piątek, 11 października 2019

Sons of Alpha Centauri - Buried Memories (2019)


W zeszłym roku napisałem, że synowie Alphy Centauri swoich fanów nie rozpieszczają. Po "Continuum" nie kazali jednak czekać na swoją kolejną płytę zbyt długo, nawet jeśli nie do końca to pełnoprawny materiał długogrający, a raczej intrygująca kolaboracja...

Przed swoim debiutanckim albumem z 2007 roku, panowie uraczyli już bowiem kolaboracją z nie istniejącą już formacją Treasure Cat, a mianowicie wspólnym wydawnictwem "Last Day Of Summer" na który złożyły się autorskie numery obu grup i kilka przygotowanych wspólnie. Najnowszy także jest krążkiem kolaboracyjnym jednakże z trzema różnymi realizatorami dźwięku - Justinem K. Broadrickiem (również jako Jesu), Jamesem Plotkinem oraz JK Fleshem. Na materiał zaś złożyły się trzy różne wersje utworu "Hitmen" oraz pojedyncze wersje kompozycji "Warhero", "Remembrance" oraz "SS Montgomery". Pierwszy i ostatni pojawiły się już na debiucie grupy, dwie pozostałe to z kolei jak sądzę zupełnie nowe utwory, których dotychczas SOAC nie opublikowało.

Zaczynamy od trzech "Hitmenów", najpierw w wersji Justina K. Broadricka, który wytacza się niepokojącym ambientem do którego po chwili dołącza intensywna partia gitary basowej, chóry, ostrzejszy riff. Całość narasta, ale sunie powoli, kroczącym rytmem niczym żołnierze podczas defilady, którą widać na okładce. Rozwinięcie i zgęstnienie klimatu następuje zaś w chwili dołączenia perkusji, a numer wyraźnie balansuje między post-rockiem, a ciemnym rockiem progresywnym, który najwyraźniej panowie uwielbiają. A finał w tymże jest wręcz fenomenalny. Po nim raz jeszcze Broadrick, ale tym razem jako Jesu. Ten remix jest nieco inny od pierwszego "Hitmena" na tej płycie. Znacznie powolniejszy, wietrzny wstęp zdaje się pokazywać krajobraz po bitwie, a mroczny basowy riff jest jeszcze bardziej ponury, do tego stopnia, że bliżej tutaj nawet do muzyki drone'owej. Perkusja dołącza w nim szybciej, ale i ona jest jakby przytłumiona, sunie powoli i buduje niepokojącą, gęstą atmosferę. Klimat jednakże nie jest w nim taki sam przez cały czas, bo po trzeciej minucie całość zwalnia jeszcze bardziej, do sennych ambientowych pejzaży, by następnie znów intensywnie narastać przy szóstej i ponownie wyciszyć się na samym końcu. Mocne. Trzeciego "Hitmena" zmiksował JK Flesh i ponownie zmienia się w nim klimat. Wyraźnie ambientowe tło ma w sobie wręcz wymiar filmowy, a przetworzona partia basu i zelektryfikowany perkusyjny bit ma w sobie coś industrialnego, co dodatkowo uwypukla gęstą, narastającą atmosferę zwłaszcza gdy powoli zaczyna wchodzić prawdziwy perkusyjny bit i ostre, mocne riffy. Zaskoczeniem może być też nagłe zerwanie i powrót do ambientowego tła z pojedynczym, ponurym riffem basu kojarzącym się z kolei z zimną falą rodem z Bauhaus do którego dołącza krocząca partia perkusji. Na koniec zwolnienie wracające do industrialnych i elektrycznych powtórzeń. Niewątpliwie intrygująca to interpretacja, choć według mnie zawierająca zbyt dużo niewykorzystanych tropów i zbyt dużą ilość ścieżek, które same w sobie mogłyby posłużyć za osobne fragmenty, ale jako całość mogą brzmieć trochę dziwnie.

Druga połowa płyty została zdominowana przez miksy Jamesa Plotkina. Na początek świetny "Warhero", który rozwija się powoli, krocząco i deszczowo. Ponury bas, liryczna melodia gitary, ambientowe tło i sunąca niczym kondukt perkusja potrafi wprowadzić w trans, a im dalej tym bardziej zdaje się kołysać. Nie przerywa go nawet wejście ostrzejszych riffów i trochę filmowego klimatu jakby wyjętego z soundtracku do "Incepcji". Przepięknie się ten utwór rozwija w okolicy czwartej minuty, gdy robi się nie tylko coraz bardziej gęsto, ale także gdy pojawia się trochę nieśmiała solówka gitarowa, a następnie na chwilę powracamy do początkowych dźwięków, które następnie intensywnie wybuchają mocnym uderzeniem, by po chwili znów wrócić do wolnego marszu. Kolejne uderzenie przypominające o tym, że wojna dla weteranów nigdy się nie kończy,ale też o tym że po każdej wojnie przychodzi czas pokoju gdy te znów przechodzą w wyciszony, trochę niepokojący liryczny ambient i wreszcie całkowite wyciszenie. Genialnie wypada bardzo mroczny i zarazem najkrótszy na płycie (niecałe trzy minuty w stosunku do ośmio i dziewięciominutowych numerów) drone'owy "Remembrance" oparty niemal wyłącznie na ciężkim riffie. Całość aż się prosi o rozbudowanie i pociągnięcie, ale niestety kończy się w mojej ocenie zbyt szybko. Na deser "SS Montgomery", który w porównaniu z oryginałem nie zmienił się znacząco, ale dodano do niego choćby elektroniczne szumy i przejazdy, które nieco go zindustrializowały i zdecydowanie dociążyły.

Ocena: Pierwsza Kwadra
Mroczne,miejscami bardzo ciekawe interpretacje zawarte na "Buried Memories" mają według słów zespołu zapowiadać nowy początek, w którym ma dominować ciężar i jeszcze większa ekspansja dźwięków o ciemnym zabarwieniu. Szkoda tylko, że na tym trwającym czterdzieści sześć minut tak naprawdę nie ma nowego materiału, a klimat na niej panujący choć jest niezwykle intrygujący wydaje się być trochę niespójny. Jeśli faktycznie SOAC ma w planach pójście w takie rejony to mam nadzieję, że pełnoprawnym materiałem i całkowicie nowymi utworami pokażą się od jeszcze ciekawszej strony, bo choć tutaj znakomitych rozwiązań nie brakuje to można się poczuć trochę zawiedzionym i ciężko się jednoznacznie zatopić w którejś z warstw, tym bardziej że jeden numer tak naprawdę leci przez pół płyty, a niewiele się między sobą różnią. Nie jest jednak tak, że to zła płyta, ale zdecydowanie bardziej będzie się ona podobać tym, którzy są zagorzałymi fanami SOAC lub lubią takie eksperymenty, aniżeli osobom, które stykają się z tą grupą po raz pierwszy, lub jak w moim przypadku po raz drugi.


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza