sobota, 4 czerwca 2011

WNS II: Ninth Moon Black, Insomnium, Riverside

Trzy krótkie wydawnictwa, zatem trzy krótsze teksty. Trzy praktycznie różne style muzyczne i trzy różne podejścia do grania. Jedna to przedsmak nadchodzącego, jak sądzę, wydawnictwa, druga, choć krótka, to tak naprawdę pełnoprawna płyta, a trzecia to tak zwana płyta rocznicowa. Jedna to koncept album, druga to zaledwie dwu utworowe wydawnictwo, a trzecia to trwająca ponad pół godziny epka utytułowanej i uznanej w Polsce i zagranicą rodzimej formacji. Na warsztat idą: Ninth Moon Black – „Kalyug” z 2010 roku, niedawno wydany singiel Insomnium – „Weather the Storm” oraz wydane z okazji dziesięciolecia istnienia grupy Riverside – „Memories In My Head”.

1. Ninth Moon Black – Kalyug (2010)


Grupa Ninth Moon Black wywodzi się z północno-zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i ma na swoim koncie wydaną w 2007 roku debiutancką, długogrającą płytę, zatytułowaną pop prostu „Ninth Moon Black”. Wydany w 2010 roku minialbum „Kalyug” został zrealizowany i rozpowszechniony własnym sumptem. Ten minialbum to koncept oparty na założeniu regresu ludzkości w kierunku egocentrycznego sposobu bycia. Tłem utworów są nagrania wypowiedzi Michaela Cremo, nawiązujące do terminologii hinduistycznej kosmogonii, skąd zaczerpnięto zarówno terminologię, jak i przekaz. Niesamowite wrażenie robi już sama okładka: pośrodku widzimy jakby kulę ziemską, z której wylewają się obrazy. W samym środku płonące ruiny miasta, po bokach migrujące lub martwe zwierzęta, dym i mrok pośród, w którym można wyróżnić tajemnicze twarze i chaos umierającego, ginącego świata.
Otwierający płytę „Harbringer” wyłania się z mgły powoli i ambientowo, na jego tle mroczne tony pianina, które wprowadzają w coś w rodzaju hipnotycznego transu. Pierwsze czytanie Michaela Cremo: dowiadujemy się zeń, że aktualnie znajdujemy się w ostatniej z czterech er – erze wojny i hipokryzji. Gładko przechodzimy do drugiego utworu, tytułowego. Przestrzenna gitara, unoszący się bas i narastająca perkusja. Całość zaczyna płynąć, nabierać tempa. Mimowolne skojarzenia z eksperymentami Hawkwind przetworzone przez postmetalowe, a nawet mathcorowe rozwiązania. Trzeci utwór to „Causatum” – unosząca się, narastająca melodia uzupełniona pulsującą perkusją. Ponownie wzbogacony wypowiedziami Cremo. A zaraz po nim, ostatni na płycie utwór, trwający trzynaście minut z sekundami absolutny majstersztyk „Satya Yuga”.
Epicka, pochodowa i bardzo przestrzenna suita obfituje w liczne przestery, zmiany tempa, łamania rytmu i mocne akcenty. Kilka zwolnień do wypowiedzi Cremo w trakcie. Gdzieś przemykają w głowie skojarzenia z wspomnianym Hawkwindem, czy nawet z grupą Amplifier, która wszak czerpie z bardzo podobnych inspiracji jak NMB.
Podsumowując, jest to płyta niezwykła i magiczna. Na pewno nie jest to płyta łatwa, ale każdy, kto obraca się w podobnych klimatach, ubóstwia progresywne pasaże lub szuka metafizycznego przeżycia, odkrycia czegoś nowego nie powinien obok tej płyty przejść obojętnie. 5/5

2. Insomnium – Weather the Storm (2011)


Ta skandynawska formacja nie była mi wcześniej znana, ale z ciekawości sięgnąłem po najnowsze wydawnictwo, jakim jest singiel „Weather the Storm”. Po zapoznaniu się z nim sięgnąłem po wcześniejsze dokonania Insomnium. Grupa wydała, jak dotychczas cztery bardzo dobre albumy: „In the Halls of Waiting” (2002), „Since the Day It All Came Down” (2004), „Above the Weeping World” (2006) oraz „Across the Dark” (2009). Stylistyka grupy to połączenie melodyjnego death metalu z metalem progresywnym. Znany jest również ze współpracy z formacją Dark Tranquillity, co jest zaznaczone choćby na okładce tego właśnie singla.
Pierwszy na płycie jest utwór tytułowy. Bardzo melodyjny riff prowadzący i interesujący growlowany wokal. Przystępna konstrukcja kawałka przywodzi na myśl wczesny Opeth. Druga kompozycja to instrumentalny „Beyond the Horizon”. Zaczyna się on łagodnie, od akustycznej gitary i łagodnych uderzeń perkusji. Całość powoli, melancholijnie narasta aż do wejścia ostrzejszego riffu. Ma się wrażenie jakby się szło po tafli wody prosto do styku horyzontu z jej powierzchnią. Skojarzył mi się też trochę ten utwór z końcówką „The Count of Tuscany” z ostatniej płyty DT „Black Clouds And Silver Linnings”. Piękny i rzewny to kawałek.
Singiel ten stanowi zapewne preludium do płyty grupy Insomnium, która pewnie ma się pojawić w najbliższym czasie, choć nie znalazłem żadnej informacji o nadchodzącym długogrającym wydawnictwie. Jest to też bardzo dobre wprowadzenie do twórczości Insomnium, która powinna zainteresować nie tylko wielbicieli progresywnego melodyjnego death metalu, ale także wszystkich tych, którzy chcą posłuchać dobrej, skandynawskiej muzyki. A jak powszechnie wiadomo, Skandynawowie to mistrzowie pięknej muzyki, bez względu na to, za jaki gatunek się zabiorą. 5/5

3. Riverside – Memories In My Head (2011)


Tej grupy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Uznana w kraju i za granicą polska grupa szturmem zdobyła popularność rewelacyjną „Reality Dream Trilogy” (2003 – 2007), a następnie wydała w 2009 roku bardzo dobry album zatytułowany „Anno Domini High Definition”. Od czasu powstania zespołu minęło dziesięć lat, grupa postanowiła to uczcić nie tylko serią koncertów, ale także zapowiedzią kolejnego albumu oraz rocznicową epką, będącą nie tyle podsumowaniem tych dziesięciu lat, ile retrospektywnym spojrzeniem na dawne Riverside z początków działalności, znane choćby jeszcze z pierwszej płyty „Out of Myself ”, a zwłaszcza z epki „Voices In My Head” wydanej w 2005 roku.
Tytuł rocznicowego wydawnictwa nawiązuje zresztą, jak widać bardzo wyraźnie do tamtej płytki, muzyka zresztą miejscami też. I do tego jeszcze, jak zwykle fantastyczna okładka, również wyraźnie nawiązująca do tytułu płyty i zawartego nań materiału.
Minimalistyczne, mroczne i bardzo klimatyczne, narastające wejście pierwszego utworu pod tytułem „Goodbye Sweet Innocence”. Następnie powoli wchodzi gitara oparta na unoszących się klawiszach i łagodny wokal Dudy. Utwór powoli rozwija się i dopiero po około czterech minutach troszkę przyśpiesza. Jednakże nie ma tu połamańców czy pędzących elementów, wszystko jest wyciszone, unoszące się i powolne. Wprawne ucho wyłapie zapewne melodię z pierwszych płyt, do których kawałek wyraźnie nawiązuje. Fantastyczny, prawie jedenastominutowy (10:40) kawałek na końcu delikatnie schodzi i płynnie przechodzi w dwunastominutowy „Living In The Past”, którego początek skojarzyć można z Archive. Klawisze wygrywają wibrujący ton, narastająca perkusja…
Później przestrzenny i mroczny płynący dawny Riverside. Znów łagodny, przepełniony smutkiem, duszny wokal Dudy, którego tak bardzo brakowało na „ADHD”. Trzeci, a zarazem ostatni jest najkrótszy na płycie, trwający około dziesięć minut (9:57) utwór, który znalazł się również na ścieżce dźwiękowej nie dawno wydanej gry komputerowej „Wiedźmin 2: Zabójcy Królów”, pod tytułem „Forgotten Land”. Rozpoczyna się on od mrocznego basowego akordu, wchodzi perkusja i wokal Dudy. Unoszące się klawisze dochodzą po chwili. Kawałek robi niesamowite wrażenie, jeśli chodzi o klimat i przestrzeń, z powodzeniem można wyobrazić sobie Geralta, bohatera sagi Sapkowskiego przemierzającego niegościnne, zapomniane terytoria w poszukiwaniu kolejnych wyzwań…
Utwór kończy się powtórzeniem początkowych fragmentów pierwszego utworu, historia zatoczyła koło, podróż przez pamięć i wspomnienia zakończona.
Jest to płyta bardzo interesująca, zwłaszcza dla zagorzałych fanów Riverside, a ja do takich właśnie należę, ale także dla tych, którzy swoją przygodę z tym niezwykłym polskim zespołem rozpoczynają. Nie daje ona odpowiedzi jaka będzie nadchodząca płyta grupy, ani w żaden sposób nie odstaje od poprzednich albumów. Pozostaje jednak pewien niedosyt, wrażenie, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Powrót do dawnego stylu na potrzeby tego wydawnictwa wypadł ciekawie, ale wydaje się być trochę niepotrzebny. Od Riverside oczekuje się jednak czegoś więcej, dlatego ode mnie zaledwie czwóreczka (byłaby z minusem, ale nie ma takiej oceny), a i tak jest to bardzo wysoka i nobilitująca, jak sądzę nota. 4/5

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza