wtorek, 29 listopada 2011

Marla Cinger - Hexagon EP (2011)


Marla Cinger, czyli solowy projekt Asi Kucharskiej - basistki Kiev Office - wzbogacił się o nową odsłonę (premiera 3 grudnia). Właśnie wydana epka jest płytą krótką (rzecz oczywista), ale bardzo intrygującą i prawdopodobnie zapowiadającą  drugą płytę zespołu. Pierwszej płyty nie słyszałem, więc nie będę się odnosił do tego, co było, lecz do tego co jest - co można usłyszeć na tym krążku. Pamiętam, że słyszałem raz Marlę na żywo podczas występu w sopocko-gdyńskich Kolibkach, jednak dokładna data niestety umknęła mi pamięci, ale było to jakieś dwa, trzy lata temu w wakacje. Nie zachwyciłem się podówczas, podobnie zresztą jak swego czasu Kiev Office. Ale zmienia się człowiek i zmieniają gusty muzyczne. Zaczynamy zatem, a na pierwszy ogień idzie niezwykła okładka.

niedziela, 27 listopada 2011

RXXVII: Blind Crows (25 XI 2011, Cruiseriders Sopot Club, Gdynia)

W nowym gdyńskim klubie Cruiseridersów w Gdyni Grabówku przy ulicy Osada Kolejowa 2, którego otwarcie nastąpi na początku przyszłego roku, odbyła się impreza Andrzejkowa, w ramach której zagrał gdański zespół Blind Crows, który miał okazję już występować pod szyldem Cruiseriders 14 maja na Zlocie Motocyklowym w Gołuniu.
Blind Crows A.D XI 2011

Blind Crows po raz pierwszy zaprezentowało się w nowym, czteroosobowym składzie, czyli Zim Zum na gitarze basowej, Kitek na wokalu, Frodo na gitarze oraz Mańka na perkusji.
Zim Zum i Frodo w akcji

Współzałożyciel i gitarzysta grupy Kleryk nie występuje już od jakiegoś czasu w zespole, co przyczyniło się do sporych zmian stylistycznych. Określany przez muzyków jako Blind Rock styl ewoluował i przybrał nowy, bardziej agresywny wizerunek. Wśród zaprezentowanych przez Wrony utworów znalazły się zarówno doskonale znane już publiczności takie kawałki jak: „Droga”, „Kłamca”, „Pająk” czy „Dodzia w Wejherowie”. Nie zabrakło również utworu Mańki - pod tytułem "Nic".
Mańka w utworze "Nic"

Nie zabrakło także coverów, które zespół traktuje jako własne, pełnoprawne utwory, a mianowicie „Kibla” z Formacji Nieżywych Schabuff oraz utworu „Biegać, skakać” znanego z „Poradnika młodego zielarza” z filmu „Podróże Pana Kleksa”, którego ostrzejsza rockowa wersja może się bardziej spodobać niż oryginał wszystkim fanom mocniejszego przywalenia. Blind Crows zagrało również dwie nowe kompozycje zatytułowane „Żmija” i „Kurczak”. Podobnie jak w Gołuniu, i tym razem dopisała frekwencja. Zadowoleni słuchacze, w tym także motocykliści, dopytywali się kiedy i gdzie następny koncert.
Frodo



Blind Crows jest bowiem zespołem, który nastawiony jest przede wszystkim na dobrą zabawę, a nie szerzenie głębokiego przesłania. Niewątpliwie zatem trafił w gusta obecnych podczas otwarcia klubu, jak również po prostu – gdyńskiej publiczności.

Uwagę przykuwał również Kitek, który zmieniwszy nieco swój dotychczasowy wizerunek fantastycznie wpisywał się w klimat kawałków i z jeszcze bardziej zadziornym niż dotychczas wokalem, łączył agresję z ruchem, którym mógłby zarazić każdego nawet najbardziej bezruchowego i statycznego człowieka. Obecnie niewiele młodych zespołów jest w stanie odważyć się na coś takiego. Warto też odnotować, że podobnie jak w Gołuniu, koncert i otwarcie klubu uświetniła ładna tancerka.
Kitek

Niewątpliwie, ten koncert Wron był inny niż dotychczasowe i niewątpliwie należy do ich najbardziej udanych występów. Wszyscy Ci, którzy dotychczas nie mieli okazji ich usłyszeć, a mają ochotę na odskocznię i powiew świeżości powinni wybrać się na ich kolejny występ.
Trójmiejscy motocykliści, jak również wszyscy sympatycy ryczących mechanicznych ogierów już wkrótce będą mieli swój mały, własny zakątek. Cruiseriders'om życzę wszystkiego najlepszego – rośnięcia w siłę członków, powiększania ilości koni mechanicznych i równie udanych imprez jak, ta która miała miejsce w ostatni piątek.




Spisał: Kahun
Poprawki: Lupus

czwartek, 24 listopada 2011

RXXVI: Blue Jay Way, Mandalor, Shadowsight (23 XI 2011, Ucho, Gdynia)

Trójmiasto wzbogaciło się o kolejny bardzo ciekawy zespół. Obok grup, które konsekwentnie budują swoją reputację i należą niewątpliwie do najważniejszych młodych zespołów Trójmiasta, zaprezentował się pierwszy raz zespół Mandalor. Ciężko stwierdzić, kto był największą gwiazdą tego koncertu – wszystkie pokazały klasę i zagrały bardzo dobrze. No, ale zacznijmy od początku.

Filip Arasimowicz
Najpierw wystąpił zespół, który poniżej pewnego poziomu nie zejdzie chyba nigdy. Blue Jay Way zaprezentował utwory znane chyba już wszystkim, jak również zupełne nowości. Na początek „Zabójcze maszyny” – jeden z najświeższych kawałków, a później obok hitów jakimi są „A niech ma”, „Pierdolone życie”, „Amerykański” czy „Pragnę Cię” również inne nowości: „Utopijny świat” i bardzo interesujące ostre „Cztery Ściany”. 
Tomek Besser
Nie zabrakło też zawsze fantastycznego utworu „Ostatnie tchnienie” – przy którym nie mogło się obyć bez ciarek na plecach - co jest takiego w tym utworze? Nie wiem, ale należy do moich najbardziej ulubionych utworów BJW, obok „A niech ma” i dawno nie granego już „Opętanego”. Zagrali trzynaście numerów, jako ostatni wybrzmiał „Rock’n’roll” po czym udostępnili scenę chłopakom z Mandalora.


O tym drugim zespole trzeba napisać nieco więcej. Mandalor powstał z inicjatywy gitarzysty Piotra Ryżyńskiego i perkusisty Damiana Ciupińskiego. 
W październiku 2010 roku do duetu dołączył drugi gitarzysta – Dominik Niklas. Przez jakiś czas wokalistą zespołu był Mateusz Styk, jednak ten odszedł z zespołu, by dołączyć do Babiaków.
Piotr Ryżyński

Nieco później do Mandalora dołączył basista – Michał Geratowski. Z nowym wokalistą jednak Mandalor miał większy problem i szukali go ponad trzy miesiące i w końcu stanowisko gardłowego objął Oskar Charuta. Minęły cztery miesiące i Mandalor postanowił pokazać się na żywo. Nazwa grupy to z kolei gra słowna – odnosząca się zarówno do Mandalorian z Gwiezdnych Wojen, ale również do słowa „mandala” pochodzącego z religii hinduskiej, które jest odpowiednikiem chrześcijańskich ikon. Samo słowo oznacza zaś zdrowie, szczęście. Nie da się Mandalora jednoznacznie zaszufladkować, bowiem to, co chłopaki grają, wymyka się wszelkim klasyfikacjom – i bardzo dobrze, bo wcale nie miałem zamiaru przymierzać się do ustalania stylu. Nie oto przecież chodzi, żeby z góry wrzucać kapelę do worka z etykietką. Jak mówi gitarzysta grupy Piotr Ryżyński: Gramy co nam wpadnie do ucha i dobrze nam idzie. Nie ma w tych słowach ani krzty przekory, bo faktycznie dobrze im idzie. Ich granie to luźna mieszanka post-metalu z hard rockiem, punkiem, popem a nawet rapem. Gdzieś przemykają nawet stoner i groove metalowe skojarzenia – w każdym razie jest energetycznie, brudno i ciekawie.
Michał Geratowski

Mandalor zaprezentował zaledwie osiem kawałków – wszystkie jednak były ich własnymi kompozycjami, co już pokazuje zespół w bardzo dobrym świetle, że nie brali na warsztat żadnych coverów, tylko od razu uderzyli własnym pełnym setem. Trzy utwory zasługują na szczególne zauważenie, a przynajmniej mi właśnie one najbardziej wbiły się w pamięć. Pierwszy z nich to znany już niektórym z wrzuty bardzo interesujący „Pasożyt” – szybki, pędzący riff, chwytliwa melodia i świetny tekst. Rys lat 70 i 80 przywołujący polskie legendy takie jak TSA czy Turbo – rewelacja. Bardzo podobał mi się „Plan B” – równie przebojowy i szybki, momentami zbliżający się do punk rocka potraktowanego pustynnym niskim brzmieniem. Mateusz Fudala - gitarzysta zespołu Call The Fire Brigade powiedział mi niedawno, że u nas w Trójmieście powoli robi się zagłębie stonerowego grania. I coś w tym jest, Mandalor bowiem daleko do takiego grania nie ma, a na pewno gdzieś w kategoriach stoneru mieści.

Damian Ciupiński
Oskar Charuta
Dominik Niklas














Ciekawą odskocznią był nieco lżejszy utwór „Adrenalina”, w którym tekst został… zarapowany. On również bardzo dobrze zabrzmiał. Cóż jeszcze… duży plus za polskie teksty, bardzo dobra gra Ciupińskiego na perce, interesujący i sprawny wokal Oskara – więcej zadziorności i pewności siebie nie zaszkodzi i małe zastrzeżenie do postawy Dominika Niklasa – więcej ruchu, stać jak kołek przez cały czas, podczas gdy gitarzysta, basista i wokalista są w ruchu trochę nie wypada, no ale czepiam się.
Mandalor wszak debiutował – więc stres i spina swoje zrobiła, ale nie zmienia to faktu, że dali bardzo dobry, interesujący koncert. Trzymam kciuki za Ryżego i jego Mandalora – o tej kapeli pewnie będzie jeszcze głośno, a Blue Jay Way powinno mieć się na baczności, pojawił się poważny konkurent!

Ostatni zagrał zespół Shadowsight, który powrócił po kilku miesiącach milczenia w nowym, aczkolwiek tymczasowym składzie. Na perkusji wystąpił gościnnie Damian Ciupiński (gratulacje za wytrzymanie dwóch pełnych setów bębnienia) oraz basista Miłosz Gasiuk.
Miłosz Gasiuk
Na zgranie się zespół miał niecały miesiąc i ograniczony czas prób. 
(Patrząc od lewej) "Fiefiur" i Michał
Sądzę jednak, że wyszedł z tego fantu obronną ręką. Czy też raczej rękami. Na początek potężny „Nemesis”, następnie ani na moment nie zwalniający tempa „Marauders”, zaraz po nich melodyjny i pachnący Iron Maiden „Where The Eagles Fly”, nie zabrakło też zaśpiewanego przez "Fiefiura" (gitarzystę i współzałożyciela grupy) przebojowego i odśpiewanego razem z publicznością „Marco Polo” i utworów z najnowszej epki zespołu w tym również bardzo dobrego numeru „The Valley of Elah” inspirowanego biblijną przypowieścią o Dawidzie i Goliacie. Koncert zakończył numer „Pirates of the West”. Pomiędzy kolejnymi utworami zostały również zaprezentowane solówki – gitarowa Michała Marcinkowskiego oraz perkusyjna Ciupińskiego.

Finito koncertu Shadowsight
Shadowsight brzmiał mocno i wciągająco – tłum pod sceną bawił się naprawdę dobrze i w sumie się nie dziwię, bo chłopaki zagrali chyba najlepszy koncert w swojej karierze. Mimo pewnych niedociągnięć, pomyłek i problemów, do których przyznał się sam Marcinkowski, zespół pokazał klasę – jak powinien wyglądać dobry koncert oraz wraz z kolegami z pozostałych dwóch zespołów, że trójmiejska, wciąż jeszcze undergroundowa, scena muzyczna ma się dobrze i co najważniejsze rośnie w siłę.

Na koniec powinny być podsumowania, ale wszystko zostało już powiedziane. Cóż zatem? Tym razem mały apel do wszystkich producentów, wytwórni i tych, którzy są w stanie underground zmienić w mainstream (lub przynajmniej sprawić, że o tych – i innych zacnych – zespołach będzie głośniej również w kraju, a może nawet za granicą, a nie tylko w Trójmieście). Całkiem możliwe, że i tacy się znajdą pośród tych kilku, kilkunastu osób, które wchodzą na tego bloga i go czytają, za co serdecznie w imieniu swoim i wszystkich opisywanych (lokalnych i naszych mniej znanych krajowych zespołów) serdecznie dziękuje. Te trójmiejskie kapele udowodniły i jeszcze nieraz udowodnią, że są zespoły, które warto i trzeba wspierać, pomóc im się przebić. Jest ogromny potencjał i masa świetnych, ciekawych pomysłów – ciągle jednak brakuje kogoś, kto obróci stagnację, jaka od lat panuje w naszym kraju na korzyść tych zespołów. I nie tylko tych. Trójmiejskiej sceny muzycznej w ogóle. Im więcej się będzie o nich mówić, pisać i słuchać tym większe szanse będą miały na wybicie się. Te słowa, na moim blogu, to zaledwie mały krok, aby to zmienić, duży dopiero nastąpi, jeśli pomożemy im. Wystarczy chcieć, a czasem odrobina chęci może zdziałać więcej właśnie dla nich. Mały ruch pozwoli im przetrwać, a to jest najważniejsze nie tylko dla nich, ale i dla wszystkich, którzy cenią dobrą muzykę i zabawę na koncertach. Zarówno my fani, słuchacze, koledzy i koleżanki zaangażowanych w te projekty osób, ale również wszyscy Ci, którzy mają środki i kontakty, jesteśmy zdolni by poruszyć machinę, która choć sprawna, wymaga naoliwienia i wymiany części. Do dzieła!

wtorek, 22 listopada 2011

Fonetyka - Requiem dla Wojaczka (2011)

Rafał Wojaczek – niedoceniony, niezwykle utalentowany kaskader polskiej literatury. Przeklęty poeta i legenda doczekał się interpretacji swoich tekstów w wersji muzycznej. I to w nie byle jakiej formie. Dwóch przyjaciół zakochanych w twórczości pisarza - Przemek Wałczuk i Daniel Zaklikowski postanowili oddać mu hołd i tak narodziła się Fonetyka. Debiutancka płyta grupy swoją premierę miała 7 października. Trafiwszy przypadkiem (nie ma przypadków) na singlowy „Dla Ciebie piszę miłość” bez wahania kupiłem cały album, który przyszedł w trzy dni później. I nie żałuję – jako student filologii polskiej uważam, że jest to pozycja, którą trzeba znać. I nie dlatego, że jestem filologiem, ale dlatego, że to kawał naprawdę świetnej roboty.

Najpierw skojarzenia: Myslovitz i Republika podana jako chłodnik z odrobiną pieprzu po wierzchu. Delikatne, smutne kompozycje oparte na klawiszach, melancholijnych dźwiękach gitar, które tylko czasem zagrają mocniej i perkusja, która buduje z resztą instrumentów klimat uderzeniami, a nie łomotem i przesadzonymi przejściami. W ogóle płyta brzmi jakby była wyjęta z zimno falowej alternatywy lat 80. W połączeniu z niesamowitymi słowami wierszy Wojaczka powstała podróż przez zmysły i emocje. Kapitalnie zostały dobrane proporcje pomiędzy interpretacją, sensem utworów poety, a artystycznym wyrażeniem. Jestem pewien, że Wojaczek byłby zachwycony.

Wokal przypomina mi z jednej strony Ciechowskiego, a z drugiej Rojka.
Ma się wrażenie znudzenia i snucia się, które fantastycznie wyraża rozterki poety i afirmację bólu egzystencji – czy niektóre utwory tych grup nie były przedstawiane w podobny sposób? Poza tym muzyka może wywoływać takie skojarzenia – dźwięki są właśnie raczej delikatne, nastawione na klimat, budowanie napięcia i przekaz, a przede wszystkim melodyjność, chwytliwość i prostotę. Nie minimalizm, ale prostotę – tu nie ma epatowania dźwiękami, wymyślnymi strukturami muzycznymi czy rozbudowanymi solówkami. Unoszą się one w przestrzeni jak mgła, która owija się dookoła człowieka i nie chce puścić, jakby chciała by zatopić się w niej – zamknąć oczy i płynąc ponad czasem zastanowić się nad sensem swojego życia… Wojaczek był myślicielem i niezwykle spostrzegawczym obserwatorem szaleństwa, które nas otacza – muzyka Fonetyki oddaje te emocje w niezwykle przystępny i przepiękny sposób.

Kiedy swego czasu przygotowywałem się do egzaminu z polskiej literatury współczesnej straszliwie mnie denerwowała poezja Wojaczka, nie rozumiałem jej i dosłownie ciskałem tomikami jego poezji o ściany. Wspaniałą sprawą jest, że trudne i kompletnie niezrozumiałe teksty Wojaczka udało się Fonetyce przedstawić w sposób tak przekonujący, magiczny i jednocześnie oddający ducha jego poezji. Dzięki takim płytom można nie tylko poznać niepowtarzalnego poetę i wsiąknąć w jego twórczość bez reszty (i wreszcie ją zrozumieć), ale również sprawić, że słuch o twórcach takich jak on nie zaginie, że pozna jego twórczość szersze grono ludzi, którzy zwykle nie czytują poezji. To nie tylko płyta dla filologów polskich i wielbicieli Wojaczka, ale dla wszystkich tych, którzy cenią dobrą muzykę z silnym i niebanalnym przekazem. W podobny sposób można by przedstawić wielu wybitnych polskich poetów, którzy zniknęli gdzieś w pamięci i pomiędzy kartkami, żeby wymienić tylko Białoszewskiego, Micińskiego czy Trzebińskiego… Tymczasem Fonetyka zachwyca. I mam nadzieję, że na tej jednej płycie się nie skończy.

Ocena:8,5/10

sobota, 19 listopada 2011

Black Country Communion – Live Over Europe (2011)


Z płytami koncertowymi jest spory problem. Słuchanie ich często nie daje tyle radości jak oglądanie i słuchanie koncertu na żywo (wersje filmowe stanowią chociaż namiastkę atmosfery i klimatu wydarzenia). Takich płyt nie słucha się dobrze, gdy nie zna się twórczości danego artysty czy zespołu, niektóre płyty koncertowe są jednak tak dobre, że słucha się ich z ogromną satysfakcją mimo braku uczestnictwa fizycznego, a jedynie duchowego. Często sama zarejestrowana fonia z powodzeniem wystarcza i można się obejść bez wizji lub spokojnie ją wyobrazić. Zwłaszcza gdy jest to koncertówka takiej grupy jaką jest niesamowite Black Country Communion…

sobota, 12 listopada 2011

Jesienne Smuty Koncertowe: Tides From Nebula (10 XI 2011, Sfinks 700, Sopot)

Do napisania czegoś o Tides From Nebula zabierałem się kilkakrotnie i za każdym razem ponosiłem klęskę. Najpierw z trudem przyszło mi pokochanie tego instrumentalnego grania, później była próba napisania o najnowszej płycie „Earthshine”, następnie o debiutanckim krążku „Aura”. Wreszcie chciałem napisać o obu jednocześnie, powstał wstęp i pustka.
Postanowiłem wybrać się na koncert i nadal nie wiem jak o nich napisać – bo tego się po prostu nie da opisać. No, ale spróbujmy.

Przystawka I: Broken Betty

Przed każdym głównym daniem są przystawki, pierwszą było trójmiejskie trio Broken Betty grające southern/stoner rocka. Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z kawałków, bo było to moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, ale także nic, nowego w tym gatunku zaprezentowane nie zostało. Występ chłopaków był bardzo udany i w porównaniu z Octopussy, które słyszałem kilka dni wcześniej znacznie lepszy i ciekawszy. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrego, wyważonego nagłośnienia. Perkusja nadawała tempo i tło, a gitary wygrywały swoje – czyli tak jak powinno być. Był wyczuwalny pustynny klimat, groove i to, czego brakowało mi w Octopussy – przestrzeń, zwolnienia do następnego uderzenia – te, w finałowym niemal dziesięciominutowym utworze były po prostu wspaniałe.
Mocną stroną Broken Betty jest także wokal basisty, który potrafił oczarować szorstkim głosem, krzykiem by po chwili zaśpiewać wolno, łagodnie i lirycznie. I oto w tej muzyce właśnie chodzi. Czystą przyjemnością było też patrzenie na bardzo dobrą technikę gry perkusisty.

Przystawka II: NAO

Drugą przystawką była warszawska formacja NAO, która zaprezentowała materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Deprywacja Sensoryczna”. Zespół ten gra specyficzną mieszankę muzyki ekspyremntalnej z post rockiem i szeroko pojętą alternatywą. Dużym plusem na pewno był polskojęzyczny wokal – co już jest niemal rzadkością na polskim rynku fonograficznym, a muzycznie – cóż jak dla mnie jest trochę gorzej…
W każdym razie mnie ich granie nie poraziło – dłużyło się, było nieciekawe, a wokalistka sprawiała wrażenie ryby z trudem łapiącej powietrze na powierzchni – przynajmniej na początku. Słowa były kompletnie nie zrozumiałe, a kiedy zaczęły już być wyłapywalne, odniosłem wrażenie grafomańskiego bełkotu, który kiedyś zarzucano wszak łódzkiej Comie. Muzyka była pozbawiona emocji, a kompozycje były za długie – jeden numer potrafił brzmieć tak, jakby zawarte były w nim co najmniej trzy, albo cztery kawałki. Dziwna sprawa…
- Zagramy Wam trochę muzyki – powiedziała Edyta Glińska, wokalistka zespołu. Cóż, nie nazwałbym tego muzyką, przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, miałem raczej bardzo mieszane uczucia, choć ludziom wokół się podobało. Nie skreślam tej grupy zupełnie, może się do nich przekonam, gdyż w zanadrzu mam jeszcze asa: ich debiutancką płytę – ale to już będzie inna historia i nie przeznaczona na mojego bloga – ale dla We Are From Poland.

Danie główne: Tides From Nebula

Zagrali prawie dwugodzinny koncert, grając utwory z obu swoich płyt. Gitarowe galopady i melancholijne pasaże, które raz po raz wybuchały w ekstatycznym tańcu emocji.
Tak jak napisałem na początku, nie wiem, po prostu nie wiem jak opisać swoje wrażenia; to, co widziałem i słyszałem jest nie do opisania. To była po prostu magia, metafizyka i ciężkie działa z bronią masowego rażenia emocjami, wytoczone przeciwko ludziom, którzy przyszli na ich koncert.
Spodziewałem się tego, ale jak przelać na papier to, co trzeba przeżyć samemu – wewnątrz siebie? Wielokrotnie udawało mi się to w mniejszym lub większym stopniu, ale tym razem nie potrafię. Było niesamowicie i pięknie – to chyba był najwspanialszy koncert mojego życia. Spróbuję oddać magię tego wydarzenia z pomocą kilku zdjęć:






Cóż jeszcze? Jesień trwa w najlepsze. A wraz z nią piękne przeżycia, zatopienia, odkrycia i uniesienia. A tego się właśnie oczekuje od tej pory roku.

czwartek, 10 listopada 2011

RXXV: Call the Fire Brigade, Ninja, Octopussy (8 XI 2011, Pokład, Gdynia)

Pierwsza trasa koncertowa po Polsce gdyńskiej grupy Call the Fire Brigade zakończyła się pomyślnie. W Gdyni. Finał trasy musiał nastąpić w mieście rodzinnym, jednak tym razem nie odbył się w Uchu. Wybór padł na klub Pokład, charakteryzujący się ekscentrycznym pirackim wystrojem, który średnio chyba pasuje do klimatów postmetalowych i hardcore’owych.
Jeden zespół bardzo mnie zainteresował (Ninja), CTFB dało koncert zaledwie dobry, ale skoro byli zmęczeni po prawie dwóch tygodniach grania w kraju, można im to wybaczyć, a trzeci, chyba jednak przereklamowane OśmioCipki, czyli Octopussy nie podobały mi się wcale jakoś specjalnie.

Jako pierwsi wystąpili chłopacy z zespołu Ninja. To jeden z kilku zespołów w których udziela się Max Krzywkowski i równie ciekawy jak Timmy And the Drugs czy akustyczne projekty. Obracający się też w zupełnie innych rejonach stylistycznych. Chłopaki zaserwowali energetyczną mieszankę punk rocka zmieszanego z hard/metalcore’em i wypadli nader interesująco.

Nie obwijając w bawełnę zaczęli z grubej rury pędzącym riffem, trzaskiem perkusji, melodią i mocnym wokalem. Niektóre kawałki przywodziły nawet na myśl ostrzej potraktowane eksperymenty Jacka White’a – osobiście bardzo lubię takie właśnie granie, które nie ogranicza się do konkretnego stylu, ale odlatuje w coraz to inne rejony idealnie się ze sobą spasowując i kolidując. Nastawione na zabawę granie czasami mogło się wydać mało oryginalne, ale w tym wypadku chodziło, oto żeby dobrze się wkręcić, dobrze się bawić.

Zespół ten swoje ciosy rozdawał z zaskakującą precyzją i siłą – zabrakło mi tylko momentów „bullet time”. Czasami kojarzyło mi się granie chłopaków z jakimś gore’owym filmem o zombie, które rzuciwszy się na ofiarę, wyrywają ogromny ociekający krwią kawał mięsa. Pierwszorzędne granie, do którego z chęcią się wróci – a podobno nagrywać będą materiał studyjny. Trzymam(y) zatem kciuki!

CTFB po debiucie 8 grudnia 2010 roku w sopockim Starym Rowerze i pierwszej epce „Dockyard Session” konsekwentnie zaczęło rosnąć w siłę. Każdy kolejny koncert był coraz lepszy i ciekawszy, druga płytka „2EP” dziwiła nieco łagodniejszym obliczem, a świeżutki teledysk, który pojawił się w zeszłym miesiącu, do utworu „Alex Broke My Shoulder” pokazał z kolei, że z chłopaków to niezłe łobuzy. Kto to bowiem widział demolować samochód…?

Wreszcie trasa koncertowa. Nie wiem jak pozostałe koncerty na trasie, ale gdyński, finalny występ CTFB był, jak już powiedziałem, zaledwie dobry. Zespół, który nie wątpliwie rośnie w siłę, zaprezentował mocny set złożony z kawałków z obu wydawnictw i z tego co wiem, najprawdopodobniej również jakiś nowości. Co zawiodło? Mniej ruchliwy niż zazwyczaj wokalista. Postawił na nieco spokojniejsze i mniej zadziorne śpiewanie, które średnio zaczyna pasować do stylu grupy – niestety słychać tendencje regresywne u Marka. CTFB również zagrało nieco łagodniej i bardziej jeszcze przestrzennie niż poprzednio, gdy ich słyszałem w Uchu. Wszystko wskazuje na to, że chłopaki z CTFB szukają i idą w dobrą stronę. I tak trzymać!

Octopussy to zespół, który wziął nazwę od trzynastego odcinka przygód brytyjskiego agenta Jamesa Bonda 007. Łącząc południowo amerykański rock i pustynny stoner z rock’n’rollem postawili na dobrą zabawę, która wielu zachwyciła. Ile ja dobrego słyszałem o tym zespole – ale niestety wcale mnie nie zachwycili.

Brak świeżości, polotu, czegoś oryginalnego w tym graniu, jest zbyt sucho i nudno. Intrygował jedynie fantastyczny perkusista, który nadawał całości tempa i przestrzeni. Wszystko inne jakoś stało z boku – gitary burczały, brakowało płynących zejść i zabaw z przestrzenią po których winien nastąpić ekstatyczny wybuch, klawiszy, skoro już są, było ewidentnie za mało, a wokal jest według mnie mało stonerowy.

Technicznie jest świetnie, ale jak dla mnie bez szału. Na dłuższą metę są strasznie męczący, a tego typu granie nie powinno męczyć. Zespół dobił się zagranym na bis coverem Zepellinów. Szkoda. Zawiodłem się.

Dwa zespoły mają przyszłość, trzeci – Octopussy pewnie ją też ma, ale nie będę o niej mówił, bo zwyczajnie jej nie widzę. Podobnego grania słyszałem już trochę i były to rzeczy znacznie ciekawsze, nie wspominając już o Black River, które mam nadzieję jeszcze wróci do grania. Jak na razie o stanie zdrowia Taffa – cisza. I też szkoda. Może gdyby Octopussy zagrali z nimi? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Albo po prostu zadajcie je sobie – retorycznie.