niedziela, 26 czerwca 2011

Relacja XIV: Tone Shot Metal Fest Vol. I (Klub Rockz, 25 VI 2011)

„Apetyt rośnie w miarę jedzenia” – to powiedzenie zna każdy, zauważyłem jednak, że powinno się powiedzieć: „Zainteresowanie rośnie w miarę bywania”. Dotyczy to nie tylko mojego bloga, ale także młodych zespołów, które dotąd z niewiadomych powodów nie zdążyły się wybić, zaistnieć bardziej niż lokalnie. Im więcej się będzie pisało i promowało młode grupy, im więcej będą grać, tym większe są bowiem szanse, że zainteresowanie ich graniem urośnie do podpisania kontraktów ze światowymi labelami produkcyjnymi, a nawet koncertów obok największych sław gatunku w jakim się obracają.
Wychodząc z takiego założenia, nie tylko z czystej ciekawości, ale również z chęci posłuchania bardziej ekstremalnych odmian muzyki metalowej, wybrałem się do gdyńskiego Rockza. Nie zawiodłem się. Cztery zespoły, cztery nieco inne podejścia i tylko jeden, który moim zdaniem odstawał od całości. I do tego jeszcze trzy zespoły, które jak przystało na prawidła gatunku, rozwaliły mnie i dosłownie zmiotły z powierzchni ziemi.

1. Influence


Grupa powstała w październiku 2008 roku w Goleniowie, miejscowości pod Szczecinem. Muzycy łączą w swojej muzyce techniczny death metal z elementami progresji. Zespół ma fantastyczne podejście marketingowe zakładające organizowanie koncertów w kraju i za granicą na zasadzie tak zwanej wymiany, zarówno z grupami polskimi, jak i zagranicznymi.
To zespół otwarty na współpracę i nie zamykający się w sztywnych regułach gatunkowych, grający z pasją i z pomysłem na rozwój zarówno swojego, jak i innych zespołów.
Jak to w regułach gatunku bywa, tytuł utworu jest odpowiednio przedstawiony, a zatem wycharczany i nie do usłyszenia (na pewno nie przy pierwszym zetknięciu i to w dodatku koncertowym). Z tej oto przyczyny trzeba się skupić na warstwie muzycznej.
Obok bardzo dobrych melodii i ciekawych riffów, na plus trzeba zaznaczyć świetny growlowany wokal i bas, który najczęściej ginie pomiędzy gitarami, jednak tu był idealnie słyszalny i co najważniejsze grał swoje, a nie tylko powtarzał to, co grają gitary.
Żałuję, że nie mogę opisać konkretnych utworów, nie tylko dlatego, że nie udało mi się uchwycić tytułów poszczególnych kawałków, ale również dlatego, że zespół zagrał najkrócej ze wszystkich kapel wieczora. Było to raptem sześć utworów, ale pod każdym względem dopracowanych i brzmiących bardzo ciekawie i mocno. Szkoda, że grali tak krótko, całość występu grupy Influence nie trwała chyba nawet pół godziny…

2. Sincretic


Zgodnie z nazwą gdański zespół skupia w sobie różnorodne podejście do granej muzyki i zróżnicowany growlowany wokal. Znajdziemy to zarówno elementy melodyjnego death metalu, jak również tradycyjnego, technicznego death metalu, a nawet elementy wyraźnie zbliżające się do muzyki progresywnej. Podobnie jak w przypadku Influence, tytuły kawałków były niezwykle trudne do uchwycenia, więc jeśli je uchwyciłem, to podaję je tak jak usłyszałem.
Pierwszy kawałek z rosnącym wejściem i po chwili mocne uderzenie z kapitalnym growlem uzupełnionym ciekawym screamo. Drugi kawałek o podobnej konstrukcji z fantastycznym „szeptanym” zwolnieniem. Zaraz potem wokalista oznajmuje, że „przyjechali tutaj rozpierdolić tę budę”. Naturalnie, do rozpierdolenia budy nie doszło, ale na pewno moc i niesamowita energia zawarta w kompozycjach grupy mogłaby klub rozwalić, ograniczenia wynikające z „dobrego zachowania” jednak do tego nie dopuściły. Niewątpliwie słuchacza takie granie może rozwalić w kontekście zadowolenia z słuchanej muzyki, i muszę przyznać, że bardzo mi się ten zespół spodobał. Fantastycznie wypadł wibrujący i narastający z każdą sekundą „No eyes at the day”. Po prostu miazga. Duży plus należy się grupie Sincretic za utwory po polsku. „Po czasach ciemności przychodzi światło. Utwór nosi tytuł: „Bóg Ciemności. Światło.” – powiedział wokalista i nastąpiło klimatyczne wolne, akustyczne wejście, jednak to była zmyła, zaraz nastąpiło przepiękne przypierdolnięcie na całego. Utwór zapachniał mi niektórymi dokonaniami naszych innych (już słynnych) polskich kapel takich jak Vader, Kat czy nawet Frontside. Drugi polskojęzyczny utwór nosił z kolei tytuł „Na płomieni stos” i opowiadał o tym, że „wszystko co dobre, prawe i sprawiedliwe spłonie na stosie”. Znów była moc. Gdyby pod sceną było pogo, a przy takim graniu powinno być, rozpętałoby się prawdziwe piekło. Naszła mnie wtedy też refleksja, że z przyjemnością usłyszałbym „Lucifera” Tadeusza Micińskiego w wykonaniu grupy Sincretic (moim zdaniem wersja Behemotha straszliwie zniekształca piękno tego niesamowitego wiersza, jest nudna i pozbawiona potęgi, a w dodatku okrojona – utwór ma przecież dwie części…).
Kolejne utwory z kolei skojarzyły mi się z twórczością Dark Tranquillity – jakiś taki wolniejszy i melodyjny, bardziej progresywny szlif, z którego ta grupa słynie dał się usłyszeć zwłaszcza po słowach wokalisty: „Koniec z napierdalaniem, nawet Szatan musiał odpocząć”.


Co wcale nie znaczy, że był to koniec koncertu, wtedy właśnie nastąpiło kolejne pierdolnięcie. Utwór „The sound of our scream” i kapitalny utwór „G.O.D” (thrashowe frazowanie i sieka) zwieńczyły występ zespołu. Fantastyczny występ, fantastycznego zespołu.
Zabrakło mi jedynie wstawek z czystymi wokalami (nie musi ich być wiele, tak tylko dla kontrastu) i ewentualnie chórków, które z powodzeniem mogliby wykonać bardzo dobrzy gitarzyści grupy.

3. Driller

Najmniej pasujący do całości zespół, powstał w Gdyni w 2009 roku z inicjatywy braci Wojtka (wokal, bas) i Marcina (wokal wspierający i gitara) Andrzejewskich. Z początku miał to być projekt w klimatach rock’n’rolla, jednak okazało się, że do ich muzyki zakradły się elementy thrash metalu. Wraz z perkusistą Tomaszem Dembkiem rozpoczynają intensywną działalność koncertową. W styczniu 2010 roku widziałem tę grupę w Uchu na koncercie WOŚPu (na tym samym co pierwszy raz widziałem Hurricane), nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć.
W kwietniu tego samego roku do zespołu dołącza drugi gitarzysta – Rafał Mołocznik i zostaje nagrana debiutancka płyta „Hell Trucker”, która zbiera pozytywne opinie, a sam zespół został nawet przyrównany do Slayera (!). Aktualnie zespół pracuje nad nowym materiałem.


Driller anno domini 2011 to zespół znacznie ciekawszy niż półtora roku temu z kilku względów. Przede wszystkim: drugi gitarzysta, który fantastycznie uzupełnia utwory i wypełnia lukę brzmieniową, która w wypadku takiego grania jest bardzo słyszalna gdy jest jeden gitarzysta i (niestety wciąż jeszcze słabo słyszalny) bas.
Drugi powód inności to brzmienie właśnie, jest dojrzalsze, mocniejsze i bardziej przemyślane.
Jest też istotny problem z tym zespołem, a mianowicie niezbyt konsekwentne podchodzenie do kwestii gatunkowych (z jednej strony dobrze, z drugiej źle), gra się bowiem albo cięższego rock’n’rolla albo thrash metal, łączenie dwóch bardzo odmiennych stylów chyba jeszcze nikomu nie udało się w pełni dobrze. Nie można jednak wykluczyć, że jest to granie energetyczne, ciężkie i z dużą dawką tak zwanych jaj.


Dużą wadą jest także, moim zdaniem, koszmarny wokal Wojtka – suchy, bez wyczucia i na jedno kopyto, zupełnie nie pasujący do grania. Nie podoba mi się tez ciągle powtarzana fraza „napierdalamy” – skoro wszyscy słyszą, że napierdalają to, po cholerę to powtarzać? Jest to wokal meczący i jest nie do odróżnienia w każdym utworze (zupełnie jakby pod różnymi kawałkami był ten sam tekst i linia wokalna, a przecież tak nie jest).
Perkusista: pod względem technicznym nie można niczego zarzucić - gra, czy też raczej łomocze swoje, ale w porównaniu z perkusistą poprzedniej kapeli nie potrafi zupełnie zbudować klimatu. Z kolei obaj gitarzyści, według mnie, marnują się w tym zespole…
Driller zaprezentował obok swoich własnych kompozycji (te thrashowe zapachniały nawet Sepulturą okresu środkowego, wczesnym Soulflyem, czy nawet solowym projektem Derricka Greena kongenialną grupą Musica Diablo) własne interpretacje „Ace of Spades” Motörhead (zacna wersja, ale czemu naśladować Lemmy’ego? Można zaśpiewać to po swojemu przecież) czy słynne „Blood Rain” Slayera, coverowane choćby przez Vadera.

Drillerowi brakuje, moim zdaniem, oryginalności i własnej tożsamości, wszystko bowiem już gdzieś było, a odgrzewany kotlet nie jest najlepszym rozwiązaniem. „Polski Slayer” – no można tak powiedzieć, ale sądzę, że jest to jeszcze trochę górnolotne określenie. Przed tym zespołem jeszcze sporo „drążenia” i poszukiwania własnej drogi, ale jestem przekonany, że droga, którą wybiorą w najbliższym czasie zaprowadzi zespół ku lepszemu, na razie jest ogromny postęp w stosunku do roku poprzedniego, ale wciąż nie jest to do końca to, czego by się oczekiwało po zespole łączącym metal z rock’n’rollem i przyrównywanym do Slayera właśnie…

4. Manslaughter


Początki tego gdyńskiego zespołu sięgają 2007 roku, kiedy to zespół powstał z inicjatywy gitarzysty Carriona i perkusisty Mary’ego. Rok później dołączył do nich drugi gitarzysta Grall a w sopockim Long Train Studio (obecnie Music Saloon) zostaje zarejestrowany debiutancki materiał na tak zwane potrzeby własne. Nieco później do grupy dołącza basista Ponchek i wokalista Sinner. W pełnym składzie, w roku 2009 roku zespół nagrywa oficjalną debiutancką płytę pod tytułem „Prelude to Sonic Destruction”. Obecnie zespół szuka wytwórni muzycznej i przygotowuje materiał na drugie wydawnictwo, które planowane jest na ten rok.

Manslaughter od razu rozpoczęło z grubej rury huśtającymi ciężkimi riffami i bardzo interesującym, „szczekanym” growlem. I tym razem nie dosłyszałem tytułu, ale już pierwszy zaprezentowany utwór mnie zainteresował, a dalej było tylko ciekawiej. Większość utworów, które zagrała grupa były ich autorskimi kompozycjami, o dość wolnej ale ostrej, miażdżącej konstrukcji. Zgodnie z nazwą zespół dosłownie zarzyna kapitalnymi pomysłami i rozwiązaniami podejmowanymi w kolejnych kawałkach.
Właśnie muzyka w Manslaughterze podoba mi się najbardziej, wokal podobał mi się trochę mniej, z początku bowiem wydawał się trochę drażniący, ale z łatwością przyzwyczaiłem się do niego w trakcie koncertu. Nie obyło się bez coverów, zagranych znacznie ciężej niż oryginały i trzeba przyznać, że bardzo, bardzo interesująco. I tak obok utworu grupy Sodom został zagrany kawałek Testamentu (który z podobnymi brzmieniami wszak eksperymentował w ostatnich latach).
Niestety z racji niezrozumiale wypowiadanych tytułów, również i tu nie jestem w stanie określić szczególniej konkretnych kawałków, ale wszystkie bez wyjątku zostały zaprezentowane miażdżąco i z ogromną dawką mocy i szatańskiej wręcz energii.
Absolutnie rewelacyjny koncert i absolutnie rewelacyjny zespół, uważam nawet, że najciekawszy z wszystkich, które zaprezentowały się tego wieczora w Rockzie.


Podsumowując, był to koncert niesamowity i przedstawił zespoły znakomite i bardzo interesujące, konsekwentnie „wyrąbujące” sobie drogę do czegoś więcej niż zaściankowego grania po małych klubach (a takim niestety jest Rockz), które mają szanse na zaistnienie i wybicie poza obręb naszego kraju i koszmarnie słabo rozwiniętego rynku muzycznego.
Z death metalem jest jak z bluesem – tę muzykę trzeba poczuć, aby zrozumieć. Trzy zespoły (Influence, Sincretic i Manslaughter) zdecydowanie czują i rozumieją to granie, są w stanie pociągnąć energią płynącą ze sceny do rewelacyjnej zabawy. I tylko jeden odstawał od całości (bardziej stylistycznie, aniżeli umiejętnościami), ale zawsze jednak. Trochę szkoda.
I tak: Influence przy ciekawym podejściu do grania ma kapitalny pomysł na promowanie siebie i innych zespołów. Sincretic łącząc skrajne inspiracje tworzy muzykę ze świetnymi tekstami i niebanalnym przekazem (co w death metalu wcale nie jest takie oczywiste).
Driller ma przed sobą jeszcze długą drogę i wiele do zmienienia, ale jest to grupa, która jest w stanie się wybić dzięki determinacji, wytrwaniu i charyzmie, której nie można grupie zaprzeczyć. I wreszcie Manslaughter… wiem jedno, o tym zespole będzie jeszcze głośno.

2 komentarze: