piątek, 17 czerwca 2011

Queensrÿche – Dedicated to Chaos (2011)


Po kongenialnym i przełomowym, a dla wielu kultowym, koncept albumie „Operation: Mindcrime” z 1988 roku i fantastycznym „Empire” z 1990 (przypomnianym w zeszłym roku świetną dwupłytową rocznicową reedycją zawierającą utwory niepublikowane i zapis koncertu promującego „Empire”) Queensrÿche postawiło sobie poprzeczkę bardzo wysoko i przez wiele lat nie było w stanie jej przeskoczyć. Późniejsze płyty były coraz bardziej chaotyczne, eksperymentalne i stanowiące dziwną mieszankę elektroniki, metalu i zaczynały odpychać nudą aniżeli zapadać w pamięć. Cień szansy na zmianę przyniósł album z 2006 roku, czyli wydanie zgoła niepotrzebnej, monumentalnej kontynuacji opowieści Nicka. „Operation: Mindcrime II” stanowiła jej zwieńczenie i finał (z fantastycznym, gościnnym występem Ronniego Jamesa Dio, w roli tajemniczego Doktora X). 

Mogła stanowić idealny kompromis między dawnym a nowym Queensrÿche, piękne pożegnanie z fanami i hołd dla nich. Tak się nie stało. W 2007 roku wydano koszmarną płytę zatytułowaną „Take Cover” (o zawartości wskazanej przez tytuł). Czarę goryczy z kolei dopełnił wydany w 2009 roku dziesiąty, bardzo słaby album zatytułowany „American Soldier” – będący spóźnionym konceptem osnutym wokół traumy żołnierza walczącego z terroryzmem po roku 2001 w Iraku. Pod koniec 2010 roku Queensrÿche ogłosiło podpisanie kontraktu z Roadrunnerem opiewającym na wydanie kolejnego, jedenastego już albumu.

Album ten, pod znamiennym i prowokującym tytułem, właśnie ujrzał światło dzienne i nie wyważa żadnych drzwi, nie jest też w żadnej mierze płytą przełomową ani odkrywczą. Swoje Queensrÿche już wymyśliło. Czym zatem jest nowy album? Jest zbiorem dwunastu, w wersji rozszerzonej szesnastu (!) utworów. Utrzymanych w charakterystycznej stylistyce grupy? Niezupełnie… nastąpiły bowiem (kolejne) dość radykalne zmiany…

Płytę otwiera świetny „Get Started” zupełnie niebrzmiący jak dawne Queensrÿche. Gdyby nie charakterystyczny głos Geoff’a Tate’a i jak zwykle wyciągnięty na wierzch bas powiedziałbym, że to jakiś utwór Deep Purple z okresu składu MK III.
Drugi jest „Hot Spot Junkie” – kapitalny riff i jakby taneczna struktura. Powiedziałbym nawet, że to taki dyskotekowy kawałek, idealny do poskakania.
Trójka to słabiutkie, najgorsze na płycie i zupełnie niepotrzebne „Get It Bad”. Czwarty jest „Around the World” (nie wiem czemu to ten sam kawałek co poprzedni, więc albo zaszła pomyłka albo to efekt zamierzony…) Płyta spokojnie by się mogła bez nich obejść i do tego byłaby krótsza. Piąty z kolei jest znów odrobinę Deep Purplowy, a odrobinę nawet Queenowy, rewelacyjny „Higher” z fantastycznymi saksofonowymi solówkami. 

Szóstka, nosi tytuł „Retail Therapy”. Rewelacyjny riff rozpoczynający, który w refrenie dryfuje w stronę punk rocka. Po prostu majstersztyk. Siedem: „At the edge” – deszczowe fortepianowe intro i mroczne tony gitary, uderzenie perkusji i… dalej jest to potężny, ciężki i bardzo przestrzenny absolutnie fantastyczny utwór. Z kolejną saksofonową solówką… Ten kawałek spokojnie mógłby znaleźć się na „Empire”. Ósemka to wyłaniający się deszczowy, jazzujący balladowy i bardzo smutny „Broken”. Dziewiątka to przestrzenne, powolne, melancholijne i znów trochę jazzujące „Hard Times”. Dziesiątka to mroczny, cięższy i utrzymany w pochodowej tonacji „Drive”. Z jednej strony zapachniał mi Hawkwindem, a z drugiej zimno falowym gotyckim punk rockiem w rodzaju Bauhaus czy XIII Stoleti. Może nawet coś z wczesnego U2 albo eksperymentów Queen. Niezwykły i intrygujący to utwór. W podobnej tonacji jest „I Belive” (numer jedenasty), tyle, że wolniejszy, bardziej balladowy i wyraźnie pachnący space rockiem. Rewelacja.
Dwanaście: „Luvnu” – szybszy, i bardzo przebojowy, lekko narastający. Bardzo Znów taki trochę nie Queensrÿchowy… Trzynastka to „Wot We Do” (pisownia oryginalna) – wolniejszy, płynący, znów trochę taki taneczny, znów saksofon i przestrzeń…

Czternaście: „I Take You” - znów trochę cięższy utwór, ale utrzymany w pochodowej tonacji. I do tego krótkie, ale ciekawe solo, tym razem gitarowe. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się na „Empire”, może nawet na „Promised Land” (1994).
Piętnastka nosi tytuł „The Lie”. Znów szybszy, ostrzejszy i pochodowy. Pachnie Beatlesami? Może to dziwne, ale tak właśnie, pachnie Beatlesami w wersji heavy metalowej. Rewelacja. Finałowa szesnastka: „Big Noize” – wolne, narastające unoszące się w przestrzeni wejście. I w takiej właśnie ambientowo - space rockowej tonacji zostajemy już do końca.

Podsumowując, jest to album zaskakujący. Charakterystyczny styl grupy został zachowany i poszerzony o hard rockowe i jazzowe inspiracje, ale nowy bardziej przestrzenny dźwięk całość uwypuklił. Jest to zmiana radykalna, ale zdecydowanie wychodząca płycie na dobre. Zabawa ze stylistyką, odniesienia i ukłon w stronę bardziej alternatywnego grania. Nowa płyta skutecznie, moim zdaniem, zmywa niesmak po „American Soldier” i wcześniejszych słabszych dokonaniach Queensrÿche. Wielu pewnie zszokuje, jeszcze innych zachwyci, możliwe, że innych zaciekawi do posłuchania wcześniejszych albumów…
Dla mnie jest to nie tylko jeden z najciekawszych albumów tego roku, ale także jeden z najlepszych albumów tego zespołu. Queensrÿche po prostu wróciło z bardzo dobrym i niezwykłym albumem. Dedykacja dla chaosu? Tak naprawdę to dedykacja dla fanów. Ode mnie mocne 9/10. Polecam zagorzałym fanom, ciekawym i wszystkim, którzy z jakiś powodów nie zetknęli się jeszcze z tym zespołem. Naprawdę warto!

Rekapitulacja: Kończący pewien okres historii grupy Queensrÿche album, a mianowicie okres równi pochyłej po świetnym wzlocie albumami "Operation:Mindcrime" i "Empire", a następnie bardzo dobrym przeinterpretowaniem formuły na "Promised Land" i "Hear In the Now Frontier", pozostawia wiele do życzenia. Ów trzeci etap zakończył się wyrzuceniem oryginalnego wokalisty Geoffa Tate'a i zastąpienia go Toddem La Torre. Sam w sobie nie jest złym wydawnictwem, ale mając jednak w pamięci tamte płyty i wiedząc, że Queensrÿche stać na znacznie więcej, na pewno lepszego materiału, okazuje się, że jednak do naszych rąk, a właściwie uszu, wpadł bubel. Album jest niespójny, zwłaszcza w wersji rozszerzonej, i mimo kilku niezłych pomysłów i rozwiązań kompozycyjnych, nawet nawiązań stylistycznych, nie jest na tyle interesujący jakby się mogło wydawać. Choć niemal dwa lata temu twierdziłem, że jest kapitalny, dziś wiem, że się myliłem. Pisali w komentarzach, umieszczając gdzieś linka do tego tekstu, że "słoń mi na ucho nadepnął", może to było także nieco zbyt drastyczne określenie. Bo nie nadepnął, wówczas ten album wydawał mi się naprawdę dobry, ale preferencje i gusta się jednak zmieniają, i po tym okresie, zmieniłem też swój stosunek do tego "Dedicated to Chaos". Na pewno, wypada go znać, choćby nawet po to, żeby się za głowę złapać, ale raczej nie będzie się do niego wracać za często, zdecydowanie wracając do ich zupełnie pierwszych, następnie dwóch najważniejszych i dwóch kolejnych, które różnie przesuwają granicę między okresami. Ocena: 4/10 [27 IV 2013]

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Relacja XI: Blue Jay Way (Klub Rockz, Gdynia, 9 VI 2011)

Gdyński klub Rockz, dawna Anawa, słynie z małych koncertów, w czasie których prezentują się lokalne młode zespoły, rzadziej większe, znaczące grupy, żeby wymienić choćby Enej czy Lipali. Tym razem odbył się koncert grup Blue Jay Way i Riverhead. Obie grupy pochodzą z Gdyni, lecz reprezentują nieco inne podejście do muzyki. BJW znane jest ze swojego fantastycznego podejścia do hard rocka w stylu lat 70, Riverhead zaś z bluesowych interpretacji standardów. Pierwsza na dniach ma wydać debiutancką epkę, a drugi nie tak dawno prezentował się też na Gdynia Blues Festiwal, organizowanym przez gdyński Blues Club. Pierwsza to jeden z moich najbardziej ulubionych i z uwagą śledzonych w ostatnim czasie grup, a drugi wywołujący raczej mieszane uczucia, który sobie po prostu podarowałem.


BJW grało jako pierwsze, a potem na scenie zaczął się rozstawiać Riverhead. Jednak skoro Riverhead nie słuchałem i nie podoba mi się granie tego zespołu (grają dobrze, wokal też jest bardzo sympatyczny, szkoda tylko, że grają standardy), przejdźmy do wrażeń z jak zwykle bardzo dobrego koncertu BJW. Zanim jednak to uczynię, chcę zauważyć pewien istotny fakt. To, że o niektórych zespołach pisze częściej, o innych rzadziej lub wcale, o niczym nie świadczy, to nie jest żadna faworyzacja czy coś w tym rodzaju, czasami tak po prostu jest. O jednych zespołach pisze się częściej i z ogromną satysfakcją, a o innych rzadziej lub wcale, bo niekoniecznie na to zasługują, choćby właśnie z faktu nie podchodzenie do gustu czy nie bywania na każdym koncercie. Na BJW bywam często, bo ich po prostu lubię.
Chłopaki zastanawiają się też, czy moje liczne wynurzenia i zachwyty nad ich graniem nie są „troszkę naciągane” czy „pocukrzone” na potrzeby takowego pisania czy dlatego, że ich znam (od pewnego czasu również osobiście) i chcę się przypodobać. Otóż śpieszę donieść, co podkreśliłem też chłopakom, że nie są. Zwykłem mówić i pisać to, co myślę, a myślę zwłaszcza o tym, co naprawdę mi się podoba. BJW podoba mi się właśnie w taki sposób. Gdyby coś mi nie pasowało w bieżącym czasie, lub w przyszłości na pewno bym o tym napisał, lub o tym napiszę. Tak jak z tym „utworkiem-potworkiem” po tytułem „Nic” (również zaprzyjaźnionej ze mną) grupy Blind Crows, który od jakiegoś czasu wieńczy ich koncerty. Nie podobał mi się on i szczerze mówiąc, choć po ostatnim koncercie w Parku Oruńskim (w Gdańsku), którego nie opisałem, jest duża i znacząca poprawa, nadal nie podoba. Za co również w tym miejscu, bo zrobiłem to już osobiście, przepraszam Agnieszkę – perkusistkę zespołu. Ale tak właśnie już czasami jest. Jedne rzeczy się podobają, a inne nie. Tyleż. Przejdźmy do najważniejszego tematu tej relacji, czyli do koncertu Blue Jay Way.


W wyjątkowo spartańskich warunkach, jakie reprezentuje Rockz (strasznie mała scena, beznadziejna akustyka pomieszczenia, niezbyt dobre nagłośnienie i kiepskie oświetlenie) BJW zagrało odrobinę gorszy koncert niż ostatnio, ale tylko ze względu na kwestie techniczne, które były za mocno podkręcone, bucząco-rzeżące, czyli należące do tych z rodzaju „mały zespół=gorsze nagłośnienie” – takiego podejścia nie znoszę. Nie mam porównania, czy tak jest na każdym koncercie w Rockzie, a zwłaszcza na tzw. większych koncertach, bo rzadko bywam w tym klubie, choćby z tego względu, że mają marny według mnie repertuar, a perełki dosłownie graniczą ze świętem, lub przysłowiowym cudem.
Wracając do BJW, koncert rozpoczęła kompozycja „A niech ma”. Zaraz potem chłopaki zagrali „Sieć”. Jeden z moich ulubionych utworów tym razem przykuł moją uwagę, mimo marnego nagłośnienia, kapitalną techniką gry Tomka Peteckiego. Z miejsca gdzie przysiadłem miałem na niego świetny widok i muszę zauważyć, że chłopak naprawdę ma talent i bez wątpienia jest jednym z lepszych młodych perkusistów, jakich słyszałem
(i widziałem na żywo). Następnie zagrali balladę, której tytułu nie dosłyszałem, z racji ewidentnych braków nagłośnieniowych, które w wyniku dudnienia, trochę nierównomiernie odbijało dźwięk, przez co czasami to, co Tomek Besser mówił do mikrofonu lub do niego śpiewał ginęło gdzieś w eterze. Pewnie taka specyfika klubu…


Następnie zabrzmiało „Pierdolone życie”, a zaraz po nim fantastyczne i również moje ulubione „Pragnę Cię” i jeden z pierwszych usłyszanych przeze mnie kawałków BJW - „Sex”. W tym miejscu Besser oznajmia, że jest to ich dwudziesty koncert.
A ktoś obok mnie ze zdziwieniem rzucił: „Dopiero?”. Cóż, może i dopiero, ale w ciągu roku istnienia zyskać sobie wierną i ciągle rosnącą publiczność, i z koncertu na koncert grać coraz lepiej i coraz bardziej obiecująco, a w dodatku zostać finalistami tegorocznej Gitariady… uważam, że to spore osiągnięcie.


Siódmym utworem, który zagrali było „Spieprzaj” z nieco dłuższym gitarowym środkiem i zaimprowizowanym zabawianiem publiczności z racji zepsucia się krzesełka przy perkusji (dobrze, że akurat w tym numerze), a następnie mój absolutny faworyt, zagrany bodajże po raz trzeci w karierze BJW, „Moje ostatnie tchnienie” – fantastyczna i przejmująca ballada o śmierci. Następnie zagrali „Opętanego” i na bis zabrzmiał jeszcze kawałek „Taki sam”.

Podsumowując, wyszedłem z koncertu zadowolony. Już podkreśliłem to wcześniej, ale powtórzę to i tutaj, a mianowicie, że BJW z koncertu na koncert jest coraz lepsze.
Z nimi jest jak ze starym winem, im dłużej leżakuje i dojrzewa, tym lepsze. I liczę na to, że nie jest to tylko tymczasowa tendencja wzrostowa, bo chłopaków stać na dużo i kolejnymi koncertami, nawet w spartańskich warunkach Rockza, potwierdzają swoją klasę.
To, co robią, to jak grają, jest przepełnione pasją i zaangażowaniem, które widać i słychać.
Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, że gdy słyszę wokal Bessera przechodzą mnie dosłownie i w przenośni ciary na plecach… (a przecież jestem do licha heteroseksualnym facetem). Był to mój (dopiero) czwarty koncert BJW (i żałuję, że dopiero), ale wcale nie mam chłopaków dosyć, bo słucham ich z ogromną przyjemnością i satysfakcją. Nie jestem jakimś (zidiociałym) jurorem w kretyńskim programie nadawanym w paśmie największej oglądalności, ani (jeszcze) żadnym wielkim autorytetem muzycznym (jak redaktor Kaczkowski), ale jestem (po raz kolejny) na tak. Bez cukrzenia i „dopisków, bo tak wypada”, czy aby się przypodobać. Naprawdę.
I wiecie, co jeszcze? Jestem z nich dumny. Jestem dumny z tego, że na moich oczach (i w moich uszach), czy też raczej naszych, rodzi się legenda - Legenda grupy Blue Jay Way…

sobota, 11 czerwca 2011

Black Country Communion – 2 (2011)


Pierwsza, naprawdę rewelacyjna płyta grupy Black Country Communion, zatytułowana „Black Country” i wydana w 2010 roku, była miłym zaskoczeniem i bardzo niespodziewanym wydawnictwem. Już wówczas zadeklarowano, że będzie druga płyta, jednak nie przypuszczałem, że pojawi się ona tak szybko. Drugiej płyty tej supergrupy wyczekiwałem z ogromną niecierpliwością i wiadomość, że to już, odebrałem z równie wielkim entuzjazmem. Nawiązując do Zeppelinowskiej tradycji, płyta została zatytułowana nader skromnie – po prostu „2”. I nadal jest to fantastyczne granie, wyraźnie nawiązujące do tradycji hard rocka z lat 70 i bluesa w najlepszym wydaniu.

środa, 8 czerwca 2011

Sepultura – Kairos (2011)


Nowy, dwunasty już album Sepultury to, jak twierdzi gitarzysta grupy Andreas Kisser, podsumowanie dwudziesto sześcio letniej historii oraz przemian wewnętrznych i zewnętrznych zachodzących w zespole. Nie jest to jednak żadne „best of”, ani nagrane na nowo stare utwory, lecz świeży i bardzo energetyczny nowy materiał będący w pewnym sensie kontynuacją dwóch poprzednich albumów „Dante XXI” i „A-Lex”. W pewnym sensie, bo to również concept album, ale napisany od początku do końca przez grupę, a nie zbudowany wokół historii wysnutej z literatury, jak miało to miejsce w przypadku właśnie wcześniejszych płyt. Podobnie jak w przypadku poprzednich albumów, założeniem jest odwieczna podróż człowieka w nieznane.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Black Stone Cherry – Between the Devil and the Deep Blue Sea (2011)


Tytuł płyty zaczerpnięto z terminologii marynistycznej. W wolnym tłumaczeniu oznacza on „pomiędzy oddechem Diabła a głęboką otchłanią błękitnego morza”. Sam termin dawniej określał sytuację, w której marynarz był zmuszony do zawiśnięcia pomiędzy burtą statku a morzem w celu dokonania koniecznych napraw lub pomiarów, często ryzykując nawet życiem. Doskonale oddaje on też problem tej płyty. Choć sami muzycy podkreślają, że tytuł płyty i jej zawartość to podsumowanie roku z ich życia. Odnoszę jednak wrażenie, że można by go przetłumaczyć też w ten sposób: „pomiędzy łaską producenta a zachowaniem własnej tożsamości”. Nie, nie jest to wcale zła płyta, wręcz przeciwnie. Pojawia się jednak kilka dużych i istotnych „ale”.
Po raz pierwszy chłopaki nie rejestrowali materiału w rodzinnym Kentucky, lecz w Los Angeles pod czujnym okiem (i uchem) uznanego producenta muzycznego Howarda Bensona. Nowe środowisko przyczyniło się w znacznej mierze do tego jak brzmi nowy, trzeci studyjny już album Black Stone Cherry. Właśnie brzmienie mocno wpływa na odbiór najnowszego wydawnictwa kwartetu, wcześniejsze płyty bowiem, (również koncertowa), charakteryzowały się surowością i brudem, młodzieńczym nieokrzesaniem. Nowa płyta została obdarta z tych właściwości, całość została uładzona, wyczyszczona i zmiękczona. Oczywiście, to nadal jest ten sam zespół, jednak różnica jest kolosalna. To, że jest to grupa „radiowa”, a ich kawałki świetnie nadają się do audycji, to rzecz wiadoma, jednak na tej płycie zostało to jeszcze bardziej uwypuklone właśnie przez nowe, zupełnie inne brzmienie.

Płytę otwiera wydany 10 kwietnia jako singiel utwór „White Thrash Millionaire”, który nie ma nic wspólnego z fantastycznymi, ciężkimi i przebojowymi otwieraczami z dwóch pierwszych płyt („Rain Wizard” i „Blind Man”). Też jest dość ciężki i przebojowy, ale jest trochę jak zbyt słodki cukierek i słucha się go ciężko i z mieszanymi uczuciami, ale kiedy już wybrzmi robi się troszkę ciekawiej. Troszkę, bo przyjemność psuje brzmienie i dwa utwory znajdujące się na płycie.
I tak, drugi jest „Killing Floor”. Wolne wejście i po chwili ostry, melodyjny riff oraz chwytliwy refren. Trzeci utwór to „In My Blood”. Również wolniejszy, bardziej balladowy i melancholijny, przywodzący na myśl trochę starsze Lynyrd Skynyrd, legendę southern rocka.
„Such a Shame” to numer czwarty. Szybszy, pędzący z bardzo ciekawym riffem prowadzącym i trochę niepotrzebnymi chórkami.
Piątka to „Won’t let go” – akustyczny, balladowy kawałek, z nieco ostrzejszym momentem na refren. Moim zdaniem, to jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Szóstka to „Blame It On The Boom Boom” – kolejny szybki numer z riffem i konstrukcją trochę jak z Black Label Society. I znów niepotrzebne, moim zdaniem, chórki. Lepsza byłaby w tych miejscach zagrywka na gitarze, albo harmonijka ustna. Chwytliwy „Like A roll” to siódemka, która jest ewidentną, krótszą i dużo gorszą kopią „I Won’t Get Fooled Again” The Who.
Lepiej byłoby po prostu nagrać cover, niż bezmyślnie kopiować patenty tej legendarnej grupy. Ósemka nosi tytuł „Can’t you see” – wolny, pochodowy i do tego Lynyrd Skynyrdowy szlif. To kolejny utwór, należący do najciekawszych na płycie.
Dziewiąty jest „Shake” oparty na ciężkim riffie, dość wolny utwór, znów trochę przywodzący na myśl Black Label Society. Numer dziesiąty to „Stay” – ballada, z ładną i klimatyczną linią melodyczną akustycznych gitar. Dobre posunięcie z powtarzaniem słów przez echo.
Jedenastka to „Change” – będąca z jednej strony kopią utworu „Your Betrayal” Bullet For My Valentine, który otwiera ostatnią płytę walijskiej grupy „Fever” (dokładnie to samo wejście i konstrukcja) a z drugiej strony znów przywołujący Black Label Society. I ostatni numer na płycie, dwunasty (dwie wcześniejsze zawierały trzynaście kompozycji) to akustyczna, bardzo interesująca ballada w południowo amerykańskim stylu country, troszkę przywodząca na myśl eksperymenty Led Zeppelin z tą stylistyką.

Podsumowując, nową płytę BSC słucha się przyjemnie i bez większego znudzenia. Pozbawiona jednak zadziorności i brudu dwóch poprzednich płyt, rozczarowuje. Na pewno, jest to granie dojrzalsze i inne od tego z trzech poprzednich wydawnictw (wliczając koncertówkę „Live In Astoria” z 2007). Nie jest to jednak dobra płyta do rozpoczęcia przygody z BSC, warto wpierw poznać wcześniejsze płyty grupy, a dopiero potem sięgnąć po tą. Mocno uładzone, zmiękczone brzmienie płyty sprawia, że brakuje na płycie energii i trzeba dużo czasu, aby przesłuchać ją w całości, zwłaszcza przy pierwszych podejściach.. Bardzo się zawiodłem na utworach „Like A Roll” oraz „Change” – czegoś takiego uznany producent w ogóle nie powinien pozwolić nagrać chłopakom, bo są to po prostu zerżnięte całe fragmenty innych, świetnych kawałków - klasyka The Who i zeszłorocznego otwieracza albumu BFMV.
Bardzo cieszyłem się na tę płytę, ale niestety zawiodłem się. Moim zdaniem zespół nie podołał trudnej sztuce zawiśnięcia pomiędzy „oddechem Diabła a głęboka otchłanią błękitnego morza”. Szkoda, bardzo wielka szkoda. Na pocieszenie zostaje jeszcze bardzo ładna i intrygująca, ascetyczna czarnobiała okładka. Gdyby niewspomniane kawałki byłbym skłonny postawić tej płycie mocną siódemkę. W tej sytuacji, stawiam (tylko i aż): 6,5/10

sobota, 4 czerwca 2011

WNS II: Ninth Moon Black, Insomnium, Riverside

Trzy krótkie wydawnictwa, zatem trzy krótsze teksty. Trzy praktycznie różne style muzyczne i trzy różne podejścia do grania. Jedna to przedsmak nadchodzącego, jak sądzę, wydawnictwa, druga, choć krótka, to tak naprawdę pełnoprawna płyta, a trzecia to tak zwana płyta rocznicowa. Jedna to koncept album, druga to zaledwie dwu utworowe wydawnictwo, a trzecia to trwająca ponad pół godziny epka utytułowanej i uznanej w Polsce i zagranicą rodzimej formacji. Na warsztat idą: Ninth Moon Black – „Kalyug” z 2010 roku, niedawno wydany singiel Insomnium – „Weather the Storm” oraz wydane z okazji dziesięciolecia istnienia grupy Riverside – „Memories In My Head”.

1. Ninth Moon Black – Kalyug (2010)


Grupa Ninth Moon Black wywodzi się z północno-zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i ma na swoim koncie wydaną w 2007 roku debiutancką, długogrającą płytę, zatytułowaną pop prostu „Ninth Moon Black”. Wydany w 2010 roku minialbum „Kalyug” został zrealizowany i rozpowszechniony własnym sumptem. Ten minialbum to koncept oparty na założeniu regresu ludzkości w kierunku egocentrycznego sposobu bycia. Tłem utworów są nagrania wypowiedzi Michaela Cremo, nawiązujące do terminologii hinduistycznej kosmogonii, skąd zaczerpnięto zarówno terminologię, jak i przekaz. Niesamowite wrażenie robi już sama okładka: pośrodku widzimy jakby kulę ziemską, z której wylewają się obrazy. W samym środku płonące ruiny miasta, po bokach migrujące lub martwe zwierzęta, dym i mrok pośród, w którym można wyróżnić tajemnicze twarze i chaos umierającego, ginącego świata.
Otwierający płytę „Harbringer” wyłania się z mgły powoli i ambientowo, na jego tle mroczne tony pianina, które wprowadzają w coś w rodzaju hipnotycznego transu. Pierwsze czytanie Michaela Cremo: dowiadujemy się zeń, że aktualnie znajdujemy się w ostatniej z czterech er – erze wojny i hipokryzji. Gładko przechodzimy do drugiego utworu, tytułowego. Przestrzenna gitara, unoszący się bas i narastająca perkusja. Całość zaczyna płynąć, nabierać tempa. Mimowolne skojarzenia z eksperymentami Hawkwind przetworzone przez postmetalowe, a nawet mathcorowe rozwiązania. Trzeci utwór to „Causatum” – unosząca się, narastająca melodia uzupełniona pulsującą perkusją. Ponownie wzbogacony wypowiedziami Cremo. A zaraz po nim, ostatni na płycie utwór, trwający trzynaście minut z sekundami absolutny majstersztyk „Satya Yuga”.
Epicka, pochodowa i bardzo przestrzenna suita obfituje w liczne przestery, zmiany tempa, łamania rytmu i mocne akcenty. Kilka zwolnień do wypowiedzi Cremo w trakcie. Gdzieś przemykają w głowie skojarzenia z wspomnianym Hawkwindem, czy nawet z grupą Amplifier, która wszak czerpie z bardzo podobnych inspiracji jak NMB.
Podsumowując, jest to płyta niezwykła i magiczna. Na pewno nie jest to płyta łatwa, ale każdy, kto obraca się w podobnych klimatach, ubóstwia progresywne pasaże lub szuka metafizycznego przeżycia, odkrycia czegoś nowego nie powinien obok tej płyty przejść obojętnie. 5/5

2. Insomnium – Weather the Storm (2011)


Ta skandynawska formacja nie była mi wcześniej znana, ale z ciekawości sięgnąłem po najnowsze wydawnictwo, jakim jest singiel „Weather the Storm”. Po zapoznaniu się z nim sięgnąłem po wcześniejsze dokonania Insomnium. Grupa wydała, jak dotychczas cztery bardzo dobre albumy: „In the Halls of Waiting” (2002), „Since the Day It All Came Down” (2004), „Above the Weeping World” (2006) oraz „Across the Dark” (2009). Stylistyka grupy to połączenie melodyjnego death metalu z metalem progresywnym. Znany jest również ze współpracy z formacją Dark Tranquillity, co jest zaznaczone choćby na okładce tego właśnie singla.
Pierwszy na płycie jest utwór tytułowy. Bardzo melodyjny riff prowadzący i interesujący growlowany wokal. Przystępna konstrukcja kawałka przywodzi na myśl wczesny Opeth. Druga kompozycja to instrumentalny „Beyond the Horizon”. Zaczyna się on łagodnie, od akustycznej gitary i łagodnych uderzeń perkusji. Całość powoli, melancholijnie narasta aż do wejścia ostrzejszego riffu. Ma się wrażenie jakby się szło po tafli wody prosto do styku horyzontu z jej powierzchnią. Skojarzył mi się też trochę ten utwór z końcówką „The Count of Tuscany” z ostatniej płyty DT „Black Clouds And Silver Linnings”. Piękny i rzewny to kawałek.
Singiel ten stanowi zapewne preludium do płyty grupy Insomnium, która pewnie ma się pojawić w najbliższym czasie, choć nie znalazłem żadnej informacji o nadchodzącym długogrającym wydawnictwie. Jest to też bardzo dobre wprowadzenie do twórczości Insomnium, która powinna zainteresować nie tylko wielbicieli progresywnego melodyjnego death metalu, ale także wszystkich tych, którzy chcą posłuchać dobrej, skandynawskiej muzyki. A jak powszechnie wiadomo, Skandynawowie to mistrzowie pięknej muzyki, bez względu na to, za jaki gatunek się zabiorą. 5/5

3. Riverside – Memories In My Head (2011)


Tej grupy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Uznana w kraju i za granicą polska grupa szturmem zdobyła popularność rewelacyjną „Reality Dream Trilogy” (2003 – 2007), a następnie wydała w 2009 roku bardzo dobry album zatytułowany „Anno Domini High Definition”. Od czasu powstania zespołu minęło dziesięć lat, grupa postanowiła to uczcić nie tylko serią koncertów, ale także zapowiedzią kolejnego albumu oraz rocznicową epką, będącą nie tyle podsumowaniem tych dziesięciu lat, ile retrospektywnym spojrzeniem na dawne Riverside z początków działalności, znane choćby jeszcze z pierwszej płyty „Out of Myself ”, a zwłaszcza z epki „Voices In My Head” wydanej w 2005 roku.
Tytuł rocznicowego wydawnictwa nawiązuje zresztą, jak widać bardzo wyraźnie do tamtej płytki, muzyka zresztą miejscami też. I do tego jeszcze, jak zwykle fantastyczna okładka, również wyraźnie nawiązująca do tytułu płyty i zawartego nań materiału.
Minimalistyczne, mroczne i bardzo klimatyczne, narastające wejście pierwszego utworu pod tytułem „Goodbye Sweet Innocence”. Następnie powoli wchodzi gitara oparta na unoszących się klawiszach i łagodny wokal Dudy. Utwór powoli rozwija się i dopiero po około czterech minutach troszkę przyśpiesza. Jednakże nie ma tu połamańców czy pędzących elementów, wszystko jest wyciszone, unoszące się i powolne. Wprawne ucho wyłapie zapewne melodię z pierwszych płyt, do których kawałek wyraźnie nawiązuje. Fantastyczny, prawie jedenastominutowy (10:40) kawałek na końcu delikatnie schodzi i płynnie przechodzi w dwunastominutowy „Living In The Past”, którego początek skojarzyć można z Archive. Klawisze wygrywają wibrujący ton, narastająca perkusja…
Później przestrzenny i mroczny płynący dawny Riverside. Znów łagodny, przepełniony smutkiem, duszny wokal Dudy, którego tak bardzo brakowało na „ADHD”. Trzeci, a zarazem ostatni jest najkrótszy na płycie, trwający około dziesięć minut (9:57) utwór, który znalazł się również na ścieżce dźwiękowej nie dawno wydanej gry komputerowej „Wiedźmin 2: Zabójcy Królów”, pod tytułem „Forgotten Land”. Rozpoczyna się on od mrocznego basowego akordu, wchodzi perkusja i wokal Dudy. Unoszące się klawisze dochodzą po chwili. Kawałek robi niesamowite wrażenie, jeśli chodzi o klimat i przestrzeń, z powodzeniem można wyobrazić sobie Geralta, bohatera sagi Sapkowskiego przemierzającego niegościnne, zapomniane terytoria w poszukiwaniu kolejnych wyzwań…
Utwór kończy się powtórzeniem początkowych fragmentów pierwszego utworu, historia zatoczyła koło, podróż przez pamięć i wspomnienia zakończona.
Jest to płyta bardzo interesująca, zwłaszcza dla zagorzałych fanów Riverside, a ja do takich właśnie należę, ale także dla tych, którzy swoją przygodę z tym niezwykłym polskim zespołem rozpoczynają. Nie daje ona odpowiedzi jaka będzie nadchodząca płyta grupy, ani w żaden sposób nie odstaje od poprzednich albumów. Pozostaje jednak pewien niedosyt, wrażenie, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Powrót do dawnego stylu na potrzeby tego wydawnictwa wypadł ciekawie, ale wydaje się być trochę niepotrzebny. Od Riverside oczekuje się jednak czegoś więcej, dlatego ode mnie zaledwie czwóreczka (byłaby z minusem, ale nie ma takiej oceny), a i tak jest to bardzo wysoka i nobilitująca, jak sądzę nota. 4/5

środa, 1 czerwca 2011

Circle Of Silence – Blackened Halo (2011)


Niewiele wiem o tym zespole. Nie znam też dwóch poprzednich wydawnictw tej grupy, ponieważ zwyczajnie są nie osiągalne. Ta płyta, jak łatwo się domyślić, jest zatem trzecią w dyskografii tego zespołu, który gra power metal w niemal klasycznej niemieckiej odmianie. I wcale nie dziwi ten fakt tak bardzo, jest to przecież zespół, który pochodzi z Niemiec. Okładka jakoś wielce nie przykuwa uwagi, sięgnąłem po nią raczej z czystej ciekawości, niż pod wpływem zachwytu okładką, która moim zdaniem jest zwyczajnie szkaradna i raczej odpychająca. Power metal w wykonaniu Circle Of Silence nie jest jednak melodyjną, rozpiszczaną łupanką z operowym zadęciem. Znacznie bliżej tej grupie do surowych, ciężkich, pędzących rytmów w rodzaju Firewind, czy ostatniej płyty legendarnego Helloween „7 Sinners”. Przy okazji jest to granie przefiltrowane przez dodatkowe skojarzenia i style, ale po kolei.

C.O.S powstało na początku 2005 roku, jako dwuosobowy projekt gitarzysty Tobiasa i basisty Björna. (Wszędzie podaje się jedynie imiona muzyków). Z czasem zespół rozrósł się do liczby pięciu osób, ale ostateczny skład wyklarował się w marcu 2006 roku, kiedy to zespół został zasilony przez Nicka (wokal), Chrisa (gitara) i Pita (perkusja). W tym składzie grupa istnieje do dzisiaj. Wydany w sierpniu 2006 roku debiutancki krążek „Your Own Story” zdobył doskonałe recenzje, a niemiecki magazyn metalowy „Heavy?!” przyznał mu ocenę 9/12. W połowie 2007 roku zespół zaczął rejestrować materiał na drugą płytę, zatytułowaną „The Supreamacy Of Time”. Nagrań materiału dokonano na przełomie listopada tegoż roku i lutego 2008 roku. Album miał swoją premierę w marcu 2008 roku.

Otwierający płytę „Synthetic Sleep” to uderzenie z grubej rury, ciężkie tony perkusji i ostry riff zbliżający się do cięższych odmian heavy metalu i szorstki, bardzo interesujący wokal. Tu nie ma miejsca na wysokie rejestry. Szorstkie, wyrzucane frazy przypominają raczej wokalizy znane z twórczości Jorna.
Drugi to „Left to die” – naprawdę świetny utwór, który daje wyobrażenie jakby brzmiał Blind Guardian, gdyby zaczął grać ciężej, ostrzej i nie odchodził w stronę opery i symfonicznego metalu. Ze skojarzeń, niewątpliwie nasuwa się też niemiecka supergrupa Sinebreed, która rok temu wydała debiutancki materiał „When Worlds Collide”.
Trzeci jest „Exception”. Niezwykle przebojowy i mocno osadzony w stylistyce lat 80, melodyjny utwór, idealnie nadający się na koncerty.
W czwórce zatytułowanej „Twentyone grams” nie zwalniamy tempa, choć utwór jest nieco wolniejszy. Skojarzenia z filmem pod tym samym tytułem? A jakże… i do tego, krótkie, ale bardzo interesujące solówka. W ogóle solówki są mocnym atutem tej płyty, nie ma się wrażenia, że gdzieś się je słyszało i nie nudzą.
Piątka to utwór tytułowy – absolutnie kapitalny walec ze świetnym pędzącym riffem. Następnie „Take Your Life”, czyli szósteczka. Pachnie wczesną Metallicą? Troszeczkę tak. Firewind z pierwszych płyt? No też. Bullet For My Valentine? Również. Absolutny majstersztyk. Siódmy, to równie ciężki, wibrujący „Never Forget”. Coraz wyraźniej ma się wrażenie skojarzeń ze stylistyką metalcorową czy death metalową przefiltrowaną przez tradycyjny thrash metal lat 80.
Ósmy kawałek to „Reflections” – dosłownie na chwilkę pojawia się akustyczna gitara. Ballada? Zmyła. Zaraz wchodzi ostry riff i pędzimy dalej, wcale nie zwalniając tempa.
Przy końcówce znów na chwilę pojawia się akustyczna gitara, pochodowe przyśpieszenie i akustyczne zejście. „Redesign” to dziewiątka. Kolejny kawałek z grubej rury. Potężne uderzenie riffu i perkusji wprowadza w pędzącą bardzo melodyjną i pachnącą Jornem kanonadę z bardzo silnych dział. Mniej więcej w połowie zwolnienie przypominające ostatnią płytę Bullet For My Valentine „Fever” czy zapomnianą już grupę Still Remains.
Kolejna krótka, ale bardzo treściwa solówka. I mimowolne skojarzenie z Brudnym Harrym na koniec. „The End” jest dziesiąty. Znów skojarzenia z BFMV, przynajmniej, jeśli chodzi o budowanie napięcia, melodii i wykorzystywanych riffów. Utwór idealny do wspólnego odśpiewania wraz z zespołem. Ale to nie koniec: ostatni jest utwór jedenasty pod tytułem „Until The Worlds Collide” z mylącym, króciusieńkim łagodnym wstępem osadzonym na pianinie, smyczkach i gitarze i znów ostry riff. Ten utwór jest najwolniejszy i najbardziej epicki z kompozycji zawartych na płycie, znacznie bardziej rozbudowany pod względem klimatu (progresywny szlif), na chwilę pojawia się nawet typowo black metalowy growl. I na koniec smyczkowo-pianinowe zejście.

Materiał zawarty na tym albumie to granie ciężkie, a zarazem bardzo melodyjne, przefiltrowane przez różne skojarzenia i style niekoniecznie związane z power metalem.
Naturalnie, to wciąż jest power metal, jednakże znacznie ciemniejszy od wersji tradycyjnej czy tej epicko-operowej. A zwłaszcza od coraz bardziej popularnej, melodyjnej odmiany skłaniającej się ku dużej pompatyczności, dużej ilości solówek, rozbudowanych fragmentach i oscylujących w zbyt wysokich rejestrach, dla przeciętnego słuchacza, wokalach.
Jest to pozycja bardzo interesująca i godna polecenia wielbicielom nie tylko melodyjnego power metalu, ale także tych, którzy wolą ciemniejsze, brudniejsze i mocniejsze brzmienia. Jest to także, moim zdaniem, jedna z najciekawszych płyt tego roku. Całości słucha się z ogromną satysfakcją i przyjemnością, a po skończeniu płyty, ręka mimowolnie wędruje do przycisku „play” i włącza ją ponownie. Naturalnie, podobnego grania jest sporo i nie jest to wcale granie odkrywcze, ale świeżości i polotu odmówić nie można, ode mnie zasłużone 10/10. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych wydawnictw tej grupy i mam nadzieję, że uda mi się wcześniejsze płyty grupy upolować.