poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Relacja XX: Desert of Shadows, Damage Case, Metaliator (Rock Out Pub, Gdańsk Oliwa, 20 VIII 2011)

czyli upór i determinacja kontra młodość, pomysłowość i żenada


Oliwski Rock Out wyrasta na najbardziej aktywną konkurencję dla gdyńskiego Rockza i Ucha. Koncerty, które są tam organizowane z częstotliwością co tygodniową (co prawda pewnie tylko na okres sezonu wiosenno – jesiennego; zimą niestety nie ma tam warunków na zorganizowanie takowego) są znacznie ciekawsze pod względem doboru grup, zwłaszcza lokalnych, niż w obu gdyńskich „wyjadaczach”. Tu nie ma żadnych powtórek i kolejnych występów tych samych zespołów, co tydzień jest coś innego i w dodatku z bardzo różnych szuflad stylistycznych. W sobotę 20 sierpnia zaprezentowały się trzy zespoły – sopocki Desert of Shadows, pochodzący z Tczewa Damage Case oraz warszawski Metaliator.

Pierwszy zespół łączy ze sobą wpływy death, gothic i black metalu oraz mrocznego metalu progresywnego. O swojej twórczości mówią, że jest to wejście do świata snów, marzeń i koszmarów, podróż przez pełen uczuć surrealistyczny świat kontrastów.
Desert of Shadows, bo o nim mowa, zaprezentował się nader ciekawie - mroczne wejście i mówiony wstęp wokalistki, następnie mocne wejście gitar i perkusji – tak się rozpoczął wieczór. Już pierwszy kawałek przywołał mi na myśl takie grupy jak Opeth (growlujący gitarzysta wyraźnie wystylizowany na Aekerfelda), Mayan, a nawet Dark Tranquillity, Insomnium czy Type O Negative (z okresu „Bloody Kisses”).


Utwory zespołu są ciemne, oparte na ciężkich riffach, pędzącej perkusji (brawa dla perkusistki) i bardzo ciekawych melodiach. Muzycznie kompozycje są dość rozbudowane i łatwo zauważyć w nich dużą ilość świetnych pomysłów, wietrzny, dość duszny i mroczny klimat oraz pewną dawkę przebojowości. Wokalistka jakiegoś porażająco mocnego głosu nie ma, ale przynajmniej nie piała wniebogłosy, próbując udowodnić jaka jest zajebista.
Ma dobry głos i po prostu dobrze śpiewa, a w dodatku jest ładna. Growlujący gitarmen ma też fajny wokal, ale niczym raczej niewyróżniający się spośród wielu podobnych, w zasadzie nie byłem w stanie rozróżnić ani jednego słowa, które śpiewał, ale taka specyfika nagłośnienia i tego typu śpiewania, nie raz nie dwa podkreślałem, że przy pierwszym zetknięciu jest ciężko.


Dość dobrze słyszalny basista w pewnym momencie zakłada złowrogą białą maskę na twarz i równie niespodziewanie ją zdejmuje. Nie przepadam za takim operowym niemal rozdęciem i stylistycznym przekładańcem, ale granie tego zespołu o nieco przydługiej nazwie zainteresowało mnie na tyle, że chętnie posłucham ich materiału płytowego (w przygotowaniu), jak również wybiorę się na kolejny koncert. Świetnie grupa Desert of Shadows sprawdziłaby się jako support dla gdyńskiej Diavolopery na przykład – wówczas byłaby prawdziwie gotycka uczta dla uszu.

Drugi zagrał Damage Case. O tym zespole nie trzeba wiedzieć dużo, żeby zorientować się jaki jest to typ grania. Nazwa pochodzi od utworu „Damage Case” Motörheadu z płyty „Overkill”.


Ponadto jest zespołem, który przetrwał dzięki uporowi, determinacji i sile muzyki liczne zmiany składu i przeciwności. Istniejący od 1998 roku zespół nie jest tak sławny jak kapela Lemmy’ego i nie dorównuje Motörheadowi, ale jest grupą niezwykle energetyczną i dosłownie zarażającą chęcią życia na przekór wszystkiego.
Przyniósł DC zmianę klimatu. Z mroków i zakamarków duszy wyjechaliśmy z rykiem motocyklowego silnika na pustynię rock’n’rolla. Pierwszy był kawałek pod znamiennym tytułem „Rock Out”.


A następnie kolejne utrzymane w tonacji zahaczającego o thrash metal rock’n’rolla, może nawet z elementami stonera. Obok własnych kompozycji zaprezentował covery „Paranoida” Black Sabbath (ostrzej i ciężej niż oryginał) oraz „Ace of Spades” Motörheadu. Cóż można powiedzieć o graniu? Nie odkrywają niczego nowego i nie wymyślają niczego nowego, po prostu grają żywiołowo i energetycznie i dobrze się przy tym bawią, publika zresztą też. DC to zespół imprezowy, w sam raz na koncert pod chmurką i do wypicia piwka.


Obawiam się, że wszelkie studyjne wydawnictwa zabijają to, co reprezentuje zespół – konkretny styl życia i grania, w każdym razie dostępne nagrania wołają o pomstę do nieba i ciężko mi byłoby cokolwiek z nich wyciągnąć. Powiem szczerze, że i z koncertu trochę mało wynieść można – przepity wokal trochę grzązł (ktoś się nawet źlił), nic oryginalnego nie ma, ale w sumie – czego wymagać więcej jeśli nie dobrej zabawy?
Damage Case to właśnie zabawowy zespół, który nie przerwanie od ponad dekady może nie skopuje tyłków, a raczej głaszcze po główce, ale na pewno jest znacznie bardziej interesującą grupą, która gra ten typ muzyki od młodego zespołu Wolne Owce (ciekawe co się dzieje z chłopakami) czy Fire Breathing Machine, które prezentowało się tydzień wcześniej wraz z Repulsorem.

Ostatni zagrał zespół straszliwy i koszmarny o nazwie kosmicznie wręcz głupiej – Metaliator. Priorytety i cele zespołu, trzeba przyznać ciekawe, brzmią następująco: szybkie tempo i dobre riffy, granie porządnego thrashu, promocja polskich tekstów krajowej muzyce metalowej oraz energiczna i głośna gra na żywo.
Szkoda, że tylko brzmią. Na żywo właśnie zespół przedstawia się masakrycznie. Riffy są nudne i zlewające się w męczącą papkę, gra perkusji nie zachwyca, tylko nieprzyjemnie wali po głowie, a wokalistka (!) to po prostu jakaś pomyłka.
Proszę sobie wyobrazić małą, chudą dziewczynkę w szortach, koszulce na ramiączkach, kaloszach i burzy rudych włosów, która, trzeba przyznać mocnym i zadziornym głosem, drze się do mikrofonu, skacze i miota się po scenie.


Dosłownie drze się, bo śpiewem to bym tego nie nazwał. Co jeszcze? Polskie teksty może i są, ale nie zrozumiałem ani jednego słowa, poza zapowiedzią do jakże ambitnej „piosenki o piekle”. Osoby, które pogowały i moshowały pod sceną na pewno bawiły się dobrze, ale nie jestem wcale przekonany, czy pozostali bawili się równie dobrze. Ja raczej miałem nie tęgą minę, a uszy dosłownie mi puchły (basiście Desert of Shaodows zresztą też).


I jeszcze sprofanowany, dosłownie i w przenośni, cover utworu „Overkill” Motörheadu (zdecydowanie wolę wykonanie oryginalne, skróconą wersję grupy Overkill i granie kawałków zespołu Lemmy’ego przez Damage Case).
Wróciwszy do domu musiałem uspokoić się kojącą dawką dźwięków, jakimi były kwartety smyczkowe G. F Handla oraz obejrzeć sobie film na podstawie prozy Terry’ego Pratchetta.

Podsumowując, nie był to wieczór obfitujący we wrażenia. Jedyny zespół, który naprawdę mnie zainteresował należy bowiem do stylistyki, która zazwyczaj mnie odrzuca.
Desert of Shadows przy odrobinie szczęścia może całkiem daleko zajść i sporo namieszać w naszym kraju. Niepozostawiający złych wrażeń, ale i nieporażający Damage Case wyróżnia jedynie silna wola przetrwania i niespożyta chęć grania – i chwała im za to, że są zespoły, które po prostu są, nie ważne już nawet co i jak grają. Czasem bowiem wystarczy być.
Metaliator z kolei to niestety porażka – stylistyczna i pod względem materiału. Dobre granie to nie jest, szacunek jednak należy się wokalistce – niepozorny wygląd, a jak się drze, szkoda tylko, że to darcie się jest takie nieskładne i zgrzytliwie brzmiące.
Ten zespół ma najmniejsze, moim zdaniem szanse, żeby przetrwać. Ale czas pokaże, może i oni znajdą swoją ścieżkę i styl, może będą równie zdeterminowani i silni, żeby być.
Za wszystkie trzy (za Metaliatora jednak trochę mniej – ze złośliwości i przekory) trzymam kciuki i życzę sukcesów, przetrwania właśnie oraz rozwoju w granicach granej muzyki.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza