wtorek, 21 stycznia 2014

Pharaoh's Curse - Pharaoh's Curse (2014)


Nowa płyta Megadeth! Wróć... debiut amerykańskiego Pharaoh's Curse. Sęk w tym, że debiut tej formacji jest bardziej Megadethowy od dwóch ostatnich płyt grupy Mustaine'a i swobodnie odnajduje się obok "Rust In Peace" czy "Endgame" tegoż. Ponadto, nawet wokalista brzmi jak Dave w swoich najlepszych momentach. Oto jedna ze świeżutkich płyt, które na pewno znajdą się w podsumowaniach roku szczerego...

Nowojorscy Egipcjanie naznaczeni klątwą faraona założyli zespół w Rochester w 2013 roku. Wówczas to bracia Stewart, grający na gitarze Rich oraz śpiewający David "Stewge" zaprosili do współpracy basistę Dave'a DeMarco oraz perkusistę R.R Owza i postanowili, że będą grać klasyczny heavy metal silnie zakorzeniony w latach 80 i w egipskiej mitologii. Pharaoh's Curse samą nazwą zdaje się wręcz nawiązać do Mercyful Fate i ich utworu "Curse of the Pharaoh's" z debiutanckiej "Melissy" z 1983 roku. Również stylistycznie wyraźnie nawiązują do grupy King Diamonda, jak również do wspomnianego już Megadeth. Słychać to zwłaszcza w barwie głosu Stewge'a, ale także w rozwiązaniach kompozycyjnych.

Trwająca zaledwie trzydzieści siedem minut płyta (bez kwadransa) zawiera osiem kawałków utrzymanych w klimatach złotej ery heavy metalu. Niby nic szczególnego, bo teraz podobnych płyt jest wysyp, a zespołów jeszcze więcej, ale jest coś w Pharaoh's Curse coś co naprawdę pociąga - obok swobody poruszania się po utartych szlakach thrash metalu, słychać także pełną radochę z grania i więcej autentyczności niż na nieudanej "Trzynastce" i mocno rozczarowującym "Super Collider" zespołu Mustaine'a. Ta płyta bowiem brzmi tak jak brzmieć powinien Megadeth zaraz po "Endgame". Oczywiście, miejscami słychać też, że jeszcze jest to granie trochę nieopierzone, nie do końca jeszcze z własną tożsamością, ale dające dużą satysfakcję słuchaczowi.

Dobre wrażenie wywołuje już potężny, rozpędzony utwór tytułowy. Ciężki riff, dość wolne i duszne tempo i stylistyka wokalu mocno przypominająca to, co znane z kapeli rudzielca czy grupy Red Lamb, którą jakiś czas temu opisywałem. Nie brakuje tutaj solówki czy mrocznych zwolnień w połowie kawałka. Po nim następuje "Carnival of Lies". Jeszcze ostrzejszy i jeszcze mocniej zakorzeniony w Megadeth. Czy nie brzmi trochę tak jakby został napisany przez Mustaine'a na potrzeby "Rust In Peace"? Wsłuchajcie się dobrze w strukturę tego utworu. Wpada w ucho.


Bardzo dobry jest numer trzeci, zatytułowany "No Tomorrow", który bije świeżością na głowę to, co tworzy Metallica czy ostatnio właśnie Megadeth. Zwłaszcza tą drugą tutaj słychać i wcale nie razi to, jakby mogło być przy jakieś innej grupie, tutaj naprawdę cieszy. Świetny jest też "Season of the Witch", który znalazł się na pozycji czwartej. Z Donovana, podobnie jak z Mercyful Fate, zaczerpnięto jedynie tytuł. Lekko Black Sabbathowy klimat zmieszany z Megadethowym brzmieniem sprawdził się tutaj znakomicie.

Drugą czwórkę (stronę B - jakby określił to redaktor Kaczkowski) otwiera numer "Famous Last Words". Taka "Megadethowa" ballada na zwolnienie, z klawiszowo-gitarowymi fragmentami wyjętymi gdzieś z Deep Purple czy Whitesnake, ale znakomicie komponującymi się z całością. Po nim na scenę wkracza "Handyman" - witający ostrą pochodową partią gitary. A potem jest jeszcze szybciej i jeszcze melodyjniej, znów także nasuwa się stwierdzenie na myśl, że Rudy by się takiej kompozycji na pewno nie powstydził. Zresztą sprawdźcie sami. Przedostatni numer to "Retail Rebal". Rozpędzony, ponownie "Megadethowy", a nawet pachnący nią intensywnie, ale smakowicie. Szef kuchni doprawił tę potrawę znakomicie, także dźwiękowo i pod względem odrobinę hard rockowego szlifu (końcowa partia za każdym razem stanowi niesamowite zaskoczenie). Na ostatniej pozycji znalazł się "The Lotus Eaters", utwór nie spuszczający z tonu i bodaj najcięższy na całym albumie.

Dużą zaletą tej płyty jest jej długość, jak również długość poszczególnych kawałków. Średni czas każdego z nich to bowiem około cztery minuty. Najdłuższe wciąż jeszcze mieszczą się w czasie pięciu minut. Brakuje może jednego instrumentala, który by pokazał umiejętności muzyków, mógłby nawet zastąpić numer piąty, ale może doczekamy się jej na kolejnym albumie Pharaoh's Curse. Self-titled wypada naprawdę dobrze i zachęcająco do śledzenia kariery tego zespołu. To płytka zdecydowanie warta uwagi, która powinna zadowolić wielbicieli takiego grania, a nawet wszystkich tych zawiedzionych poczynaniami Mustaine'a. Jak na razie także, zdecydowany faworyt do podsumowań. Ocena: 8/10




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza