sobota, 30 stycznia 2021

We Stood Like Kings - Classical Re:Works (2020)


Po trzech koncertowych soundtrackach do filmów i arcydzieł kina niemego oraz dokumentalnego - "Berlin 1927", "USSR 1926" i "USA 1982"* - We Stood Like Kings postanowiło zmienić kierunek swoich poszukiwań i zwróciło się w przeszłość jeszcze odleglejszą, choć nigdy nie zostając w jednej epoce na dłużej. Tym razem postawili bowiem na przeniesienie muzyki poważnej, szerzej klasycznej, na brzmienie post-rockowe. Jak brzmiałby Bach albo Beethoven gdyby żyli dzisiaj i byli muzykami rockowymi, a szczególnie właśnie post-rockowymi? Sprawdźmy!

 

Na początek polski akcent, bo zaczynamy od interpretacji "9 Preludes, Op.1, No.1: Andante ma non troppo" Karola Szymanowskiego (1882 - 1937). W oryginale pianinowy, smutny i melancholijny, o jesiennym, może nawet lekko funeralnym tonie. W interpretacji We Stood Like Kings zachowany został charakter i pianinowe tło, a perkusja i gitary znakomicie rozwijają podstawowy motyw, nadając dodatkowo bardziej mrocznego, może nawet nieco kinematycznego brzmienia. Ze współczesnym kompozytorem łatwo poszło, a i panowie niewiele tutaj zmienili.

Drugim kompozytorem, którego grupa wzięła na warsztat jest Antonio Vivaldi (1678 - 1741) i jego "Concerto for Strings in D-Minor, RV 127: Allegro". Energetyczny, przepiękny i niezwykle fascynujący, smyczkowy koncert o skocznym, trochę dramatycznym przebiegu, wręcz progresywnym wietrznym zwolnieniu i stopniowemu rozbudowywaniu kolejnych pociągnięć smyków do świetnego potężnego finału. Podstawą ponownie jest pianino, choć rozpędzająca się perkusja i gitary zwiastują, że nie będzie lekko. Początek jest stosunkowo szybki, mocno zbliżając do neoklasycznych zagrań znanych z twórczości Malmsteena, choć w znacznie spokojniejszym i mniej nastawionym na prędkość tonie. Niestety panowie na tym skończyli i nie pociągnęli dalszej części kompozycji Vivaldiego. Barokowe piękno nie zostało w mojej ocenie oddane w tej interpretacji w pełni i trochę szkoda, że z cztero i pół minutowego utworu zrobiono niespełna półtora minutowy dżingiel.

Na trzeciej pozycji znalazł się Ludvig van Bethoveen (1770 - 1827) i jego "Piano Sonata no. 14 in c-# minor op. 27 no. 2: Andante sostenuto", popularnie zwana "Sonatą Księżycową". Wszyscy doskonale znamy tę kompozycję Bethoveena, ale spróbujmy ją opisać. Delikatne, smutne i rozwijające się dźwięki fortepianu, które w pewnym momencie nabierają odrobiny tempa, ekspresji i skocznego, jakby tanecznego nastroju, ale pozostając jakby spowite w księżycowej poświacie. We Stood Like Kings pod względem pianinowego tła nie zmienia absolutnie niczego, choć gitary i perkusjonalia nadają mu jeszcze bardziej melancholijnego charakteru i świetnie rozwijają podstawowy motyw kompozycji. Wyraźniejsze staje się tutaj szybsze i mroczniejsze tempo, choć grupa nie idzie w taniec, a raczej smutny pochód. Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest intensyfikacja w finale z małym dodatkiem elektroniki i ostrzejszej gitary, płynne przejście do nieco ambientowego wyciszenia, a następnie ponowne powolne rozbudowywanie do kolejnego marszowego potężniejszego uderzenia. Z Beethovenem najwyraźniej każdy czuje się za pan brat, choć wolałbym mniej oczywisty wybór, aniżeli "Sonata Księżycowa", "Do Elizy" (której na szczęście nie wybrali) albo uwielbianej w rocku i metalu "IX Symfonii", a zwłaszcza jej finału.


Czwartym kompozytorem na płycie, po którego sięgnęło We Stood Like Kings został Claude Debussy (1862 - 1918) z którego repertuaru wybrano "Rêverie, L. 68". Przepiękna kompozycja Debussy'ego charakteryzująca się lekkością i ciepłem, ale także charakterystyczną późnoromantyczną melancholią to wielobarwny pochód wyciszeń i bardziej wzniosłych, nieco szybszych fortepianowych melodii, która w interpretacji We Stood Like Kings również nie straciła fortepianowego tła. Zyskała jednak jeszcze większy melancholijny ładunek emocjonalny, pełen smutku i nostalgicznego, powolnego rozbudowywania o niespieszną perkusję, wreszcie gitarowe bliskie shoegaze'owymi wejście. Przez to utwór zyskał także nieco cięższy, mroczniejszy charakter, ale nie rozwijają go od razu, najpierw prowadzą przez wyciszenie, a potem synkopą wypełniają przestrzeń, by ponownie zwolnić i nieznacznie rozpędzać gitarowymi zagrywkami. Co ciekawe, tam gdzie kończy się oryginał, panowie dalej całkiem interesująco ciągną temat bawiąc się klimatem i możliwościami post-rocka, nieznacznie moim zdaniem zahaczając w nim o jazzową, a nawet nieco ambientową estetykę przy końcówce. 

Na piątą pozycję wybrano Maurice'a Ravela (1875 - 1937) i jego balet "Daphne et Chloé", a konkretnie "M. 57: Introduction es Danse religieuse". Delikatna, ale wyraźnie filmowa kompozycja Ravela, ma dość dramatyczny przebieg, często zmienia się w niej nastrój, choć cały czas stawia się na budowanie napięcia, podniosłość i zwiewną magiczność, która tak bardzo kojarzy się z baletem. We Stood Like Kings postanowiło nie grać delikatnie, choć z początku usypia czujność słuchacza. Od pierwszej sekundy jest mroczniej, bardziej niepokojąco, mocniej podkreślając wspomnianą dramatyczność. Ponownie bawią się jednak klimatem i nie uderzają, a stopniowo rozbudowują poszczególne dźwięki, ponownie sięgając po estetykę, która w tym wypadku ma jakby więcej wspólnego z jazzem, aniżeli post-rockiem, choć wcale nie oznacza, że jest tak przez cały czas, bo pojawia się również króka shoegaze'owa ściana gitarowa, a nawet marszowe rozwinięcie perkusyjne. Wyraźniej też podkreślają kinematyczną stronę tej kompozycji i wybrzmiewa to bardzo smakowicie i onirycznie.

Następnie czas na Czecha Leoša Janáčeka (1854 - 1928) i fragment "Glagolitic Mass, JW 3/9: Introduction". Potężna kompozycja o bardzo podniosłym i bogatym brzmieniu orkiestry w którym delikatne tło doskonale łączy się z mocniejszymi pociągnięciami smyków i sekcji dętej, które z kolei przywodzić mogą znacznie późniejszą muzykę filmową. W interpretacji We Stood Like Kings mamy do czynienia z bodaj najmroczniejszym, najcięższym i najbardziej progresywnym utworem na płycie. Duszny, powolny, rozwijający się wstęp, który prowadzi do pochodowego, deszczowego w brzmieniu motywu. Mnóstwo tutaj smutku, melancholii, ale także jakiegoś niepokoju i ukrytego brudu, który aż prosi się o rozwinięcie o jeszcze ostrzejsze zagrania, ale panowie stawiają na delikatność i trzeba przyznać, że w tym utworze ze swoim pomysłem na flirt z klasyką wypadają najbardziej intrygująco. Jeśli rozwijają to, co napisał Janáček to utrzymują swoją interpretację w wietrznych i lirycznych bliskich post-rockowi brzmieniach, nie szarżują, a na sam koniec po prostu urywają ostatni dźwięk pozostawiają dalszy ciąg w zawieszeniu.


Na zakończenie sięgnęli po Johanna Sebastiana Bacha (1685 - 1750) i jego "Organ Sonata no. 4 in e minor BWV 528 2. Andante". Dość melancholijna, choć w moim odczuciu wcale nie smutna, kompozycja Bacha ma w sobie wiele piękna,  w której zostały ukryte zarówno dźwięki delikatne, jak również bardziej podniosłe, energetyczne, a nawet można by rzec dość progresywne, a Bach słynął ze swojego - oczywiście jak na barok - bardzo odważnego komponowania. We Stood Like Kings w interesujący sposób rozgrywa go głównie na gitary, choć fortepianowe tło również odgrywa w nim istotną rolę. Wyraźny jest tutaj bas, piękna jest gitarowa melodia, cudnie wybrzmiewają delikatne wejścia perkusjonalii. W ich interpretacji jednakże jest bardzo lirycznie, melancholijnie i delikatnie, nie siląc się na większą wariację, pozostając wiernym oryginałowi, ale nawet wobec niego mocniej skupiając się na łagodności, aniżeli zadziorności, którą Bach zawarł w swojej kompozycji.

Ocena: Pierwsza Kwadra
Powiem szczerze, że osobiście mam co do tej płyty dość mieszane uczucia. We Stood Like Kings to z całą pewnością zespół złożony ze sprawnych instrumentalistów, ale nie jestem pewien, czy naprawdę była komukolwiek potrzebna post-rockowa interpretacja klasyków muzyki symfonicznej. Takie flirty i przeróbki naprawdę rzadko kiedy wychodzą dobrze. "Classical Re:Works" nie przynoszą szczególnie odkrywczego podejścia do wybranych kompozytorów, poza tym wielu z nich to już kompozytorzy na wskroś współcześni, a choć ich również określa się mianem klasycznych, to trochę kłóci się ten wybór z zestawianiem tychże z barokiem. Zabrakło tutaj większej odwagi, czy to brzmieniowej, czy to właśnie w kontekście przerobienia klasyków. Interpretacje We Stood Like Kings pozostają, wręcz pedantycznie, wierne oryginałom i tylko w nieznacznym stopniu da się tutaj usłyszeć coś nowego, czego nie ma w oryginalnych kompozycjach. To płyta bardzo ładna i przyjemna, ale niestety bardzo nierówna, a nie chcę powiedzieć, że nudna. Są na niej naprawdę świetne fragmenty - wycieczka do Czech czy na balet są naprawdę znakomite, ale reszta pozostaje w ich wyraźnym cieniu. Wreszcie, nie do końca wiem dla kogo jest to płyta - nie wszyscy którzy słuchają (post)-rocka lubią muzykę klasyczną, a nawet reagują alergicznie, a z kolei dla tych, którzy kochają wyłącznie muzykę klasyczną wykonania będą nieatrakcyjne, bo z kolei będą za mało klasyczne (!). Ja jestem osobą wykształconą, tudzież osłuchaną, i w moim domu słucha się mnóstwo tak zwanej muzyki klasycznej i znam wielu kompozytorów i wiele wykonań i pod pewnymi względami naprawdę podoba mi się ta płyta i podejście grupy do klasyków, ale wolę sięgnąć po oryginał, aniżeli po przeróbkę, która jest jedynie przeróbką z nazwy i wykorzystania innego instrumentarium, aniżeli pełnej orkiestry, fortepianu czy kwartetu/kwintetu smyczkowego.


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

* O tym ostatnim pisaliśmy na naszych łamach (tutaj).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza