niedziela, 2 grudnia 2018

Coheed And Cambria - Vaxis Act I: The Unheavenly Creatures (2018)


Dziewiąty album studyjny amerykańskiej grupy Coheed And Cambria po raz ósmy zabiera w podróż w czasie i przestrzeni w kolejnej odsłony sagi The Armory Wars, którą konsekwentnie panowie rozbudowują od swojej debiutanckiej płyty, z małą odskocznią w ramach poprzedniego krążka "The Color Before The Sun", gdzie na chwilę porzucono główną sagę i stworzono osobną, niezwiązaną z nią płytę rozwijającą jedynie brzmienie formacji. Najnowszy zaś nie tylko wypełnia niemal całe osiemdziesiąt minut srebrnego dysku (siedemdziesiąt dziewięć minut i dziewiętnaście sekund), ale także jest najbardziej bombastycznym materiałem w ich karierze...


Na początek usypianie czujności, czy też raczej cisza przed burzą w postaci pianinowego wstępu 'Prologue", które po chwili przechodzi w mroczną elektronikę i filmową narrację wprowadzającą w znakomity utwór "The Dark Sentencer" o rozpędzającym się tempie i świetnie pasującym stadionowym wykrzykiwaniem w tle, które na koncertach będzie mógł powtórzyć tłum fanów. Ostre gitarowe riffy i marszowe tempo numeru podobało mi się już od początku, gdy wypuszczono go jako singiel. Niektórych może odrzucać charakterystyczny wokal Claudio Sancheza, który na tym albumie jest szczególnie uwydatniony i nastawiony na wysokie partie, a te u niego prawie zawsze wchodzą w nerwowe vibrato.  Dodatkowo pojawiają się partie wokalne przerobione przez vocoder, co w tym wypadku daje ciekawy efekt, ale nie jestem zwolennikiem tej techniki. Przy okazji czy finałowe akordy na pianinie nie kojarzą się Wam trochę z "The Empire of the Clouds" Iron Maiden? Po niemal ośmiu minutach (dziesięciu razem ze wstępem) przechodzimy do bardzo dobrych "Unheavenly Creatures" czyli utworu tytułowego, a zarazem drugiego singla z płyty. Tu po progresywnym, mrocznym, filmowym w wymiarze kawałku panowie sięgają po alternatywę i dają upust szaleństwu w skocznym, krótszym i dużo krótszym utworze, który mógłby znaleźć się na którejś z ich wcześniejszych związanych z sagą albumach. Następny w kolejce jest świetny "Toys" który wyłania się z ciszy i zdaje się skręcać w spokojniejsze rejony, ale to te mylące pozory, bo wyciszone tło przerywane jest mocnym gitarowym riffem, który po chwili kapitalnie rozwija kawałek do hard rockowych przefiltrowanych przez alternatywę i progresywne granie w stylu Rush momentów.

Po nim czas na równie udany "Black Sunday" który kontynuuje cięższe, ale zbliżone do hard rocka, granie ale odrobinę tylko zwalniając do marszowego tempa z początku albumu i bardzo ciekawie harmonizując je zwolnieniem przy końcówce, które znakomicie komponuje się z wolnym, znów skoncentrowanym na mroczniejszej grze "Queen of the Dark" i wolniejszym tempie wpisującym się bardziej w alternatywne zamiłowania Coheed And Cambria. Dobrze wypada też "True Ugly" w którym wracamy do szybszego grania o zdecydowanie przebojowym charakterze, mocno czerpiącym z estetyki hard rocka, a nawet punka. Panowie zdają się w nim nawiązywać do swojego najwcześniejszego, debiutanckiego albumu "The Second Stage Turbine Blade", ale jednocześnie sięgają do brzmieniowo lepszej wersję tegoż, czyli jego prequel "Year of the Black Rainbow". Po nim wskakuje ballada "Love Protocol" który ponownie zwalnia i uspokaja (nawet w szybszym fragmencie jest zdecydowanie wolniej i jakoś rzewniej). Tu skojarzenia mogą niemal wędrować w kierunku U2, ale głównie ze względu na skręcenie w alternatywne rejony i pojedynczy główny riff. Następny w kolejce jest "The Pavilion (A Long Way Back)" znów trochę kojarzący się z U2, ale bardziej z tymi szybszymi numerami z lat 90tych i w moim odczuciu to jeden z tych słabszych momentów płyty, która jak na swoją długość i tak zaskakuje równością oraz trzymaniem w napięciu przez cały czas trwania. Znacznie fajniej wypada również zabarwiony alternatywą rozpędzający się "Night-Time Walkers" o marszowym tempie, wykorzystaniem elektroniki i zbierającym niemal wszystkie oblicza Coheedów w jeden kawałek. Nie przeszkadza w nim nawet ponowne użycie vocodera, choć spokojnie mogłoby się bez niego obyć.

Trzeci singiel, czyli bardzo dobry, zróżnicowany "The Gutter" powoli zmierza ku końcowi albumu. Zaczynający się zaraz po elektronicznym zakończeniu poprzednika wejściem pianinowego wstępu i wokalizy Sancheza. Po chwili całość zaczyna się rozpędzać wraz z wejściem gitar i perkusji, a wówczas ponownie zaczyna się jazda bez trzymanki, utrzymana zarówno w średnim, marszowym tempie, jak i znacznie szybszych rozwinięciach, nie brakuje w nich jednak także zwolnień i nawiązania do... Queen i Dream Theater, dokładnie w tym samym momencie, czyli jego finale. "All On Fire" jest następny i nawiązuje bezpośrednio do okładki album, gdzie dwie postacie ściskają się podczas gdy pośród nich wali się cały świat, który dotychczas znali. Wracamy do bardziej gitarowych brzmień, ponownie trochę jakby wyjętych z pierwszych płyt, a zwłaszcza punkowo-hardcore'owego okresu debiutu. Po nim wpada "It Walks Among Us" z jakby etnicznym wstępem, szybko przechodzącym do rozwijającego się gitarowego riffu wraz z którym stopniowo przyspieszamy. Choć sam utwór jest udany, to w tym momencie można poczuć lekkie znużenie długością albumu, bo mimo że wcześniej zaznaczyłem, że trzyma on w napięciu od początku do końca, to nie obraziłbym się gdyby był nieco krótszy, bardziej skondensowany. Przedostatni, a zarazem czwarty singiel z płyty, czyli "Old Flames" ponownie zwalnia, wycisza i wita pianinem. Tym razem jest to jednak jedynie usypianie czujności, bo zaraz przyspieszamy. To bardzo udany numer i zarazem esencjonalny dla brzmienia Coheed And Cambria. Na zakończenie wpada jeszcze numer zatytułowany "Lucky Stars", czyli lekka gitarowa ballada.

Ocena: Pełnia
Najnowsza płyta Coheed And Cambria jest bardzo zwarta, choć mogłaby być krótsza i zamykać się chociaż w siedemdziesięciu minutach, a nie niemal osiemdziesięciu. Jest na niej kilka bardzo dobrych, naprawdę wciągających numerów, choć mam trochę żal do Sancheza i spółki, że zrezygnował na niej z rozwoju stylistycznego swojego brzmienia, bo nowa muzyka pod tym względem stoi w miejscu. Każdy wcześniejszy czymś się wyróżniał, przesuwał styl grupy w nowe rejony, a na tym mamy wszystkie te elementy w jednym miejscu. Kolejna część sagi przypadnie też zdecydowanie bardziej do gustu tym wszystkim, którzy przepadają za Coheed And Cambria. To, co naprawdę robi wrażenie na tym krążku to mocna, dopracowana i zarazem najbardziej filmowa produkcja brzmienia ze wszystkich wcześniejszych płyt. Nie przyciągnie on jednak raczej nowych słuchaczy, bo jest to pod względem stylistyki i historii świat dość hermetyczny, który może słucha się przyjemnie, ale czasem można poczuć znużenie. "Vaxis" bowiem to album dla najwierniejszych i najbardziej zagorzałych fanów zespołu Sancheza, pozostali będą się czuć zagubieni i nieswojo. Jeśli zaś chodzi o mnie, to nadal nie mogę powiedzieć, że jestem fanem, ale tak jak na poprzednich, tak i na tym znalazłem kilka naprawdę świetnych numerów, które mogę polecić każdemu lubiącemu progresywę pomieszaną z alternatywą, przebojowym zacięciem i mocnym brzmieniem.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza