sobota, 29 sierpnia 2015

Disturbed - Immortalized (2015)


Napisał: Łukasz Chamera


Cztery lata - tyle trwała absencja Disturbed w muzycznym świecie. Zespół zrobił sobie przerwę będąc na szczycie, tuż po wydaniu ciepło przyjętego albumu „Asylum” i trasie promocyjnej z nim związaną. W międzyczasie dostaliśmy jeszcze płytę z niewykorzystanym materiałem pt. „Lost Children”, David Draiman zdążył wydać osobny projekt „Device”, oraz wspomóc zespół Trivium jako producent przy „Vengeance Falls”, udzielił się także w utworze Megadeth pod tytułem „Dance in the Rain” z albumu „Super Colider”. Reszta także nie próżnowała. Mike Wengren oraz Dan Donegan utworzyli Fight or Flight, a John Moyer w tym czasie tworzył z Adrenaline Mob. W tym roku jednak Disturbed ogłosiło swój wielki powrót wypuszczając „Immortalized”. Czy zatem długa przerwa wyszła im na dobre ?



Całość rozpoczyna „The Eye of the Storm”, będącym intrem do tytułowego „Immortalized”. Jest to dość klasyczny utwór dla Disturbed. Akcentowana zwrotka, podbudowujące przejście i mocny, melodyjny refren z okrzykiem Draiman'a na końcu, a do tego wszystkiego mostek nadający trochę innego kolorytu całości. Wszystko to co znamy i kochamy w Disturbed. Jest to bardzo porządna i klasyczna dla nich kompozycja, podobnie jak kolejna, czyli pierwszy singiel z płyty. „The Vengeful One”, bo o nim mowa, rozpoczyna się bitem perkusyjnym do którego szybko dołącza rytmiczna gitara i wokal. Delikatne uspokojenie na przejściu tylko wzmacnia masywny refren. Do tego wszystkiego doc motoryczny mostek. Warto zwrócić w tym kawałku, także na perkusję Wengren'a składającą się z wielu ciekawych przejść i młynów, które jednak nie zaburzają całości. Dalej mamy „Open Your Eyes”. Urywany riff i spokojniejsza zwrotka to tylko podbudowa pod melodyjny i potężny refren, który momentalnie wbija się do głowy i zostaje w niej na długo. Następnie mamy pierwsze zaskoczenie na tym albumie, bo „The Light” jest chyba najradośniejszą piosenką jaką Disturbed kiedykolwiek napisało, jest jednak w całości ta nuta niepokoju tak bardzo charakterystyczna dla brzmienia formacji. Całość rozpoczyna się od spokojnej melodii, która przechodzi w spokojną zwrotkę dopełnioną przez melodyjny refren, a wokal Draiman'a jest dość łagodny przez cały czas trwania utworu. Całość nabiera nieco groźniejszych barw jedynie na mostku. Całość genialnie komponuje się z tekstem. Nie ma jednak co się przyzwyczajać do tego spokoju, bo „What Are You Waitng For” to od początku do końca potężny utwór. Niepokojąca zwrotka przechodzi w rozpędzony refren. Mamy tu też pierwsze solo gitary. Jest w porządku, jednak Donegan pokazał na wcześniejszych albumach, że potrafi robić genialne solówki, w tym utworze jest tylko ok, co nie umniejsza jednak całości. 

Kolejny utwór to kierowany do żony Draiman'a „You're Mine”. Tutaj znowu lekkie zaskoczenie, bo zwrotki są bardzo spokojne, jednak szybko nabierają tempa i przechodzą w kolejny szalenie melodyjny refren, całość dopełniona jest przez rytmiczny, urywany refren i kolejne solo gitarowe. Następny kawałek, czyli „Who” rozpoczyna się spokojnie, szybko jednak przechodzi w rytmiczny riff gitary oraz kolejną genialną melodię na refrenie. Całość lekko zwalnia na mostku, tylko po to by przyśpieszyć i zakończyć całość z jeszcze większą mocą. Zwłaszcza końcówka z wykrzykiwanym przez Draiman'a „Who the fuck are you”. Drugą połowę albumu otwiera „Save Our Last Goodbye”, który rozpoczyna się od wiadomości głosowej (prawdopodobnie jest to ich znajomy i jest to jego ostatnia wiadomość jaką dostali, bo w książeczce od płyty jest „Voice message in save our last goodbye by bob sanders r.i.p. Rytmiczny riff na zwrotce, dramatyczne przejście i meoldyjny i emocjonalny refren. Na mostku przewija się melodyjny riff, na który w pewnym momencie nałożony jest dźwięk zapełnionej skrzynki telefonicznej. Całość nabiera jeszcze większej mocy i nagle ustępuje miejsca spokojnemu wokalowi i fortepianowi, po czym znów mamy mocny refren zakończony dźwiękiem wybierania numeru i komunikatem, że nie ma już takiego numeru. Jest to ciekawy i mocny utwór, zwłaszcza mostek zasługuję tu na specjalną uwagę.


Kolejnym numerem jest „Fire it Up” opowiadający o tym jak marihuana pomaga Draiman'owi w komponowaniu muzyki. Całość jest dość nietypowa jak na Disturbed. Zwłaszcza refren wybija się tutaj ze swoim opartym na sweapach riffie gitarowym. W tym rozbujanym kawałku znalazło się także miejsce dla kolejnego przyzwoitego solo gitarowego. Następnie jest chyba największe zaskoczenie jakie mnie spotkało na tej płycie. Disturbed często dawało cover'y na swoje płyty, ale „The Sound of Silence” (oryginalnie autorstwa Simon & Garfunkel) to Disturbed jakiego nigdy jeszcze nie słyszałem. Spokojny wokal Draiman'a i akompaniament fortepianu, do którego z czasem dołącza gitara i partie smyczkowe. Całość stale narasta i zwiększa dramatyzm, by w kulminacyjnym momencie ucichnąć i zakończyć całość spokojną melodią. Niespodziewanie po tym od razu dostajemy mocne uderzenie w postaci „Never Wrong”. Mocna zwrotka i melodyjny, lecz równie potężny refren nie zwalniając nawet na mostku. To kolejny klasyczny Disturbed w starym stylu jednak z lekkim powiewem świeżości. Standardową edycję płyty kończy „Who Taught You How to Hate” oparty na rytmicznym i rozbujanym riffie gitary i kolejnym melodyjnym refrenem. Warto tu zwrócić uwagę na mostek oparty w połowie na motorycznym riffie, a w połowie na melodii. Przyjrzyjmy się zatem utworom bonusowym. Pierwszym z nich jest „Tyrant” wyróżniający się przede wszystkim refrenem z okrzykiem Draiman'a na końcu i głównym riffem oraz charakterystycznym dla Disturbed mostkiem. Drugim bonusem jest „Legion of Monsters” w którym warto zwrócić uwagę na mostek z rozpędzonym wokalem. O wiele ciekawszy wydaje się jednak końcowy „The Brave and the Bold” ze swoim głównym riffem i szalenie melodyjnym refrenem i masywnym mostkiem.

Czy Disturbed wraca zatem w chwale ? Tak chociaż nie obyło się bez małych potknięć. Kuje mnie lekko w uszy umieszczenie „Fire it Up” pomiędzy „Save Our Last Goodbye” a „The Sound of Silence”. Zwyczajnie pasuje tam trochę jak pięść do nosa. Również „The Light” wydaje się czasami trochę zbyt infantylny. Nie ma też wielu solówek gitarowych, a te które można usłyszeć są w porządku, jednak nie są one zbyt zapadające w pamięć i daleko im do tych jakie Donegan prezentował na poprzednich albumach. Nie zmienia to jednak faktu że nowy Disturbed to z całą pewnością najlepszy album jaki słyszałem w tym roku. Mamy tu wiele starych zagrań wzbogaconych o ciekawe eksperyment. Zwłaszcza na wielki plus wychodzi „The Sound of Silence”. Całość jest porządnie zmiksowana, a Donegan ponownie udowadnia, że potrafi tworzyć ciekawe riffy, dopełnione są one świetnie akcentującą perkusją Wengrena i genialnymi tekstami Draiman'a. Jednak jeśli będziecie chcieli przesłuchać ten album to tylko w edycji Deluxe. Dopiero wtedy wydaje się kompletny. Słowem końca: warto było czekać tyle lat na powrót grupy. Ocena: 9/10


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza