardzo żywo, ale mimo to, należy do najmniej ciekawych fragmentów płyty, a mimo to w żaden sposób nie odstający od reszty. Wersja rozszerzona zawiera jeszcze dwa numery. Podniosły i odrobinę jedynie wolniejszy "Crying Days" będący coverem niemieckiej grupy Scorpions. Jakże wyśmienita to wersja i fantastycznie łącząca się z podstawową zawartością tego doprawdy niezwykłego krążka. Po niej kapitalna wersja utworu grupy Abba, a mianowicie "Summerlight City". Ciężki riff, marszowa perkusja, delikatne tony klawiszy i pociągnięcia smyków, a także zestawienie wszystkich głosów ze sobą nie tylko wgniatają w fotel, ale sprawiają, że włosy dosłownie stają dęba. Za Abbą, choć znam i cenię, nie przepadam, ale ten cover to według mnie absolutne mistrzostwo świata. Kapitalnie zresztą łączące się historią o krainie nordyckich bogów przedstawionej przez Therion na tej płycie.

Trudno mi oceniać, czy to najlepsza płyta tej grupy, bo jak wspomniałem nie znam ani poprzednich, ani późniejszych, nigdy też nie ciągnęło mnie by posłuchać każdej pozycji w ich dyskografii, ale nie mam wątpliwości, że ta płyta należy do ich najbardziej udanych, jeśli nie do najlepszych. Mało która płyta jest tak spójna, pełna i wciągająca od pierwszych sekund, aż do wybrzmienia ostatniego numeru. Mógłbym je wymienić na palcach u rąk i zapewne każdy mógłby zrobić podobnie. Szczęka opadała w czasach liceum i opada teraz. To jeden z tych albumów, które po prostu trzeba znać, nawet jeśli za takim graniem się zbytnio nie przepada, a także tych, które albo się odrzuci, albo pokocha. Po prostu arcydzieło. Nie dam jednak pełnej oceny, z prostej przyczyny, dlatego, że według mnie temat nie został wykorzystany w pełni, można było bowiem napisać znacznie więcej równie niesamowitych opowieści opartych o nordycką mitologię. Być może wtedy album nie byłby tak spójny czy zaskakujący, ale na pewno nie zostało na nim zawarte wszystko to, co mogłoby się na nim znaleźć. Ocena: 8,5/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz