środa, 5 sierpnia 2015

The Rookles - Open Space (2015)


Napisała: Milena "Lady Stoner" Barysz

Niejednokrotnie można spotkać się z twierdzeniem, że rock’n’roll umarł. Po zapoznaniu się z debiutanckim wydawnictwem The Rookles, zaprzeczam i obwieszczam, że tak wcale nie jest, a nawet  że się nie postarzał. Wręcz przeciwnie - jest pełnym energii młodzieńcem, gotowym pokazać na co go stać. The Rookles – Brytyjczycy z Otwocka, spotkali go i doskonale wiedzieli co z tym spotkaniem zrobić.

Zespół tworzy czwórka przyjaciół, obdarowanych niezwykłym talentem do grania i ogromną miłością do muzyki w składzie: Hubert Gawroński grający na gitarze rytmicznej i wokalu, Maciek Samul obsługujący bas i wokal, Piotrek Szczegielniak na gitarze prowadzącej i... wokalu oraz  Kamil Sędek na perkusji i klawiszach. Jako zespół grają od 2011 roku. Od początku są wierni może nie unikatowemu, ale szczeremu i wiernemu ich wewnętrznemu „ja” pomysłowi na siebie. Ich granie nie jest odtwórcze a tworzone na fundamentach brytyjskiego brzmienia, rodem niczym z sali prób współdzielonej z Beatlesami. 19 czerwca 2015 roku nakładem Fonografiki światło dzienne ujrzał debiutancki album formacji zatytułowany „Open Space”. 

„Open Space” składa się z 12 anglojęzycznych utworów, których nie powstydziłby się John Lennon, Paul McCartney czy Freddie Mercury. Longplay wzbogacony jest o dwa polskojęzyczne bonusy, udowadniające, że w ojczystym języku też brzmi to dobrze. Album zaczyna iście rock’n’roll’owy „Don’t even try”. Już po wybrzmieniu pierwszych kilkunastu sekund porywa on słuchacza, zmusza wręcz do tańca, rozbudza apetyt prawdziwego miłośnika rock’n’roll’owego brzmienia, rodem prosto z wysp. Kiedy mamy już za sobą aperitif, Rooklesi częstują nas nie mniej smacznym „I follow you girl”. Jest to druga albumowa pozycja a ja już wiem, że żadna z pozostałych kompozycji nie pozwoli mi się wyrwać z ramion brytyjskiego rocka. „With you by my side” od początku pieści nasze uszy synchronicznymi wokalami trzech gitarzystów. Utwór ma lekko balladowy klimat, jednak jest to ballada, która nie jedne nogi może porwać do tańca. 

Pozycja numer cztery to „Secret”, tu delikatnie przyspieszamy tempo. Również w tym kawałku The Rookles zaznaczają swą wyjątkowość  refrenem wyśpiewanym na dwa a nawet trzy głosy. „Slide it like a man” częstuje nas odrobiną funk’u. Uważam ten numer za najlepszy na albumie. Jest w nim coś dziwnego, z jednej strony może sprawiać wrażenie, że stylistycznie odbiega od reszty, z drugiej jednak nie przestajesz czuć się jak wśród Beatlesów. A beatlesowe klimaty w fantastyczny sposób podkreśla „Fall in love again”. I ponowne potrójne wokale w refrenach, energetyzujące gitary i radość czerpana z muzyki, pomimo że w refrenach wyśpiewują „i’ll never fall in love again”… może z tego się tak cieszą? Zwolnienie tempa i balladowy klimat powraca w utworze and „I’ll be there for you”, zamykamy oczy i przenosimy się na prywatkę, gdzie nastał czas na „tańce przytulańce” przy światłach kolorowej kuli i dźwiękach muzyki zespołu grającego w kącie sali. Jeżeli jest to ta sama prywatka, to przy „Best days of our life” wszyscy obecni zostaną porwani do szaleńczego rock’n’roll’a – jest to najbardziej energiczny i najwierniej oddający klimat imprez wypełnionych zwariowanymi nastolatkami bawiących się w tamtych czasach.


W „The balcony” zdecydowanie rządzi perkusja, nadaje ona mocy i odrobiny ciężkości utworowi, który w ostatniej minucie brzmi bardziej jak kawałek swingowo - jazzowy. Przyznam, że jest to dość zaskakujący a zarazem przyjemny zabieg. „Lost the way” jest idealnym by tę drogę znaleźć a nie zgubić, jest wiatrem we włosach podczas podróży kabrioletem w nieznane. Trzy w jednym czyli „The ballads”. To jest dopiero niespodzianka dla odbiorcy. Jeden utwór składający się z trzech części, przy czym pierwsza jest najbardziej musicalowa, druga część jest chwilą balladowego odpoczynku i momentem refleksji, trzecia natomiast daje nam stuprocentową pewność, że młodzieńcy z the Rookles ćwiczyli chórki razem z chłopakami z Queen. Absolutnie niewskazane jest pominięcie tego utworu podczas odsłuchiwania krążka. Do rock’n’roll’owego, zabawowego grania wracamy w utworze „Not going away”. Jest on podkreśleniem radości jaka przepełnia cały album. Utwór lekki, przyjemny a jednocześnie szybki i pełen szaleńczej chęci grania lepiej, weselej, z małymi wariacjami. Od połowy brzmiący jak pożegnanie. Jest jednocześnie utworem zamykający podstawową set listę albumu. Dalej mamy dwa utwory bonusowe: wypaleni i neonowy świat – wyśpiewane po Polsku, zagrane po brytyjsku. Panowie tym bonusem pokazali, że w ojczystym języku też potrafią zrobić dobre numery. Prawdą jest jednak fakt, że nie wiadomo jak by to dobrze brzmiało po Polsku i tak nie odda do końca prawdziwego Rooklesowego klimatu, najszczerszej Rooklesowej rock’n’roll’owej duszy.

Całościowo album jest  bardzo starannie dopracowany. Słuchając Open Space, masz wrażenie, że każdy nawet najmniejszy element jest tam solidnie przemyślany i dopracowany. Nic nie jest przypadkowe. Zaczynając od pierwszych wybitych taktów a kończąc na albumowej kolejności utworów. W graniu The Rookles, słychać tę ogromną pasję, fascynację muzyka i miłość do muzyki. Jest wielu utalentowanych muzyków z pokaźnym doświadczeniem. Niewielu jednak potrafi pokazać odbiorcy, ze to on jest muzyką a muzyka nim. Czwórka dżentelmenów z The Rookles posiadają taką umiejętność. Kompozycjami albumowymi i całym aranżem utworów przenoszą nas do lat świetności brytyjskiego rock’n’rolla. Wiernie oddają ten klimat unikając jakichkolwiek kopii. Wydawnictwo jest nie tylko przyjemne w odbiorze, nie tylko wpada w ucho, ono uzależnia. Przebywając z twórczością Panów z The Rookles, zapominasz o innej muzyce jaka jest na świecie. Są bardzo wiarygodni w tym co robią i przede wszystkim niesamowicie przekonujący. Jako debiutanci, dają jednocześnie poczucie, ze młode pokolenie muzyków ma jeszcze sporo do powiedzenia, a raczej do zagrania.

Rock’n’Roll bowiem nie umarł – ukrywał się w Otwocku. Ocena: 10/10


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza