poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Turilli/Lione Rhapsody - Zero Gravity (Rebirth And Evolution) (2019)


Włoskiej telenoweli ciąg dalszy...

Przypomnijmy wydarzenia z poprzednich odcinków: Luca Turilli postanowił nie kontynuować swojego Luca Turilli's Rhapsody, a po krótkim koncertowym żywocie Rhapsody Reunion z oryginalnymi, a zarazem byłymi członkami Rhapsody oraz  Rhapsody Of Fire postanowił założyć kolejne Rhapsody z byłymi muzykami tegoż, w tym ponownie z Fabio Lione przy mikrofonie, który odszedł z Rhapsody Of Fire. W lutym 2019 roku ukazała się znakomita jak się okazało płyta tegoż z dopiskiem funkcjonującym już od 2006 roku "The Eighth Mountain" będąca nie tylko debiutem obecnego składu pod wodzą Alexa Staropoliego, oficjalnym debiutem studyjnym Giaccomą Voli (jeśli nie liczyć studyjnej kompilacji "Legendary Years"), jak również powrotem do sagi fantasy z której grupa zasłynęła. Z kolei nowo powstały zespół Turilliego, czyli kolejne Rhapsody ogłosiło, że nagrywa swoją płytę i zamierza ją wydać wiosną. Jak się okazało, premiera nie nastąpiła wiosną, bo została przesunięta na początek lata podobno z powodu koniecznych... dogrywek materiału. 

Co zatem znalazło się na debiutanckim albumie trzeciego (czwartego/piątego) Rhapsody? Za okładkę odpowiada Stefan Heileman, ten sam który wykonuje grafiki dla Epiki i który zrobił obrazy na potrzeby Luca Turilli's Rhapsody. Już z niej wywnioskować można, że Turilli nie porzucił swojej nowej kinematycznej i ztechnicyzowanej wizji zespołu, bowiem najnowszy album tak naprawdę jest kontynuacją słabego "Prometheus (Symphonia Ignis Divinus)" z 2015 roku tylko zrealizowaną w nieco innym składzie, bliższym oryginalnemu Rhapsody Of Fire. Niestety, fakt niemal oryginalnego składu nie przełożył się na powrót do klasycznego brzmienia, jak miało to miejsce na wspomnianym "The Eighth Mountain" grupy obecnie należącej do Staropoliego, a na wyraźnej kontynuowaniu stylu poprzednich dwóch albumów Turilliego. Co ciekawe, jest lepiej niż na drugim krążku Rhapsody Turilliego, ale niestety nie oznacza to, że dorównuje on tegorocznemu Rhapsody Of Fire (bo nie dorównuje). Jednocześnie jest znacznie lepiej niż można się by spodziewać, ale to z kolei też nie oznacza, że mamy do czynienia z dobrym albumem, który w swojej formie jest po prostu nudny. Sprawdźmy zatem, co znalazło się na "Zero Gravity" i czy rzeczywiście należy oczekiwać odrodzenia i rewolucji?

Zaczynamy od "Phoenix Rising" z elektronicznym intrem rodem z trailerów filmowych, klawiszowym wstępem okraszonym chórami i odliczaniem do niezłego, mocnego wejścia pełnego melodyjnych gitar, rozpędzonej perkusji i całkiem dobrego tempa. Nieco gorzej robi się wraz ze zwolnieniem na wejście wokalu Lione, który brzmi nieprzekonująco pompatycznie wyśpiewując banalny tekst o odrodzeniu z popiołów. Tam gdzie grupa gra mocniej, śpiewają chóry jest zaskakująco porządnie, ale gdy pojawiają się zwolnienia zbudowane na elektronice czy wokale Lionego robi się nudno i straszliwie nieoryginalnie. Znacznie gorzej jednak wypada drugi numer, czyli "D.N.A (Demon And Angel)" który opowieść o genotypach łączy z walką anioła z demonem. Te zaś okraszone są całkiem niezłymi chórami i zgrabnym tempem, w którym prym wiodą żeńskie wokale Elize Ryd znanej z Amaranthe. Lione bowiem straszliwie się tu męczy i nie czuje się w jego głosie emocji czy radości ze śpiewania w tej odsłonie Rhapsody. Muzycznie jednak, mimo że jest nieźle to podobnego grania ze znacznie lepszym rezultatem lepiej poszukać w Epice, nie istniejącym już After Forever czy nawet w Nightwishu - i do tego bez elektronicznych wstawek mających udawać nowoczesność i innowacyjność w brzmieniu. Po nim przychodzi czas na utwór tytułowy z przerażającym swoim pompatyzmem zwolnieniem, które go otwiera, a następnie rozpędza się przewidywalnie do rozpędzenia, które choć efektowne, to całościowo brzmi po prostu komicznie. Owszem, epicko, miejscami porywająco, ale nie ma tu nic nowego. Tak, Rhapsody Of Fire też nie przedstawiło w tym roku nic nowego, ale przynajmniej umiało klasyczne brzmienie powtórzyć w dobrym stylu, a u Turilliego i Lione dzieje się sporo, ale bez większego zaangażowania ze strony słuchacza - a jesteśmy ledwie przy trzecim utworze na litość boską!


Na miejscu czwartym znalazł się "Fast Radio Burst" będący istną metalową dyskoteką w operowej oprawie - melodyjne klawisze, mnóstwo chórów i rozbuchanych gitarowych rozwinięć, które owszem brzmią nieźle i całkiem nowocześnie gdy miejscami panowie uciekają do brzmień rodem z Rammsteina, ale zaraz zapala się czerwona, że chyba jednak nie tędy droga. Całkiem niezły wydaje się "Decoding the Universe" który zaczyna się od delikatnego pianina, po czym elektroniką rozpędza się do motorycznego riffu i nośnego, szybkiego tempa zgrabnie łączącego nowe podejście Turilliego z ostatnich lat z odrobiną klasycznie pojętego starego Rhapsody. Problematycznie się robi, gdy wchodzi Lione, a całość brzmieniowo się trochę rozłazi, by dotrzymać mu kroku, co przejawia się na spotęgowaniu dźwięków. Byłoby tutaj znacznie lepiej, gdyby Lione popracował nad linią wokalną i miał takie możliwości jak dawniej, bo tutaj ma się znów wrażenie, że Fabio nie chce tu śpiewać i tak naprawdę zgodził się na wysoki czek od Turilliego. Na szóstej pozycji wstawiono krótki, niespełna dwu i pół minutowy instrumentalny przerywnik "Origins" oparty na orientalizmach, chórach i orkiestracjach łączącymi się z elektroniką, które brzmią mocno i interesująco, ale nie wywołują wrażenia jakie zapewne chciałby wywołać Turilli, bo są one znane już każdemu, kto w podobnej muzyce siedzi. Całość się urywa i właściwie donikąd nie prowadzi, a szkoda, bo gdyby ją pociągnąć mogłaby się bardzo zgrabnie przechodzić, lub nawet być częścią, "Multidemensional" czyli kolejnego utworu z wokalami. Ten jest bodaj najlepszym na całym albumie (choć jednocześnie będąc mocno sztampowym w swojej strukturze) - klawisze szaleją w nowoczesnych, nieco maszyneryjnych popiskiwaniach, orkiestra świetnie przenika się z ostrymi riffami i nawet Lione sprawia wrażenie nieco ożywionego, choć szkoda że spora ilość jego wokali opiera się tu na pogłosach czy podbiciach, wreszcie obowiązkowymi zwolnieniami, które mają tworzyć epicki, podniosły klimat. To także ten moment kiedy chce się poprosić wyłącznie o wersję instrumentalną.

Ósemka to "Amata Immortale", który otwiera nokturnowa pianinowa miniatura, która szybko przechodzi we włoskojęzyczną balladę przypominającą arię operową. Lione w takich utworach doskonale daje sobie radę i jest to utwór naprawdę niezły, ale chyba nie do końca pasujący do pompatycznego zamysłu reszty zawartości krążka. Zwłaszcza gdy po nim od razu ostrym riffem i klawiszowymi wstawkami w tle wchodzi całkiem dobry "I Am". Jest bardzo nowocześnie, melodyjnie i sprawnie, a całość mocno przywodzić może nawet na myśl Ayreona czy tegoroczną Avantasię, w której zabrakło ikry i przejawów geniuszu. Komizm? Oczywiście - nawiązania do Queen w środkowej części, które owszem wypadają fajnie, ale tak naprawdę nie są potrzebne. Po nim czas na przedostatni utwór "Arcanum - Da Vinci's Enigma" który ponownie jest jednym z ciekawszych momentów płyty. Epickie wejście z chórami kapitalnie łączy się tutaj z elektroniką i wokalem Lione, który dopiero na koniec się rozkręcił. Jest szybko, bardzo epicko i podniośle, ba! panowie najmocniej zbliżyli się w nim do tego, co tworzyli razem jako Rhapsody i Rhapsody Of Fire i mam nadzieję, że pójdą w tym kierunku i konkurując ze Staropolim nie będzie to tylko starcie na to, kto lepszy i na nazwy, ale właśnie na prześciganie się w tym klimacie za który pokochało się tę włoską grupę i ich stylistykę. Na deser jeszcze ta wersja Rhapsody przygotowała cover Josha Grobana w postaci utworu "Oceano", który stanowi bardzo sympatyczne wyciszenie po znakomitym poprzedniku. Operowy pop jakim para się Groban przeniesiony na kinematyczny styl Turilliego w połączeniu z głosem Lione wypada uroczo, fajnie wplatając w całość mocniejsze uderzenie, ale jednocześnie ma się wrażenie, że w tym miejscu trochę ten numer nie pasuje. Mógłby się znaleźć gdzieś w środku płyty, a na końcu po prostu jest niepotrzebny, nawet jeśli jest niezły.

Ocena: Pierwsza Kwadra
Uszczypliwości odstawmy mimo wszystko na bok: ta odsłona Rhapsody zaskakuje, ale wywołuje mieszane uczucia. Z całą pewnością jest to album bardzo sprawny i dużo lepszy od swojego poprzednika czyli "Prometheusa", ale też bardzo nierówny. Nie powinien być też wydany pod (kolejnym) szyldem Rhapsody. Mógłby funkcjonować jako Turilli/Lione, albo nawet Prometheus, czy nawet Turilli's Prometheus i wtedy broniłby się znacznie lepiej, ale jako kolejny odcinek w wojence zwaną "telenowelą Rhapsody" wypada znacznie słabiej od "The Eighth Mountain". Przyznam się, że słucha się "Zero Gravity" całkiem przyjemnie i mimo nagromadzenia pewnych rozwiązań dźwiękowych to naprawdę niezły album, ale powinno się go bardziej traktować w oderwaniu od nazwy do której cały czas rości sobie prawa Luca Turilli. Jest efektownie, epicko, szybko i nowocześnie, wyraźnie też mimo technicznej otoczki, ciągnie panów do stylistyki, którą pociągnął z powodzeniem Staropoli, ale jednocześnie nadal mocno szukający nowoczesnych i filmowych rozwiązań. Z drugiej strony jest to też album, który potrafi nużyć właśnie swoim pompatycznym brzmieniem, rozwiązaniami, które już znamy, wreszcie silnego podkreślania na każdym kroku, które Rhapsody jest tym właściwym. Osobiście skłaniam się jednak ku Staropoliemu, który przynajmniej zrobił coś świeżego na utartych szlakach i pokazał ogromną klasę, podczas gdy Turilli trzyma się nazwy i tworzy rzeczy średniej jakości, które poza sprawnością i dobrym brzmieniem nie wywołują głębszych emocji czy przemyśleń nad kondycją symfonicznego power metalu ze szkoły włoskiej. Odrodzenie może i owszem, ale ewolucji niestety tutaj brakuje. Można więc posłuchać i zapomnieć, bo w tym roku starcie zdecydowanie wygrało Rhapsody Of Fire.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza