środa, 29 maja 2019

Sans Titre - #1 (2019)


Sans Titre - (fr.) bez tytułu

Niecałe trzydzieści siedem minut muzyki, czy też raczej sonicznego eksperymentalnego performance'u to zaledwie wycinek z trzy godzinnego muzycznego spektaklu jaki dała grupa francuskich muzyków w Muzeum Sztuki w Nantes w czerwcu 2017 roku. Projekt powstał z inicjatywy saksofonisty altowego i klarnecisty basowego Matthieu Prual, który razem z saksofonistą altowym i barytonowym Gabrielem Lemaire, operującym elektroniką, odgłosami różnych obiektów i klawiszowcem D'Incisem, perkusistą Tomą Goubandem oraz operującym samplami i miksującym dźwięki Matthiasem Delplanque otworzył drzwi do innego świata, gdzie dźwięk płynie w muzycznej formie niczym farba po płótnie i gdzie czas zatrzymuje się i porusza sam z siebie. - czytamy w notatce prasowej.

Relacja dźwięku, który kreują jest jednocześnie halucynacyjna i fizyczna, ma docierać do każdego zakamarka ciała, wlewać się do uszu, do wnętrza klatki piersiowej i masować, aż do poczucia, że przeniknęło się bezczasem. Bezczas przejawia się repetycjami i mikro wariacjami , otwiera percepcję słuchacza i zaburza ich położenie. Przez symultaniczność mikro i makro skali dźwięków granych jednocześnie, od rytmów i oddechów, aż do najmniejszych detali sonicznych, fal i elektronów, nabierają one kształtów impresji fałszywego zastoju, który zaprasza do zapuszczenia się w jej bezcelowy środek. - czytamy dalej, co zresztą doskonale opisuje dźwiękową podróż, a raczej jej niewielką część, którą przedstawił dwa lata temu francuski kwintet. Świetnie pasuje do niej też minimalistyczna grafika na okładce, autorstwa D'Incisa będącym przykładem sztuki współczesnej, która mogłaby uchodzić za zwykły bohomaz, ale jednocześnie przyciągającym uwagę obrazem, który zdaje się tu idealnie obrazować tę soniczność i niezwykłe, równie minimalistyczne dźwiękowe trajektorie. 

Pierwszy z dwóch wycinków trwa ponad dziewiętnaście minut i wyłania się z ciszy powolną, niepokojącą grą saksofonów oraz klarnetów i dalekich pykań w tle. W trzeciej minucie tło robi się nieco ciemniejsze za sprawą przeciągłych drone'owych szumów i kolejnych dekonstrukcji dętych jęków co rusz przypominających płacz lub wyjącą w oddali syrenę przeciwmgielną. Do tego z czasem dochodzą nałożenia w postaci elektroniki wygrywającej alfabetem Morse'a jakąś wiadomość, sunące majestatycznie wyciszenia do samej elektroniki i pykań. Wreszcie w dziewiątej minucie docieramy do kolejnych dętych jęków, które na lekko rozpędzającym się mrocznym, niemal filmowym tonie brzmią niczym z horroru. Gęstnienie przestrzeni jest jednak złudne i pozorne, bo nie następuje żadne przyspieszenie, cały czas jest bardzo powolnie, lirycznie, nieprzystępnie, a przy tym niezwykle przyciągająco - naprawdę czuje się jak te dźwięki przenikają przestrzeń, drgają, unoszą się i przenikają ciało. Poszczególne rozwijanie tej dźwiękowej podróży o kapanie wody, przepierzenia przypominającym uderzanie w rury, zgrzyty i drgania w finale jeszcze mocniej zaś wzmagają to uczucie imponującego przytłoczenia i niezwykłego piękna, w którym trzeba się zatopić i słuchać z zamkniętymi oczami, aż do jego całkowitego wyciszenia.

Drugi wyimek trwa nieco ponad siedemnaście minut, a więc tylko dwie minuty mniej od poprzednika i wcale nie jest tutaj łatwiej. Ten jednakże jeszcze mocniej skręca w rejony, które mogłyby posłużyć za ścieżkę dźwiękową do jakiegoś horroru: witają nas bowiem zgrzyty, puknięcia i kroczenia, piski karuzel i starych huśtawek, które raz po raz napierają mocno, by szybko uciec w przestrzeń i nawrócić jeszcze gwałtowniejszym powtórzeniem. Furkania te mogą też przypominać łamiący się pokład drewnianego żaglowca, łopot żagli na trzeszczących masztach, a nawet pracę jakiegoś atomowego silnika okrętu podwodnego bowiem soniczne przepierzenia w tymże zniewalają do tego stopnia, że raz czuje się ogrom jakbyśmy byli rzuceni na sam środek szalejącego podczas sztormu oceanu, a z drugiej jakbyśmy byli zamknięci w klaustrofobicznej, ciasnej przestrzeni tego okrętu. Saksofonowy jęk, który dołącza około siódmej minuty brzmi wręcz tak jak świetlówka, która burczy, bo nie może się zdecydować czy będzie świecić, czy może zaraz zgaśnie. Następnie wyciszenie do pojedynczych pisków i uderzeń bębnów, które zdają się przywoływać deszcz, który nie chce spaść. Ten deszcz, a raczej burza, jednak z czasem nadchodzi wraz z płynnym przejściem do elektronicznego szumu i monumentalnych perkusyjno-elektronicznych przetworzeń i huków, a następnie skończyć się zwielokrotnionym, mrocznym tonem. Niepokój, mrok, ogrom i po prostu piękno. 

Ocena: Pełnia
Jestem przekonany, że na żywo, w przestrzeniach nantejskiego Muzeum musiało to robić niesamowite, ogromne wrażenie, zdecydowanie większe od tego, jakie można poczuć słuchając zaledwie dwóch fragmentów z tego koncertu. Nie jest to jednak muzyka łatwa, czy szczególnie atrakcyjna dla tych, którzy nie potrafią się wsłuchać w soniczne rozłożenia, dźwiękowy pozorny nieład, czy oczekujących melodii. Tu bowiem na próżno szukać łatwej formy, rytmicznych i chwytliwych dźwięków, jest za to sporo przestrzeni, liryzmu, ukrytych znaczeń i niejednoznaczności, które warto odkrywać co rusz na nowo i w tym minimalizmie wyłapywać poszczególne tropy, puszczać w zapętleniu. Osobiście żałuję, że zdecydowano się wydać jedyni ułamek z tego, co rozbrzmiewało wówczas w Muzeum Sztuki w Nantes, bo jestem przekonany, że te dwie i pół godziny, których na płycie nie zamieszczono, były równie intrygujące i po prostu fenomenalne.



Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza