wtorek, 25 sierpnia 2015

Kadavar - Berlin (2015)


Niemcy z Kadavar nie przeskakują zaskakiwać. Trzeci już krążek studyjny zatytułowany "Berlin" to kolejna znakomita podróż w lata 70 ubiegłego wieku. Wiele zespołów obracających się w tych rejonach zaczyna zjadać swój ogon (i swoich mistrzów także), tymczasem Kadavar coraz wyraźniej pokazuje, że nie są tylko udaną kopią muzyki z tamtych lat...

Po dobre przyjętym debiucie zatytułowanym po prostu "Kadavar" i (moim zdaniem) nieco słabszym drugim albumie "Abra Kadavar" (skojarzenie z "Avada Kadavra" na pewno zupełnie przypadkowe) oraz ciekawym, ale dziwnie (zbyt intensywnie) nagłośnionym koncertowym wydawnictwie "Live in Antwerpia" niemiecki trio postanowiło zabrać się za nagranie trzeciego albumu. Godna podziwu regularność jakby od niechcenia przypomina o tym, że niegdyś by przetrwać lub zaistnieć trzeba było wydawać albumy co roku, a nawet po dwa lub trzy na jeden rok - z różnym skutkiem. Ich połączenie space rocka, z proto-doomem i wczesnym heavy metalem brzmi doskonale przede wszystkim dlatego, że ma się wrażenie, iż mimo zastosowania najnowszych technologii płyty sprawiają wrażenie jakby były wykopane w przepastnych szufladach z napisem "lata 70" i jedynie odświeżone. Do tego dochodzi jeszcze swobodna zabawa konwencją (ubiory, gęste brody i fryzury wyrwane z tamtego okresu). Echa Zeppelinów czy Sabbathów nie wszystkim wychodzą dobrze, ale u Kadavara są świeżo i bardzo dobrze podane.

Najnowszy album zawiera aż jedenaście (dwanaście w wersji rozszerzonej) utworów, a zatem najwięcej z wszystkich studyjnych, o łącznym czasie nieco ponad pięćdziesięciu minut. Ostatni z nich "Reich der Träume" jest co prawda coverem niemieckiej wokalistki Nico, ale długość "Berlina" jak na zespół mocno trzymający się winylowych standardów, robi wrażenie - wszak nawet koncertówka nie przekraczała trzech kwadransów! Przejdźmy jednak do płyty: otwiera ją "Lord of the Sky". Skoczne tempo, melodyjny riff i nieprzesadzona zabawa pogłosami, a przy tym wrażenie, że już nie tylko lata 70 panów inspirują, ale także garażowe lata 90 i współczesna alternatywa. Perełką jest "Last Living Dinosuar" (do którego zrealizowano ciekawy choć moim zdaniem trochę dziwny teledysk). Odrobinę funkujące brzmienie połączone z klimatem z Sabbathów wpada w ucho wręcz niesamowicie. Akustyczne wejście wyjęte niczym z jakiejś bluesowej, wietrznej ballady wita nas w "Thousand Miles Away from Home". Już po chwili jednak wchodzi ostrzejszy riff i w niespiesznym tempie utwór się rozkręca do bardzo przebojowego grania. Kadavar znakomicie w nim przypomina, że kiedyś muzyka miała duszę.


Życia nie sposób odmówić także znakomitemu "Fillthy Illusion", któremu naprawdę trudno uwierzyć, że to nie jest numer z lat 70, a nagrany współcześnie. "Pale Blue Eyes" będący następnym w kolejce znów jakby od niechcenia zbliża się do bardziej współczesnego garażowego rocka i alternatywy, ale wszystko jest niesamowicie polane charakterystycznym sosem retro. Ten płynnie przechodzi w "Stolen Dreams". Kolejny bardzo żwawy kawałek, przy którym nogi niejednego słuchacza zacznie ruszać się w rytm. W nieco innym, bardziej bluesowym, a nawet psychodelicznym, jest rozbudowany "The Old Man". Nawet melodia i wokal jakby od niechcenia kojarzą się trochę z Blue Oyster Cult. Znakomita atmosfera i pasja nie znika także w kolejnym, zatytułowanym "Spanish Wild Rose". To jednak ten lżejszy i w moim odczuciu nieco słabszy utwór. "See The World With Your Own Eyes" wskakuje bezpośrednio po nim i nawet tu nie czuć zmęczenia. Czysty rock'n'roll z samochodowo-motorowym podróżniczym zacięciem. Jakby nie patrzeć: miód dla uszu. Przedostatni w wersji podstawowej "Circles In My Mind" ponownie wraca do bardziej klasycznego, pachnącego klasykami grania i ponownie choć nie ma zaskoczenia, to słucha się tego grania znakomicie.

Finał. Nawet na koniec płyty nie trafiły kawałki, które by nudziły. Najpierw "Into the Night", który przez deskorolkowca Rileya Hawka został umieszczony na składance "Riley Hawk: Northwest Blow Out EP". Nic dziwnego, bo jest to numer bardzo energetyczny. Na początku dość lekki, ale szybko rozkręcający się melodyjnym riffem i wręcz metalowym brzmieniem wyrwanym gdzież z wczesnych lat 80. Tu kończy się wersja podstawowa, ale warto sięgnąć po wersję ze wspomnianym już coverem. Na początek space'owe intro, które usypia naszą czujność połączone z niemieckim językiem (jakże odmiennym od szorstkiego akcentu znanego z Rammsteina). Około trzeciej minuty następuje kapitalne przełamanie gitarową solówką, by po chwili znów wrócić do bujającej, sennej atmosfery. Na końcu znów następuje przełamanie delikatnym, surowym i niepokojącym riffem. Niestety tu utwór się urywa, a szkoda, bo gdyby go jeszcze pociągnąć i pojammować na ostro byłaby naprawdę perełka. Może trzeba poczekać na wersję koncertową?

Trio z Berlina prochu nie odkrywa i tym razem, ale jest to granie pełne życia i szczerych emocji, nie tylko do epoki. Słychać, że Kadavar nie sili się już na kopiowanie swoich mistrzów, ale umiejętnie sięga po wpływy tamtych czasów i zadziorny pierwotny rock i wczesny metal. Nie ulega wątpliwości, że jest to jedna z najciekawszych grup obracających się w szeroko pojętym nurcie retro metalu, a ta płyta choć żadnych drzwi nie otworzy, z całą pewnością należy do bardzo przyjemnych i być może, podobnie jak poprzednie, niektórych młodych ludzi, jeśli tylko po nią sięgną, powinna skłonić do poszukania różnego rodzaju staroci, nie tylko tych oczywistych. A dla reszty, zwłaszcza wielbicieli Kadavar i takiego grania, będzie to prawdziwa uczta. Ocena: 8/10


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza