wtorek, 3 sierpnia 2021

R4/198: Leśne Zwierzęta (2.08.2021, Scena Letnia Blues Clubu przy ulicy Zawiszy Czarnego, Gdynia)


Coś przertwało, można by rzec. A nawet drgnęło. Nieśmiało, ale drgnęło. Najwyższa pora! I nie, nie mówię w tym momencie o zespole, który zaprezentował się na Letniej Scenie Blues Cluby przy ulicy Zawiszy Czarnego w Gdyni, a raczej o tym, że w końcu są jakieś koncerty, które przynoszą trochę radochy i potrzebnej energii, a tych na pewno nie brakowało w poniedziałkowy wieczór i do tego pierwszy w tym roku sierpniowy, taki już w zasadzie jesienny, chłodny. Jak wypadły Leśne Zwierzęta?

 

Leśne Zwierzęta, po raz pierwszy wyszły z lasu podczas premiery patronackiego albumu Gdynia 1988 - 2018 wydanego przez Muzeum Miasta Gdyni, a także na finalny koncert promujący ten niezwykły krążek-hołd dla Trójmiejskiej Sceny ALterntywnej (nasza recenzja płyty tutaj, a relacja z koncertu promującego tutaj). Wówczas, choć zarówno kawałek na składance, jak i koncert zdecydowanie trzeba uznać za bardzo dobre, nie czułem jeszcze tych emocji, które poczułem ponad dwa lata później, właśnie na poniedziałkowym koncercie. To, co było naprawdę ciekawe i interesujące, stało się naprawdę intrygujące, intensywne, przemyślane i dopracowane, a w każdym dźwięku słychać było ogromne zaangażowanie, świeżość, pomysł, precyzję, odrobinę szaleństwa, a nawet to, czego oczekuje się po takich zespołach - ogromną dojrzałość i wrażliwość. Słychać bowiem, jak bardzo ta grupa dojrzała, przepoczwarzyła i jeśli mamy trzymać się leśnych konotacji - zaszycie się w lesie i ponowne z niego wyjście doskonale im zrobiło, co więcej sprawiło, że jeśli byłem umiarkowanie nimi zainteresowany dwa lata temu, to teraz jestem ich absolutnym fanem i czekam na ich wciąż przygotowywany debiutancki album o którym rozmawiałem z Emilią Pollok i Michałem Andrysem przy okazji serii wywiadów opartych wokół płyty "Gdynia 1988 - 2018", który niestety się nie ukazał - pozostawiając cykl tych wywiadów jako niedokończony - z powodu nieprzewidzianego scenariusza technologicznego, kiedy to mój komputer odmówił współpracy i w wyniku złośliwości rzeczy martwych spalił dysk i tym samym zniszczył nieprzepisany materiał. 



Leśne Zwierzęta zaprezentowały się w nowym, poszerzonym i przebudowanym składzie. Obok saksofonu pojawiła się trąbka, a basistę i kontrabasistę zastąpił nowy basista. To, co dotychczas było zaledwie zaakcentowane, delikatnie zaznaczone zyskało na głębi i mocy, a jazzowe elementy obecne w brzmieniu grupy już dwa lata nie zostały utracone, choć zdecydowanie nabrały większej zadziorności, charakteru i nawet bardziej ostrego, rockowego feelingu. Nie zabrakło więc przearanżowanej wersji "Syntezy" Apteki, którą Leśne Zwierzęta zagrały dwukrotnie - na początek i koniec występu - która stała się bogatsza, ciekawsza i zdecydowanie bardziej "smaczna". Numer ten, stał się też swoistym credo Leśnych Zwierząt, bo poprzez swój tytuł charakteryzuje to, co ich wyróżnia - niezwykłe i ciekawe bardzo, apteczne, wręcz chemiczne i cały czas bulgotające połączenie styli: od art rocka przez rock progresywny, ambient, art pop, avant i free jazz, aż do post-rocka, a ostatecznie sięgając nawet po elementy ethno czy folku. Wybrzmiała też bardzo intrygująca - właśnie bardzo etniczna i folkowa w brzmieniu, choć nie było w składzie ani jednego instrumentu stricte-folkowego - interpretacja "Helokanie" pochodzącej z repertuaru Zespołu Śląsk z Dąbrowy Górniczej. Obecność tegorocznej Sceny Letniej Blues Clubu obok Teatru Muzycznego imienia Danuty Baduszkowej najwyraźniej ponownie zobowiązała, bo numer miał w sobie nawet coś z performance'u musicalowego. 

Z coverów zabrzmiał też rewelacyjny i niezwykle poruszający aranż "Cykady na Cykladach" z repertuaru Maanam i wciąż nieodżałowanej "Kory" Jackowskiej. Okazuje się, że numer ten Leśne Zwierzęta grały go także na koncercie promującym "Gdynię" w Muzeum Miasta Gdyni, jednak dopiero teraz można było poczuć prawdziwe emocje, smutek i szczerość tego wykonania. Podobnie jak z "Helokanie" wykonanie tego utworu przez Emilię Pollok miało w sobie coś z musicalowego zacięcia, co w mojej opinii świadczy też o tym, jak bardzo i jak kapitalnie rozwinął się głos i prezencja sceniczna Emilii. Mężczyźni nie powinni się przyznawać do takich emocji, ale... prawie się popłakałem. Naprawdę byłem tym wykonaniem poruszony. W połączeniu z sierpniowym - prawie już jesiennym - chłodem znad Bałtyku (prawie nocą) i dodatków okoliczności przyrody takich jak skrzeczenie mew i nieoczekiwanie cudownie dopełniające całość ich występu strojeniu skrzypiec przez świerszcze - po prostu czysta poezja i piękno, które powinno poruszyć każdego, nawet największego twardziela.



Nie zabrakło też bardzo ciekawych, rozbudowanych i intrygujących utworów własnych, które mam nadzieję znajdą się na ich debiutanckim albumie o którym we wspomnianym nieopublikowanym wywiadzie Michał Andrys mówił, że zamierzają na nim uchwycić tę specyficzną żywą prezencję i brzmienie - za co naprawdę trzymam kciuki, aby się to udało. Z utworów własnych Leśnych Zwierząt zapewne mógłbym napisać o każdym z osobna, ale jeden szczególnie oddaje syntezyjny charakter grupy - "Bears and Tigers", który miał ponoć powstać zainspirowany odpowiedzią w popularnym teleturnieju "Jeden z dziesięciu" prowadzonego nieprzerwanie przez Tadeusza Sznuka. Intertekstualność i odniesienia do teleturniejów to wszakże nawet taka synteza syntezy... a skoro tak, to sam utwór nie dość, że bardzo uroczy, to jeszcze mający w sobie całkiem sporą dawkę dowcipu - tak tekstowego, jak i muzycznego kapitalnie zresztą podkreślanego świetnym uzupełnianiem się poszczególnych muzyków (a zwłaszcza sekcji dętej i rytmicznej - bardzo wyraźny bas), jak i pięknym wybrzmiewaniem każdego z nich. Brawa też - po całości - należą się perkusiście, który nie tylko potrafi grać energicznie, ale i z niesamowitym feelingiem, co w takim graniu, na jakie stawiają Leśne Zwierzęta, ma ogromne znaczenie.


Leśne Zwierzęta wciąż z lasu wychodzą, ale robią to coraz śmielej i z większym wyczuciem. Słychać było, że jako zespół dojrzewają i rozwijają się w wymykający wszelkim szufladkom i ramom sposób, co w zestawieniu z koncertem plenerowym, nieopodal "muzealnego matecznika", teatru muzycznego i plaży na Śródmieściu dodatkowo podkreślił ich pomysł na siebie, świeżość i naturalność. Nie mam co prawda porównania z ich występem plenerowym, który odbył się w ramach tegorocznej edycji Gdynia Open House, ale wierzę, a nawet jestem pewien, że było równie pięknie i niesamowicie. Być może przemawia przeze mnie tani sentymentalizm, ale odnoszę wrażenie, że po tak długim czasie braku jakichkolwiek koncertów większych, nawet lokalnych zespołów, można było się poczuć niemal tak, jakby żadnej pandemii nie było. Być może wciąż jestem bardzo wytęskniony i złakniony koncertów - czy to plenerowych, czy to klubowych, ale hej! któż teraz nie jest? Można sobie jedynie zadawać pytanie: kto bardziej - publiczność czy muzycy i twórcy? Pozostawiając to pytanie bez odpowiedzi należy powiedzieć coś zgoła odmiennego. Ktoś kto myśli, że poniedziałki są złe niech się dwa razy dobrze zastanowi, bo zaczynać tydzień z takim przemiłym koncertem to jednak rzecz cudowna, wspaniała i bardzo teraz potrzebna, nawet jeśli w porównaniu z sobotą ludzi było - jedynie nieznacznie - mniej.

Zdjęcia własne*. Kopiowanie bez zgody zabronione. Więcej zdjęć na naszym facebooku.

* Poza fotką w leadzie relacji, która pochodzi z profilu fb Leśnych Zwierząt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz