piątek, 21 października 2011

Coma – Czerwony Album (2011)



Liceum. To okres nie tylko otrzymywania świadectwa dojrzałości, zawierania nowych znajomości, często przyjaźni na całe życie, ale także czas poszukiwań muzycznych, poznawania za sprawą kolegów i koleżanek nowych zespołów i stylów. To właśnie wtedy w 2005 roku, czyli w pierwszej klasie mój przyjaciel Drzewiec puścił mi utwór „Zbyszek” z „Pierwszego wyjścia z mroku” – debiutu fonograficznego Comy. Nastał rok 2006 – na dniach miała pojawić się druga płyta Comy pod zatrważająco długim tytule: „Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków”. 12 października tegoż roku wybraliśmy się razem na koncert promujący nowe wydawnictwo do gdyńskiego Ucha. Pierwszy koncert w życiu, pierwszy raz zdarte gardło od śpiewania razem z Roguckim. Spełnione znacznie później marzenie, żeby zostać wokalistą…

poniedziałek, 17 października 2011

Joe Bonamassa & Beth Hart – Don’t Explain (2011)


Bonamassa – niezwykle utalentowany, młody gitarzysta nie należy do artystów, którzy obrali sobie za cel wydawanie płyt, co jakiś czas. Ten człowiek pracuje i tworzy nieustannie od 2000 roku począwszy. W ciągu zaledwie czterech lat wydał sześć płyt: w 2009 roku powstała „The Legend of John Henry”, następnie dwupłytowa koncertówka z Royal Albert Hall, pierwsza płyta Black Country Communion to rok 2010, mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się kolejna jego solowa płyta zatytułowana „Black Rock”. Rok następny, czyli 2011 przyniósł najpierw „Dust Blow” – następcę „Black Rock”, w kilka miesięcy później drugą płytę BCC i następnie duet z wokalistką bluesową i jazzową Beth Hart. Wszystkie z nich trzymają niezwykle wysoki poziom i dosłownie porażają wszechstronnością stylów w jakich Bonamassa się porusza. Najnowsza płyta nie stanowi większego zaskoczenia, dla tych którzy znają tez wczesne albumy tegoż gitarzysty, ale może zdumiewać po rozbuchanych ostatnich dokonaniach, zwłaszcza po dwóch BCC i tegorocznym kapitalnym „Dust Blow”. Beth Hart pojawia się zresztą na tym krążku w numerze „No love on the street”. A ich najnowsze wspólne i pełnometrażowe dzieło? Cóż, trza posłuchać:

Pierwszy numer to „Sinner’s Prayer” – wolny, spokojny ale niepokorny blues rozpisany na perkusję, pianino i fantastyczną gitarę Bonamassy. I do tego rzucający na kolana zadziorny, czarny głos Beth Hart, a przecież ona jest biała… niesamowite. Pachnie trochę Dead Weather? Tak, bo White mocno czerpał i czerpie z takich właśnie bluesów…Następny jest „Chocalate Jesus” – żartobliwy, bujający, kroczący i krótki (2’40). Skojarzenia z Niną Simone czy Billy Holiday a nawet Tiną Turner jak najbardziej wskazane. Trójka nosi tytuł „Your Heart Is As Black As Night” i została rozpięta na fortepianowym wstępie, wolnej perkusji i delikatnej gitarze i do tego orkiestracjach w tle. Przecudny utwór w bondowskim stylu gdzieś z okresu Johna Barry’ego. Zresztą na płycie Bonamassy „Dust Bowl” również znalazł się taki kawałek, tylko że znacznie szybszy. Dziwię się, że nikt mu nie jeszcze zaproponował, aby napisał utwór do kolejnej części przygód najsłynnijeszego brytyjskiego agenta. I jeszcze ta genialna Moore’owa solówka…

Cztery: „For My Friends” – jest znacznie szybsza, bardziej drapieżna, można nawet powiedzieć, że rockowa. Ostry riff gitary wsparty organami Hammonda w stylu Deep Purple (MKIII) czy Dead Weather właśnie i kapitalny wokal Beth Hart… Kolejny majstersztyk.
Piątka to numer tytułowy. Zwalniając tempo wracamy do sennych, smutnych bluesów rozpisanych na orkiestrę i perkusję. Dochodzą do kolekcji dźwięków dęciaki i jest oczywiścia gitara – czy nie pachnie Ellą Fitzgerald albo twórczością Jobima? Cudo… Szóstka to najdłuższy na płycie numer (bo aż ośmiominutowy) noszący tytuł „I’d Ratehr Go Blind”. Tu jest nieco szybciej, ale nadal wolno, sennie i naturalnie bluesowo (bardziej jednak soulowo) z orkiestracjami w tle. Kolejny wspaniały utwór, kolejna niesamowita, magiczna solówka Bonamassy… Niewiele krótszy, bo sześciominutowy jest numer siódmy – „Something’s Got A Hold On Me”. Kolejny utwór w którym pojawiają się Hammondy, a stylem przypominający rozbuchane koncertowe wykonania Niny Simone – słychać tu elementy gospel, jazzu, swingu i oczywiście bluesa – takiego trochę jak z filmu „Blues Brothers”. Niemal się widzi tańczące czarnoskóre tancerki i muzyków, którzy ruszają się w takt. 

Numer ósmy to wydany jako singiel „I’ll Take Care Of You”. Smutny, fortepianowy wstęp, bujająca perkusja i drobne, rzewne akordy gitary, orkiestracje. Znów pachnie Gary’m Moore’em… czy to hołd dla zmarłego w lutym gitarzysty? Nie mam co do tego wątpliwości… Znów pachnie utworami ze starych części Bonda – czy w szybszym momencie nie śpiewa Beth Hart niczym Shirley Bassey? A i owszem… i jeszcze do tego wszystkiego kolejna oszałamiająca solówka… Dziewiąty jest utwór zatytułowany „Well, Well” – wspaniały duet z Bonamassą zahaczający stylem o Cream i Erica Claptona (riff gitarowy, klawisze), ale utrzymany w wolnych tempach i gospelowym rytmie. Przedostatni jest prawie siedmiominutowy „Ain’t No Way” – utwór, który zapachniał mi trochę bluesowymi eksperymentami Chrisa Rea a nawet utworami Celine Dion. Jest wolno, sennie i ewidentnie jest to utwór należących do tych przytulanych, co się tańczy z partnerką na parkiecie pod błyszczącą kulą – ale wcale nie ciągnący się jak guma i nie zalatujący cukrem i sztucznymi owocami. Na koniec otrzymujemy jeszcze skróconą, radiową, ale równie dobrą wersję „I’ll Take Care Of You”.

Na płycie nie ma miejsca na utwory złe, czy na wypełniacze. Jest pięknie, magicznie i jesiennie. To właśnie taka płyta na długie chłodne wieczory. To płyta niezwykła ze względu na niesamowity wokal Beth Hart i fantastyczna gitarę Joe Bonamassy, który po raz kolejny udowadnia swojej wszechstronności i genialnego talentu. Jestem pewien, że Gary Moore, od którego Bonamassa otrzymał kiedyś gitarę w prezencie, jest dumny. Siedzi sobie w niebie, obok innych tuz bluesa i muzyki rockowej i z uśmiechem na twarzy kiwa głową przeżywając każdy dźwięk, który stworzy jego następca, a takim Bonamassa jest bez wątpienia. Zastanawiający jest fakt, skąd ten człowiek bierze pomysły, energię i siłę, żeby każda, absolutnie każda jego płyta była różnorodna i niesamowita od pierwszego do ostatniego numeru, i to w dodatku bez ani jednego chybionego czy niepotrzebnego elementu. Absolutnie porażający i bez cienia wątpliwości jeden z najpiękniejszych, jeśli nie najważniejszych albumów tego roku – roku dwóch tysięcy jesieni. Ocena: 10/10

wtorek, 11 października 2011

Arjen Lucassen’s Guilt Machine – On This Perfect Day (2009)



Ten człowiek w jednym miejscu usiedzieć doprawdy nie potrafi. Nie jest w tej kwestii bynajmniej żadnym wyjątkiem (jeśli przywołać zatrzęsienie projektów z którymi związany jest Steven Wilson czy wybitny gitarzysta Joe Bonamassa). W swojej klasie jest chyba jednak wyjątkiem – nikt bowiem bardziej niż on nie eksploruje wytartych szlaków szeroko pojętej progresywy w takim stopniu i z takim zaangażowaniem jak właśnie Lucassen. Od melodyjnego metalu zahaczającego o power, folk a nawet death, aż po space rockowe lustrzane odbicia eksperymentów Hawkwind… - ze świecą szukać artystów, którzy mogą się pochwalić takim wachlarzem inspiracji i pomysłów wnoszonych do tych gatunków, a w dodatku z założeniem, że za co by się nie zabrali i tak wyjdą rzeczy piękne, niesamowite i… ponadczasowe. Ta płyta na pewno do takich winna być zaliczana. 


        Duński producent i multiinstrumentalista w krótko po wydaniu debiutanckiego wydawnictwa pod nazwą Stream Of Passion, ocierając się o masę innych projektów, które współtworzył lub powołał do życia, stworzył legendarną już grupę Ayreon (wstyd ogromny dla tych, którzy z różnych powodów nie znają tegoż zespołu), po drodze wydał dwie płyty pod szyldem Star One (trzy, jeśli wliczyć koncertówkę, a eksplorującą właśnie wspomniany space rock). Z kolei w rok po ukazaniu się ostatniej części sagi o Ayreonie pod tytułem „01011001” w 2008 nagrał bodaj najlepszy i najciekawszy, a na pewno najbardziej zaskakujący materiał w swojej karierze, czy też raczej muzycznej podróży.
Guilt Machine, bo o tym projekcie mowa, to płyta nawiązująca ściśle do tradycji rocka progresywnego z końcówki lat 60 i okresu jego rozkwitu lat70 – wówczas jeszcze częściej określanej jako rock psychodeliczny. No, ale nie szufladkując, znajdziemy tu odniesienia do takich grup jak Genesis, Emmerson Lake And Palmer (ELP), King Crimson (zwłaszcza z okresu pierwszej płyty), a nawet do tych mniej znanych zespołów, ale z tamtego właśnie cudownego dla muzyki okresu. Co ciekawe, Lucassen zapowiada nie tylko kolejną odsłonę sagi o Ayreonie, ale także dalszy ciąg Guilt Machine…

          Rzut oka na okładkę i książeczkę i właściwie wszystko jest jasne – będziemy mieć do czynienia z materiałem trudnym, metafizycznym i zapewne mrocznym. Wszystko się zgadza, oprócz punktu trzeciego, przynajmniej w pewnym dość znaczącym stopniu, ale o tym za chwilę. Sama okładka jest skromna – na środku szczyt góry, sponad której unosi się w jakimś metafizycznym uniesieniu człowiek z rozpostartymi ramionami, jakby inkarnował się w nową, lepszą postać. Nieprzyjemne, brudne księżycowe światło i czarne przedburzowe chmury. U góry logo małymi literkami „Arjen Lucassen’s” niżej zaś nieco większymi „Guilt Machine” a wszystko na tle intrygujących zębatych kół, które wydają się być symbolem przebiegu czasu. Na samym dole drobniutkimi literkami tytuł płyty. Podobnie tył, tam jednak mamy chmarę czarnych ptaszysk – symbol duszy? I takimiż małymi literkami wypisane tytuły poszczególnych kawałków, których jest zaledwie sześć – ale nie należą one wcale do najkrótszych – tylko dwa trwają krócej niż dziesięć minut. Przy tekście do pierwszego numeru „Twisted Coil” mamy grafik przedstawiający korytarz jakiegoś zrujnowanego pałacu albo zamku i mały, zwykły budzik postawiony na posadzce. Przy „Leland Street” widzimy postać w płaszczu wpatrującą się w dal, obok niej wyrasta pozbawione liści drzew, a nad nim unosi się ławica czarnych ptaków. „Green And Cream” z kolei jest ubarwione grafikiem po prostu kapitalnym. Dwa wysokie budynki widziane od dołu, a do tego symetrycznie, idealnie pośrodku (nieco bardziej lewej strony) widzimy postać, która zdaje się popełniać samobójstwo, leci ewidentnie w dół. Majstersztyk. „Season Of Denial” z kolei został ubarwiony grafikiem przedstawiającym kolejne pomieszczenie owego pałacu czy zamku, na którym w jednym z portali znów stoi tajemnicza postać w płaszczu w złowrogich promieniach światła. Przy „Over” znajdziemy tę samą postać znów wpatrującą się w nieznaną nam dal, a ponad nim kolejna, znacznie większa chmara ptaków. Przy tekście do utworu „Perfection?” z kolei widzimy klatkę schodową, odrapane ściany i małe okienko, przy której stoi owa postać, na chwilę przed śmiertelnym skokiem. Całość uzupełnia dodatkowo grafik prezentujący tę samą klatkę schodową i postać siedzącą pod ścianą, ukrywającą twarz w dłoniach położonych na kolanach – bohater ma głęboką depresję i ma wyraźny problem wagi egzystencjalnej. Brzmi intrygująco? Na pewno. Będzie łomot… otóż nie i to jest najciekawsze – bo muzyka jest nader spokojna i płynąca w przestrzeni – epicko, ale bez przesadyzmu, a na pewno i to jest jedna z największych zalet tego wydawnictwa: niezwykle wręcz metafizycznie…

            Połączenie telefoniczne to punkt wyjścia dla całego albumu, czas je zatem nawiązać i powiedzieć co nieco o zawartości muzycznej krążka.
Pierwszy numer (trwający jedenaście minut i niecały kwadrans) „Twisted Coil” otwiera właśnie dźwięk wybieranego numeru i stłumione uderzenia perkusji. Całość delikatnie narasta, pojawiają się dźwięki klawiszy i łagodna gitara (rewelacyjna Lori Linstruth, która jest tez autorką wszystkich tekstów). I zaczynamy płynąć, jest delikatnie i sennie, wolno i dość leniwie. Przy trzeciej minucie polski akcent (fragment przysłany przez Polaka, podobnych smaczków jest na płycie kilkanaście z wszystkich niemal możliwych zakątków świata). Piąta minuta – następuje zmiana klimatu: mroczny dźwięk klawiszy i następuje kapitalne przyspieszenie – pulsujące emocjami i grozą.  

Niewypowiedziane słowa sieją kłamstwo/Jeden mały krok… wkrótce, być może jeszcze dziś poczujesz się lepiej...

            Numer drugi: „Leland Street” zaczyna się od stłumionych dźwięków maszyn, pojawia się akcent francuski i przy delikatnych dźwiękach gitar i uderzeniach perkusji zaczynamy znów płynąć. Przyspieszenie nie jest takie ciężkie jak w poprzednim numerze – całość bardziej przywodzi na myśl Genesis, może nawet Pink Floyd. I do tego orkiestracje i fantastyczne tło klawiszy.

Wszystko co przeżyłeś, wszystko co wygrałeś, wszystko czego się nauczyłeś, wszystko co kochałeś, wszystko czemu stawiłeś czoła, wszystko co pokazałeś, wszystko co poczułeś, wszystko to znasz… - te linijki za każdym razem po prostu mnie zachwycają dogłębnie… niezwykły utwór o przemijaniu z niezwykłym tekstem. Majstersztyk.

            Trzeci jest „Green And Cream” – ten też otwierają dźwięki jakby stłumionych maszyn, akcenty językowe a następnie z mgły wyłaniają się kolejne dźwięki perkusji, mrocznych klawiszy i gitary. Jest dość spokojnie i łagodnie, ale za chwilę pojawiają się szybsze tony i całość uderza, zwalnia i uderza ponownie jeszcze mocniej i tak kilkakrotnie w różnych niezwykłych konfiguracjach. Wspaniały klawisz w tle, rewelacyjna gitara. 

Wypchnij mnie z ciemności w Twoje gwiazdy, w Twoje niebo/Wypchnij mnie z ciemności w Twoje ramiona, w Twoje światło…- dziesięć i pół minuty magii i niesamowitych, mistycznych wrażeń… i co z tego, że to tak naprawdę utwór o samobójstwie…

            Niewiele krótszy (o jedenaście sekund) jest numer czwarty „Season Of Denial”.
Kolejne akcenty językowe, jakieś elektroniczne elementy dźwiękowe i z mgły wyłaniają się łagodne dźwięki, nadal jednak dość mroczne – folkowy szlif i ten przedziwny, mistyczny klimat – to po prostu nie są zwykłe dźwięki, ale istna magia, emocje zaklęte w dźwiękach, niezwykła historia, która może spotkać każdego z nas… i mroczne, ale wolne, płynące uderzenie…  

Wiesz, że nie ma już powrotu/ wiesz, że nie przeżyjesz ponownie swojego życia/Tak jak straciłeś swoje szczątki spadające w dół, doskonale znane miejsca, gdzie na pewno byłeś w Twoim sercu najciemniejszym z wszystkich serc…- za każdym razem, gdy słyszę te słowa przechodzą po mnie ciarki po plecach…

            Najkrótszy, bo zaledwie sześciominutowy (z dwunastoma sekundami) jest kawałek „Over” – który po kolejnym językowym akcencie rozpoczyna się od elektronicznego, pulsującego motywu na którego tle narasta perkusja, płynące uderzenie (znów niesamowite klawisze). 

Wszystko było takie piękne/ Wszystko było takie zwyczajne/ Wszystko było takie piękne/ Wszystko było rytuałem – w tym momencie nasza świadomość, razem z bohaterem lirycznym opowieści dosłownie ulatuje… na tej płycie nie ma zbędnych dźwięków i bezdusznego łojenia, niepotrzebnych narostów, wszystko pulsuje i żyje, za każdym razem przeżywa się je na nowo… coś cudownego…

            Ostatni jest „Reflection?” który zaczyna kolejna porcja akcentów jeżyków i łagodna gitara. Finałowe jedenaście minut bez kwadransa to kolejny majstersztyk. Dam się posiekać za stwierdzenie, że jest to jeden z najpiękniejszych i najbardziej lirycznych utworów jakie kiedykolwiek powstały, a na pewno jaki kiedykolwiek usłyszałem. Czyż to uderzenie nie jest piękne – orkiestracje i klawisze, perkusja i gitary narastające z każdą sekundą, buchające emocjami tak bardzo, że niemal się jest w środku tego sztormu… i ten fantastyczny, lekko folkowy ekstatyczny koniec…  

Czy możemy zatrzymać przeszłość? Czy zasługujemy na to, żeby zostać samemu? Czy możemy zabrać ją ze sobą? Rozpocząć nowe życie na swój sposób/ Czy możemy zatrzymać przeszłość? Czy zasługujemy na to, żeby zostać na tej ziemi? Czy możemy ją wziąć ze sobą? Czy uda się nam odwrócić wszystko wstecz…?

Połączenie zostało zerwane… W tym pięknym dniu skończyło się pewnie czyjeś życie, by powstało nowe…

            Podsumowując, Arjen Lucassen stworzył płytę, która jest niezwykła z kliku powodów. Po pierwsze: podjął się wyeksploatowanego motywu przemijania i wędrówki duszy w niezwykły i poruszający sposób. Po drugie, zrobił to przy użyciu dość skromnych, jak na swoje możliwości, środków muzycznych i stylistycznych. Wszystko bowiem właściwie rozgrywa się w łagodnych dźwiękach i tylko czasami intensywnie narasta czy uderza. Po trzecie zrezygnował z wielowątkowości i rozpisywania partii wokalnych na „aktorów” – fantastyczny „monolog” Jaspera Steverlincka, czasami jedynie uzupełniany przez samego Lucassena wypadł świeżo i niekonwencjonalnie. Po czwarte udało mu się tematowi i muzyce nadać niezwykły, płynący przestrzenny klimat, który jednocześnie jest taki niedostępny i duszny dla zwykłych śmiertelników. To nie jest płyta łatwa, ani dla każdego słuchacza, tu wymaga się koncentracji i wniknięcia w historię, w sferę dźwięków. Jest to też niewątpliwie płyta wielka, czy ponadczasowa tego nie wiem, póki co ciężko jest to zweryfikować, ale z całą pewnością taka, do której się będzie wracało często i z nieukrywaną przyjemnością. Jest to także płyta silnie rekomendowana nie tylko wielbicielom twórczości Arjena Lucassena czy szeroko pojętej muzyki progresywnej, ale także właśnie tym, którzy w muzyce szukają czegoś więcej… Tu wszystko ma ukryty, mistyczny sens…

Ocena: 10/10

Fragmenty tekstów w tłumaczeniu własnym.

sobota, 8 października 2011

Jesienne smuty II: Seventh Void – Heaven Is Gone (2009)



Czy można połączyć ze sobą tak skrajnie różne gatunki metalu jak stoner i gotyk z elementami doom? Okazuje się, że można. Przy okazji fantastycznej płyty grupy A Pale Horse Named Death „And Hell Will Follow Me” trafiłem też na wydaną dwa lata wcześniej płytę grupy Seventh Void, która podobnie jak APHND składa się z byłych muzyków nieistniejącego już Type-O-Negtive. Ze stylistyką tegoż jednak ma niewiele wspólnego.
Seventh Void powstał w 2003 roku w Nowym Jorku, a nazwa grupy została zaczerpnięta z „Boskiej Komedii” Dantego. Oznacza po prostu: „siódmy krąg” – nazwa sugerowałaby zatem jakiś black albo satanistyczną odmianę death metalu, a tu miłe zaskoczenie w postaci fuzji stoneru z gotykiem i doom metalem właśnie. W skład zespołu wchodzą: Hank Bell na basie, John Kelly na perkusji (Danzig, APHND live, ex- Type-O-Negative, ex- Black Label Society), Matt Brown na gitarze (APHND) oraz Kenny Hickey na gitarze i wokalu (ex- Type-O-Negative, ex- Danzig, ex- Kingdom of Sorrow live).
Zespół dotychczas wydał tylko jedną płytę, zatytułowaną „Heaven Is Gone”, warto się jej przyjrzeć choćby ze względu na niesamowity skład grupy, ale także ze względu na samą zawartość krążka, a ta jest absolutnie porażająca.

            Płytę otwiera wolny „Closing In”, który powinien zadowolić zwłaszcza fanów BLS. To typowy stonerowy kawałek – nisko strojone gitary, charczący bas na wierzchu i szorstki, lekko stłumiony wokal. Jako otwieracz jest to utwór słaby, ale lekko doomowa końcówka z krótką solówką moim zdaniem wypada kapitalnie. Drugi jest kawałek tytułowy – „Heaven Is Gone” – otwiera ją motyw na gitarze, następnie wchodzi perkusja i całość melodyjnie, stonerowo przyspiesza. Zachowana ciężkość, identyczny szorstki wokal.
Numer trzeci to „The End of All Time”. Tu już bliżej do doom/gotyku w rodzaju TON. Mroczny riff, wolny tonaż, dudniąca perkusja i wokal przywołujący na myśl Petera. Zamykamy oczy i jak w transie zatapiamy się w muzyczny letarg. Coś pięknego. Po pięciu minutach „snu” przechodzimy do krótkiego, bo trwającego zaledwie trzy minuty z sekundami, radiowego „Broken Sky” – kawałka w którym, aż się prosi aby zaśpiewać razem z Hickey’em. Fantastyczny melodyjny stonerowy riff i wczesno Osbourne’owy wokal. Kawałek przywiódł mi skojarzenia z grupą Solace i do tego jeszcze kapitalny klimatyczny refren. Jeden z moich faworytów. Piątka to „Killing You Slow”. Nie zwalniamy tempa, podobny klimat, świetny riff i wpadająca w ucho nuta. Doomowe zwolnienia po drodze, w których znów wpadamy w odpowiednik letargu i do tego końcówka: wyrwani z koszmaru krzyczymy… Szósteczka: „Slow Descent” -  motyw na gitarze, wejście perkusji i znów mamy wolny stonerowo-doomowy ton. Podobna stylistyka znajdzie się później na debiucie APHND. To też kolejny kawałek który buja i wpada do ucha na długo.
Siódmy jest „Shadow On Me” – melodia gitar i środek ciężkości doskonale znany z Black Label Society, znów wczesno Osbourne’owski, lekko pachnący Zakkiem Wyldem wokal, typowo stonerowy wolny szlif, a także kolejne skojarzenia z Solace. Kolejny majstersztyk i kolejny faworyt. Numer osiem „Drown Inside” – kolejny kapitalny, wolny walec w stylu BLS. Właściwie, to chyba jedyna „ballada” na tej płycie, w której paradoksalnie nie ma słodkich wokali, akustycznych gitar i w sumie nadal jest ciężko. Momentami nawet, podobnie jak na APHND, zalatuje eksperymentami Metallici z płyt „Load” i „Re-Load”. Majstersztyk.
Najdłuższy, bo prawie sześciominutowy (pięć minut z prawie kwadransem), jest „Death of a Junkie”, który jako żywo mógłby znaleźć się na którejś ze wspomnianych płyt Mety.
Przetworzony, smutny wokal, dudniąca perkusja i wolny tonaż, monotonny duszny klimat riffów. Niesamowity to i piękny utwór, ilekroć go słucham przez myśl przechodzi mi „Bleeding Me” z „Load” czy „Fixxxer” z „Re-Loada” Metallici właśnie – gdzieś kręci się łezka w oku, kawałek buja, usypia, wokal ewidentnie nawiązujący do ówczesnego Hetfielda… mistrzostwo świata w niemal minimalistycznym podejściu. Ostatni jest „Last Walk In the Night”, który z kolei zapachniał mi naszym Black River. Czy ten riff nie został przez naszych zapożyczony? Konstrukcją przypomina mi też ten utwór twórczość Gary’ego Moore’a – to w sumie przecież ewidentnie bluesik i kolejna niby-ballada, zagrana nieco ostrzej zahaczająca gdzieś o łagodniejszy Lynyrd Skynyrd, a gdzieś o hard’n’heavy z lat 70. Krótki, liryczny i pięknie wieńczący płytkę.

            Nie jest to na pewno granie odkrywcze, nie zostają wyważone żadne drzwi, ale nie da się ukryć, że słucha się tego materiału bardzo przyjemnie. Płyta nie nuży i nie pozostawia złych wrażeń, idealnie nadaje się do słuchania jesiennym wieczorkiem przy ciepłej herbacie i dobrej książce, a kiedy się skończy, bez mrugnięcia okiem wciskamy play raz jeszcze. Czy można wymagać czegoś więcej, jak nieprzesadzonego, nieskomplikowanego grania w dodatku w bardzo dobrym wykonaniu, które podobne produkcje bije na głowę w każdym niemal dźwięku? Nie sądzę, ode mnie 8,5/10 – w pełni zasłużone. Pozostaje tylko czekać na drugą płytę, która mam nadzieję, że ukaże się w niedługim czasie…

poniedziałek, 3 października 2011

Jesienne smuty I: Omega Massif


1. Wstępniak

Z kasztanowców zaczęły opadać kasztany, drzewa pozrzucały pierwsze złociste liście, które leśne drogi i niektóre chodniki zamieniły w barwne dywany, pojawiły się pierwsze wrzosy. Zaczęły się chłodne, deszczowe dni, a u niektórych zaczęły się objawiać pierwsze zalążki depresji. Tak, nadeszła jesień – dla niektórych smutna pora roku, dla innych najlepszy okres. To właśnie jesienią jest czas, aby pewne sprawy przemyśleć, na chwilę się zatrzymać i podumać. Zwłaszcza wieczorami. Przy ciepłej herbacie lub kawie, z dobrą książką lub ulubioną gazetą najczęściej wracamy do dobrze znanych nam płyt, takich, które niezmiennie od wielu lat kojarzą się nam z jesienią właśnie. Czasami jednak ich miejsce zastępują płyty niesamowite i zupełnie nowe.
            Mi jesień zawsze i nieodmiennie, od wczesnego dzieciństwa kojarzyła się z muzyką Gary’ego Moore’a, który odszedł 6 lutego tego roku, jednak tej jesieni stało się inaczej. Nie sięgnąłem po dobrze mi znane, zdarte niemal do końca płyty tego fantastycznego gitarzysty, ale przypadkiem trafiłem na najbardziej nieoczekiwaną chyba grupę w tym roku ze wszystkich z jakimi miałem styczność: Omega Massif – najbardziej reprezentatywnym chyba zespole dla nazwy tego, kończącego się już roku – dwóch tysięcy jesieni…

 

Niewiele o niej wiem, ale też nie wiele trzeba wiedzieć. Powstała we wrześniu 2005 roku w miejscowości Würzburg, w Niemczech. Aktualnie zespół składa się z gitarzysty Andreasa Schmittfulla, gitarzysty Michaela Melchersa, perkusisty Christofa Ratha i basisty Borisa Bilica. Dotychczas wydali dwie pełnowymiarowe płyty studyjne – „Geistersadt” w 2007 roku i „Karpatia” (świeżutkie, tegoroczne wydawnictwo), epkę „Kalt” w 2005 oraz kilka utworów umieszczonych na splitach. Stylistyka, w jakiej obraca się zespół to luźna mieszanka takich gatunków jak sludge, drone i doom metal. Jest więc miejscami ciężko i potężnie, a miejscami leniwie, mroczno nawet duszno. A wszystko, jak łatwo się domyślić z faktu braku wokalisty, instrumentalnie. Wokalista zresztą zupełnie nie jest tu potrzebny, a nawet gdyby był to nie miałby specjalnie za wiele do roboty – to muzyka nastawiona przede wszystkim na klimat i budowanie emocji.

2. „Kalt” (2005)

            Otwiera ją ośmiominutowy „Unter Null”, który rozpoczyna się od deszczowych, smutnych dźwięków gitary i szumu wiatru. Całość delikatnie narasta i następuje uderzenie. Perkusja wysunięta na pierwszy plan kapitalnie kontrastuje z ciężkimi melodyjnymi riffami gitar. Jest przestrzennie, jest smutno, ale zarazem bardzo energetycznie – czujemy jak z każdym dźwiękiem unosimy się wraz z wirującymi w podmuchu wiatru liśćmi. Drone’owe wolne, bardzo transowe zwolnienie. Po chwili zwalniamy jeszcze bardziej, do funeralnych, bardzo wolnych dźwięków gitary. Gdy do tego dochodzą kolejne gitary i delikatne uderzenia perkusji, wiemy, że zbliża się kolejna burza dźwięków – całość niezwykle klimatycznie narasta i zaczyna coraz szybciej płynąć w przestrzeni i tak aż do gitarowego wyciszenia.
            Drugi jest prawie piętnastominutowy „Murgang” – na tle wiatru i szumu słyszymy uderzenia perkusji i talerzy, do niego dołącza ponura gitara. Jest wolno, bardzo smutno i depresyjnie. Kolejne zatrzymania to kolejny narost dźwięków gitar, które rozkręcają się bardzo powoli do szybszych obrotów. A do tego fantastyczny wibrujący bas w tle. Ten utwór to właściwie balladka, klimatyczna i smutna, leniwa i senna, ale wcale nieusypiająca. Uderzenie następuje dopiero przy szóstej minucie, kiedy gitary przywalają ostrymi riffami i całość ciężko, ale nadal wolno walcowato posuwa się naprzód. Przy ósmej minucie zwolnienie oparte na uderzeniach perkusji i delikatnych dźwiękach gitary, pojawia się nawet odgłos spływającego dolinami górskiego potoku, który zmienia się w szum morza i odległe jęki mew. Grzmot burzy i kolejne ostre uderzenia gitar i perkusji, znów jest przestrzennie, wolno i walcowato zarazem… w tym klimacie pozostajemy już niemal do końca utworu…
            Trójka to „Eiswüste” (trwająca dziewięć i pół minuty), które otwierają dźwięki burzy i kolejne łagodne dźwięki gitar. Gdy dołączają uderzenia perkusji nadal jest melancholijnie, deszczowo i sennie. Zerwanie i następuje uderzenie potężnych ostrych jak zimny wiatr riffów utrzymanych tym samym tempie, co wcześniejszy akustyczny wstęp. Po chwili znów wracamy do łagodnych dźwięków, które powoli się wyciszają, grają coraz wolniej i smutniej. Ale to nie koniec, przy samym końcu następuje kolejne ostre, nieco mocniejsze uderzenie…
            Numer cztery nosi tytuł „Schacht”, który z kolei trwa prawie trzynaście minut – tu od razu następuje fala ciężkich domowo – drone’owych uderzeń. Wolne, transowo - funeralne tempo pobudza z klimatu poprzedniego utworu, jednocześnie go zanadto nie zmieniając. Przy końcówce słychać nawet wycie wilka (wilkołaka?), jakieś dziwne piski i zgrzyty, jęki…
W tej długiej kompozycji, ani przez chwilę się człowiek nie nudzi, choć ściana dźwięków jest monotonna i taka sama od początku do końca, to po prostu muzyka, którą się czuję albo nie, taka, w której można się zatopić.
            Dodatkowym atutem tego, fantastycznego debiutu jest sposób jego nagrania: wykonany domowymi środkami zawiera trzaski i szumy, niczym z winylowej płyty, co dodaje całości niezwykłego smaczku i klimatu. „Trzeszczący” debiut OM już od pierwszych dźwięków oczarowuje potężną dawką emocji, pomysłowością i fantastycznym, ewidentnie jesiennym klimatem. 10/10

3. Splity

            Na dwóch splitach znalazły się trzy kompozycje. Pierwszą z nich jest „Am Abgrund” (trwający zaledwie pięć minut czterdzieści sekund). Otwiera go ściana ciężkich riffów i dudniąca perkusja. Klimat jest wolny, ale zupełnie inny niż na debiucie. Jest przede wszystkim ciężej – tu gitary grają pierwsze skrzypce, perkusja jest zaledwie tłem. Akustyczne zwolnienie następuje przy trzeciej minucie, jednak cały czas narasta, dochodzą do tego równomierne uderzenia bębnów i całość powoli unosi się w przestrzeni. Przy końcówce następuje kolejna fala ostrych dźwięków przy których mimochodem kiwamy głową. Sam utwór zresztą idealny do puszczania w radiu.
            Nie można tego powiedzieć o dwunastominutowym „Brachland”. Akustyczne wejście gitar z delikatnymi „wojskowymi” werblami, które powoli jakby nie od niechcenia wietrznie rozwijają się. Funeralny ton idealnie pasuje do jesiennej depresji lub do zadumy nad kruchą egzystencją człowieka symbolizowanej przez unoszony przez wiatr liść.
Jest to utwór minimalistyczny, niezwykle piękny i przejmujący, przy pierwszym przysłuchaniu mogą popłynąć nawet łzy wzruszenia… ale już po pięciu minutach uderza OM kolejną ścianą ostrych riffów, które fantastycznie uzupełniają utwór jednocześnie z nim kolidując. Niektórym zapewne napłyną w myśl nawet skojarzenia z naszym Tides From Nebula, jest jednak znacznie ciężej i bardziej pesymistycznie. Zmian tempa i niezliczonej ilości pomysłów jest w tym utworze cała masa, a wszystko zamknięte w formie porażającej emocjami i ani na moment nienużącej.
            Trzeci to kolejny moloch – dziesięciominutowy „Totengebirge”. Ten utwór jest zupełnie inny – jeszcze bardziej smutny i melancholijny. Początek rozpięty na delikatnych uderzeniach strun, mrocznym wibrującym basie i drone’owym hałasie drugiej gitary. Doomowy klimat może przywieść na myśl wczesną Anathemę czy wspomniany już rodzimy zespół Tides From Nebula, który w podobny sposób budował swoje kompozycje na płycie „Aura”. Ten utwór kapitalnie unosi się w przestrzeni, jest monotonny i wolny, ma się wręcz wrażenie jakby się człowiek odurzył jakimś narkotykiem i doznawał psychodelicznych kosmogenicznych wizji, zwłaszcza w szybszej i ostrzejszej części utworu, która przy końcówce raz po raz się zatrzymuje i uderza ponownie, na koniec przyspieszając w iście epickim, progresywnym stylu. 5/5

4. „Geisterstadt” (2007)


            Debiut płytowy OM otwiera „In Der Mine” – trwająca niecałe dziewięć minut kompozycja charakteryzująca się wolnym, drone’owym tempem, która zaczyna powoli narastać, jakby ktoś się skradał. Nie brakuje w nim również klimatycznych zwolnień, a nawet stoner’owych (!) zagrywek gitary w momencie kolejnego narastania w połowie kawałka.
Znów zatapiamy się po uszy w dźwiękach snując przedziwne, apokaliptyczne wizje, przywołując w pamięci chwile smutne i przejmujące, które bynajmniej nie ulatują gdy na końcu następuje zwolnienie do dźwięków otwierających niezwykłą podróż w głąb świadomości i najskrytszych leków. Utwór tytułowy jest drugi i trwa zaledwie dwie i pół minuty. To typowo drone’owa kompozycja oparta na wibrujących dźwiękach gitary będąc jednym potężnym uderzeniem tego samego riffu, na chwilę dołącza do niego wolna perkusja.
            Ten oto przerywnik wprowadza nas do trzeciego utworu zatytułowanego „Nebelwand” – trwający dziesięć minut z sekundami moloch zaczyna się od łagodnych, smutnych dźwięków gitar, do których dołączają coraz szybsze i zlewające się ze sobą coraz mocniej uderzenia wolnej, pochodowej perkusji. Pojawiają się nawet dźwięki akordeonu wygrywającego jakąś smutną, pogrzebową melodię. Jednak w połowie utworu następuje uderzenie ostrą ścianą, która znów zwalnia do poprzednich funeralnych tonów. Stare fotografie, które wyciągnęło się z kartonu schowanego w szafie, dawno pożółkłe i strawione przez czas odżywają przy kolejnym nagłym wzroście ciężkich i ostrych dźwięków. Coś fantastycznego…
            Czwarty jest „Unter Null” znany z epki „Kalt” nagrany na nowo i brzmiący zgoła odmiennie – mocniej, przestrzenniej i ciekawiej, mimo braku „winylowych” trzasków. Zaraz po nim następuje dziewięciominutowy (z sekundami) „Arcanum”, który rozpoczyna drone’owy ton gitary. Uderzenia perkusji i pozostałych gitar. Znów jest wolno, duszno i funeralnie. Jednak już po trzech minutach całość zaczyna nerwowo przyspieszać i unosić się w przestrzeni. Kolejne zwolnienie i ostre frazowanie, następnie znów zwolnienie tym razem do bardzo delikatnych dźwięków gitar i cichutkiej perkusji, całość jednak znów narasta i następuje epicka kulminacja zwieńczona zerwaniem.
            Płytę zamyka „Exodus” trwający niecałe sześć minut, który znów otwierają drone’owe, ale nieco łagodniejsze uderzenia gitar i mocno osadzona w tle perkusja. Pulsacja basu, niesamowity tajemniczy narost i nietrudne do przewidzenia kolejne uderzenie ostrych dźwięków.
            Utwory zbudowane według tej samej zasady, z dużą ilością zmian tempa i z kapitalnym budowaniem tempa od momentów melancholijnej zadumy aż po ekstatyczne pasaże emocji, nawet tych z pogranicza furii i destrukcyjnego gniewu – to wyznacznik tej niesamowitej płyty, która w stosunku do „Kalt” pokazuje jak bardzo do przodu poszedł zespół – nie tylko w sferze budowania utworów, ale też klimatu. Inny jest też sposób nagrania – ostrzejszy, bardziej przestrzenny, nastawiony na kontrolowany hałas, ściany dźwięków…
Niesamowitość, która na następnej pójdzie jeszcze dalej… 10/10 


5. „Karpatia” (2011)


            Podobnie jak na debiutanckim „Geisterstadt” na płycie znajduje się sześć kompozycji. Część z nich to długaśne suity, a niektóre to króciutkie, jak na standardy granej przez OM muzyki, utworki. Otwiera ją dziesięciominutowa kompozycja zatytułowana… „Aura”.
Zaczyna się od uderzeń perkusji i gitarowego motywu. Co się rzuca w uszy najmocniej, jest znacznie łagodniej niż na poprzednim albumie – nie znaczy to, że zmiękczone zostało granie to do jakiegoś popu, ale całość jest jeszcze bardziej przestrzenna. Gdy utwór przyspiesza, wyraźnie też słychać kolejny element układanki – obok budowania klimatu skupiono się na melodyjności poszczególnych utworów. Gdyby do tej płyty dodać (naturalnie) growlowane wokale (z elementami smutnych czystych monodeklamacji w rodzaju TypeONegative) otrzymalibyśmy muzykę mocno zbliżoną doczesnego Opethu.
            Drugi jest króciutki, bo zaledwie trzy i pół minutowy „Wölfe”, któremu najbliżej z kolei do jazd znanych z debiutu grupy Kvelertak. To szybka, przebojowa kompozycja, która zawiera w sobie wszystkie możliwe inspiracje z ekstremalnych gatunków metalowych.
W ogóle na tej płycie ma się wrażenie, jakby obok założonego sludge, drone i doom metalu pojawiły się elementy death i metalcore’u jednocześnie. I brzmi to fantastycznie. Niemal słyszy się ten wokal, którego wszak nie ma – tu nawet nie musiałby być jakiś mega ekstremalny. Idealny do radia i na dobry początek dnia.
            Trzeci kawałek to opowieść o niedźwiedziu polarnym, czyli „Ursus Arctos”, trwający niecałe dziesięć i pół minuty. Zaczyna się łagodnie od wietrznej gitary i drone’owych wjazdów drugiej gitary, po dwóch minutach dołączają wolne uderzenia perkusji, całość zaczyna powoli doomowo narastać i następuje kolejna ściana dźwięków. Ta jednak w połowie mocno zwalnia, jest mgliście i mocno dołująco (niewątpliwie można przy tym fragmencie odlecieć), po czym zwalniamy jeszcze bardziej, do sennych i lirycznych, akustycznych fragmentów, które narasta powoli i leniwie, progresywnie i następuje potężne uderzenie. Polowanie zostało zakończone sukcesem – niedźwiedź upolował… neandertalczyka. Cóż, mógł bardziej uważać… ale to fakt, dawno temu w epoce lodowcowej w Karpatach żyły niedźwiedzie polarne…
            Czwórka to ośmiominutowy „Im Karst” – drone’owe uderzenie potężnym riffem gitary i wolnymi uderzeniami perkusji i kliknięciami talerzy. To utwór znacznie wolniejszy od poprzedniego, bardziej funeralny. W takim drone’owym klimacie pozostajemy do jego końca – następuje nawet niemal w całości perkusyjne zwolnienie. Zaraz po nim fantastyczne ekstatyczne i niezwykle melodyjne uderzenie, znów przywołujące Kvelertaka. Kapitalny pasaż trwa już niemal do końca, po drodze mamy jeszcze jedno zwolnienie oparte na ostrym riffie i niemal dyskotekowej (!) perkusji, które na koniec znów ekstatycznie narasta i obracając się w coraz szybszych obrotach zrywa… coś pięknego…

Okładka singla "Karpatia"
         Kawałek tytułowy jest następny i trwa niecałe cztery minuty. Kolejne wejście wolnych, charakterystycznych dla drone uderzeń perkusji, gitarowe wysuwające się jakby z mgły tło i tak do końca. Karpaty… gdzieś tam czai się groza znacznie gorsza od Frankensteina czy Vlada Draculi. To tak naprawdę przerywnik, interludium do finałowego „Steinernes Meer”. A ten zaczyna się łagodnie, niemal akustycznie. Powolna perkusja przywodząca na myśl tykanie zegara. Jest jakby kontynuacją „Brachland”, powoli i łagodnie narasta przywodząc na myśl po raz kolejny Tides From Nebula, ale już po chwili następuje nieco ostrzejszy kroczący motyw, który zbliża OM do wolniejszych momentów Kvelertaka, następnie fantastyczne pulsujące akustyczne zwolnienie, które o chwili uderza kolejną dawką ostrych riffów, ale bardziej już osadzonych w szeroko pojętym post rocku niż w post metalu. Na koniec jeszcze kolejne zwolnienie pachnące black i death metalem, i to nie jest zmyła, utwór kończy się epickimi frazowanymi, drone’owymi uderzeniami.
Podróż dobiegła końca, ale zawsze można puścić wszystkie płyty jeszcze raz… 10/10 

6. Podsumowanie…

…będzie krótkie, bo żem się rozpisał. Moje odczucia i spostrzeżenia tak naprawdę to tylko część tego, co jest w niesamowitej muzyce Omega Massif. Dzieje się w niej sporo i to nie tylko na poziomie instrumentalnym, ale także na poziomie przeżywania tej muzyki. I do tego kapitalne, ascetyczne okładki.
Jest ciężko, smutno i ponuro, a jednocześnie niezwykle energetycznie. Na pewno nie jest to granie dla wszystkich, ale Ci, którzy sięgną po nagrania Niemców zakochają się w tym konglomeracie emocji i specyficznych dźwięków i nie powinni się nudzić.
Omega Massif zachwyciło mnie, czy też raczej powaliło na kolana, wsiąkłem bez reszty i nie mogę się od tych płyt oderwać. To płyty idealne na coraz dłuższe jesienne wieczory i pierwsze oznaki depresji…

Ocena całościowa OM: 9/10

poniedziałek, 26 września 2011

Relacja XXIV: State Urge (18 IX 2011, „Młody Byron”, Sopot)


Warto odczekać jakiś czas i nie chodzić na koncerty zespołu, który się bardzo lubi i ma on szczególne miejsce w sercu i pamięci muzycznej. Przekonałem się o tym, gdy odstawiłem na bok Blue Jay Way, które po upływie pewnego czasu zachwyciło mnie ponownie. Tak samo miało to miejsce ze State Urge. W wypadku tego zespołu odstawka wynikała raczej z małej ilości koncertów niż znudzenia materiałem. Świetną okazją, by posłuchać niezwykłego gdyńskiego kwartetu po takiej przerwie był nieplanowany przeze mnie kompletnie wypad do sopockiej kawiarni artystycznej „Młody Byron” mieszczącej się w Domku Sierakowskich.
Mój dobry kumpel Grzesiek, niezwykle przytomnie zwrócił mi uwagę, że State Urge będzie tam grać zaledwie trzy dni przed koncertem. Nie było mi bowiem o tym koncercie wiadomo zupełnie nic. Bez zastanowienia zaplanowałem sobie, że wybiorę się, choć przyznam, że miałem nieco inne plany na tamten niedzielny wieczór, i wspólnie wybraliśmy się na występ chłopaków.

Marcin Bocheński, Krystian Papiernik i Marcin Cieślik
.
            Obok utworów znanych już chyba wszystkim z fantastycznej epki „Underground Heart” zabrzmiały utwory nowe i covery, w tym kawałki legendarnego Pink Floyd, do którego chłopaki wyraźnie nawiązują  w swojej twórczości. I tak obok „Preface” i „Heave a sigh”, suity „Underground heart” i rozwniętego o fragment z „Podróży Pana Kleksa” utworu „Mr Inklobot’s Journeys” (to wszak piosenka o Ambrożym Kleksie ze wspaniałych książek Jana Brzechwy!) pojawiły się nowości, zwiastujące kolejną epkę, którą chłopaki planują w niedługim czasie wydać. Pierwszym z nowych utworów była „Iluzja”, który fantastycznie wkomponował się w efekty świetlne, czy też raczej te wpasowały się w muzykę SU.
Marcin Cieślik i Michał Tarkowski
Najpierw klawiszowy smutny wstęp, który przechodzi w jakby dyskotekową pulsację a wraz z uderzeniem gitar i perkusji przed oczami zaczyna się istny taniec galaktyk, mgławic i tęcz. Drugim był „Arpeggio” zagrany pod koniec koncertu, który choć dość krótki, był intensywny. Znów klawiszowy wstęp, który tym razem przywiódł mi skojarzenia z francuskimi piosenkami w rodzaju tych, które tworzyła Edith Piaf, a później kolejne uderzenie ostrzejszych riffów i przestrzennej jazdy bez trzymanki, a do tego jeszcze delikatny wokal Marcina Cieślika.
            W przypadku coverów, zagranych w specyficzny, inny niż zazwyczaj, a przede wszystkim nieodegrany sposób chłopaki zagrali „Hallelujah” (tym razem rozpięte jedynie na gitarze i głosie Cieślika i dopiero pod koniec z energetycznym wejściem pozostałych instrumentów), „Again” grupy Archive (jestem pewien, że gdyby został ogłoszony konkurs na najlepszą interpretację tego utworu, State Urge znajdowałoby się w ścisłej czołówce faworytów). I oczywiście, jak wspomniałem wcześniej, Pink Floyd: a wśród nich fantastyczne „Echoes” i „Comfortably Numb”, przy którym dosłownie zakręciła mi się łezka. Na bis chłopaki zagrali jeszcze raz otwierającą epkę kompozycję „Preface” i zeszli w burzy oklasków.

Osobna kwestia to nagłośnienie – to bowiem było najlepsze z dotychczasowych jakie słyszałem na koncertach chłopaków. Wyważone, a jednocześnie ostre tam gdzie być powinno ostro, przestrzenne i płynące w pomieszczeniu, które pomieściło znacznie więcej osób niż było to planowane i jednocześnie mogło pomieścić. Bardzo pasowała oprawa świetlna, momentami nawet świetnie skoordynowana z muzyką SU. Przeszkadzał jedynie trochę za często puszczany dym, który wyraźnie przeszkadzał dziewczynom siedzącym w pierwszym rzędzie krzeseł.
To już święta?

Cóż jeszcze? Po dość długiej koncertowej nieobecności chłopacy wrócili w wielkim stylu. Nie tylko z nowymi utworami i pomysłami, ale też w kapitalnej formie. Muzyka chłopaków dosłownie przenosi w inne stany umysłu; sprawia, że unosimy się gdzieś w przestrzeni jak gdyby po zażyciu jakiegoś narkotyku – sennie, błogo i przyjemnie. Niewątpliwie jest to muzyka, którą można się naćpać – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Żeby ochłonąć poszliśmy sobie jeszcze z Grześkiem w stronę sopockiego mola, po drodze mijając wykończony już Plac Przyjaciół Sopotu. Zdziwiły mnie drzewa oświetlone w taki sposób jak gdyby były to już święta Bożego Narodzenia. Do nich jeszcze trzy miesiące, ale najwyraźniej architekt postanowił trochę wyprzedzić czas i tym oto sposobem, na początku kalendarzowej jesieni mamy… no właśnie, osobliwe, trzeba przyznać, ale ciekawe. Po powrocie do domu puściłem sobie epkę chłopaków, by jeszcze przez chwilę poobcować z ich niesamowitymi kompozycjami. No, i z niecierpliwością czekam na kolejne udane koncerty i drugą płytową dawkę cudowności…

sobota, 24 września 2011

Opeth – Heritage (2011)



Niektórzy artyści nie bardzo wiedzą, kiedy się wycofać lub trochę poczekać z wydaniem kolejnego materiału. Grupa Opeth, od której zaczęła się moja przygoda z cięższymi brzmieniami nie tylko, moim zdaniem powinna się na jakiś czas zawiesić, ale także nie powinna wchodzić do rzeki, w której już była trzykrotnie („Blackwater Park”, „Deliverance” i „Damnation”). Na samą bowiem myśl o tym zespole cieknie mi ślinka, a oczy zamykają się rozmarzeniem. Po słabej (moim zdaniem) płycie „Watershed” Opeth z 2008 roku, przyszedł czas na jeszcze słabsze podwójne wydawnictwo koncertowe „Live At Royal Albert Hall”, w którym odegrano „Blackwater Park” i zrobiono szybki i pobieżny przegląd utworów, wcale zresztą nie najlepszych z wszystkich płyt grupy. I byłoby nawet znośnie, gdyby nieszumiący, straszny dźwięk pozbawiony głębi i psujący wszystkie fragmenty poszczególnych kompozycji. Tymczasem Aekerfeldt od jakiegoś czasu zapowiadał powstanie kolejnego wydawnictwa studyjnego. Zgodnie z aktualnym założeniem promocyjnym wytwórni muzycznych, informacje o płycie były dawkowane bardzo oszczędnie. Z początku byłem nawet zaciekawiony: intrygującą okładką i, że producentem ponownie jest Steven Wilson – niestety na tym się skończyło, bo płyta jest koszmarnie nudna i pozbawiona wszystkiego do czego przyzwyczaił nas Opeth.

Nie kwestionowani twórcy melodyjnego death metalu, często również określanego mianem death metalu progresywnego, nagrali płytę będącą niemal dosłowną kopią patentów znanych z „Damnation”. Znów jest łagodnie, akustycznie, nie ma growlowanych wokali, przestrzennie. I mogłaby to być płyta bliźniacza, nawet siostrzana, gdyby była nagrana zaraz po pięknej poprzedniczce. Jednakże nagrana w siedem lat później brzmi słabo, powtarzalnie i po prostu nudno. Słuchając tej płyty spałem; kiedy wybrzmiewał ostatni utwór miałem wrażenie jakby dopiero kończył się pierwszy, a kiedy spoglądałem na licznik z nadzieją, że to koniec płyty okazywało się, że to dopiero początek trzeciego numeru.
No dobrze, ale najpierw okładka: kłania się z niej Monty Python. Oto mamy drzewko, przywołanie zapewne biblijnego Drzewa Poznania Dobra i Zła, na której rosną sobie główki poszczególnych muzyków grupy. Jedna nawet z niego zlatuje (czyżby klawiszowiec Opethu, który zdecydował się niedawno zespół opuścić?), by rozbić się o ziemię usianą kośćmi wcześniejszych muzyków grupy. Do drzewka ustawia się kolejka ludzi, którzy chcą zerwać dla siebie dojrzałe owoce (czyżby fani zespołu spragnieni nowych dokonań?). Poniżej zaś widzimy piekło, symbolizowane językami ognia i dwugłową postacią diabła – przypomnienie skąd Opeth wyrósł?. I jeszcze słoneczko i płonące miasto. Bardzo intrygujące i klimatyczne, szkoda, że na tym się w sumie kończy…

Zaledwie dwu minutowe instrumentalne intro posiadające taki sam tytuł jak płyta jest zbudowane z kilku fortepianowych dźwięków. Pierwszy zwiastun, że to wydawnictwo inne niż Opeth zdołał nas przyzwyczaić. Zaraz po nim „Devil’s Orchard”, które zaczyna się od mocnych uderzeń perkusji i gitar, klawiszowego wejścia i mamy instrumentalny pasaż, po którym wchodzi czysty wokal Aekerfeldta. Tak, to jest Opeth – słychać to wyraźnie po głosie i specyficznym brzmieniu gitar. Ale te klawisze i rozmyte jakby tło, orkiestracje – zdecydowanie jest inaczej niż dotychczas. Czym to pachnie? Mocnym progresywnym rockiem z lat 70. Utwór nie jest długi, jak na Opeth bardzo krótki (6’40) i tempo zmienia się w nim przynajmniej trzy razy, ale mnie zwyczajnie nudzi. Poza tym perkusja jest za bardzo na wierzchu. Idziemy dalej: „I feel the Dark” – ta sama długość i akustyczne wejście. Znów czysty wokal. Wietrzny klimat może przywoływać nawet King Crimson z pierwszej płyty – w bardzo podobny sposób jest bowiem budowane napięcie w tym kawałku, jak dla mnie jednak brakuje w nim świeżości i ujmującego za serce i umysł niesamowitego klimatu i tak naprawdę niedoścignionego wzoru. Fragmenty, które wyraźnie wskazują, że to jest Opeth – charakterystyczne zagrywki i mocniejsze uderzenia, które jednak nie dorównują siłą tym z wcześniejszych płyt Opeth, zwłaszcza tych zupełnie najpierwszych. W utworze niewątpliwie dzieje się sporo, ale znów trochę mi się dłużyło. 

Czwórka to „zaledwie” czterominutowy „Slither”. Od pierwszej nuty skojarzenia są jasne: Deep Purple i Whitesnake. Klawiszowe tło i dość szybki, rockowy szlif na to wskazuje. Krótki, zwarty, depresyjno-jesienny tekst. Szkoda tylko, że Aekerfeldt nie potrafi modulować swojego głosu tak jak Gillian czy Coverdale – pasowałoby to tutaj. Jeden z najciekawszych moim zdaniem kawałków na płycie. Następny jest „Nepenthe” trwający pięć minut z sekundami. Cichutkie i drobniutkie dźwięki gitary i po chwili delikatne uderzenia perkusji i talerzy, które nijak nie chcą mi się wpasować w Opeth. Bardzo krótki tekst – zaledwie trzy dwuwersowe zwrotki – został zamknięty w moim przekonaniu w formie ciekawej ale chyba trochę za długiej. Dobry byłby to motyw na przerywnik, albo outro, na cały utwór nie. I nawet jak przyspiesza nerwowo w stylistyce eksperymentów King Crimson z „Lark’s Tongues In Aspic” z ekstatyczną solówką to ja nadal nie słyszę czegoś, co by mnie zaciekawiło do tego stopnia by padać na kolana i składać pokłony. 

Szósty jest „Haxprocess”. Bardzo typowe dla Opethu wejście – tylko w tym zespole gitary brzmią i grają w taki sposób, trzeba przyznać, że o pomyłkę z innym zespołem nie byłoby mowy. Akustyczne, wietrzne zwolnienie do jak na Aekerfeldta bardzo spokojnego i co najciekawsze mocno lirycznego głosu (nawet bardziej niż na „Damnation”. Po mniej więcej dwóch minutach troszkę przyspieszamy. Ponownie mam wrażenie, że perkusja jest trochę za mocno uwypuklona. Osobiście wolałbym bardziej usłyszeć uwypuklone partie klawiszy, których prawie nie słychać. Znów mam wrażenie dłużyzn – zupełnie jakbym słyszał ten sam kawałek z innym tekstem. Następny w kolejce jest trwająca ośmioipółminutowy „Famine”. Rozpoczyna się ciekawie – psychodeliczne zawodzenie, egzotyczne dźwięki perkusjonali, jakieś przetworzone śmiechy i jęki. Po chwili klawisz, wygrywający ascetyczną deszczową melodię. Liryczny, przejmujący i niezwykle (jak na Aekerfeldta) smutny wokal. Niedaleko trzeciej minuty wchodzi melodyjna zagrywka gitary i całość narasta. Znów za głośna perkusja – klawisze wyraźnie inspirowane Hawkwindem grzęzną pomiędzy (na litość boską to są Hammondy – na wierzch z nimi!). Zaraz potem fragment, który jest bezczelną kopią „skowronków”, zwolnienie, bardzo intrygujące i ciekawe przywalenie z partią fletu przy piątej minucie i znów zwolnienie, kolejny ekstatyczny wybuch z fletem (który zaczął mi się kojarzyć z podobną stylistyką Arjena Lucanssena, która zresztą wychodzi mu dużo ciekawej). Na koniec mroczne zejście na klawiszach z powtórzeniem deszczowego i dźwiękowego motywu z początku kawałka. Drugi bardzo ciekawy utwór. 

Trwający niecałe cztery minuty (3’49) „The Lines in My Hand” brzmi równie intrygująco i zupełnie nie Opethowo – raczej jakby wyjęty z płyt Genesis. Tylko czemu perkusja znów wybija się na przód to doprawdy nie wiem. Świetny wyrzucony na wierzch bas i klawiszowe momenty zaznaczające jego obecność. Po krótkim zwolnieniu, nieco mocniejsze przywalenie i pasaż, w którym znów słychać, że to jednak Opeth. Cały czas spokojne wokale. I bardzo przebojowe zakończenie utworu. Przedostatni jest „Folklore” trwający osiem minut z sekundami. Wyłaniająca się z wolna zagrywka, zamienia się w rzewną melodię. Po chwili dochodzi perkusja i pozostałe instrumenty. Czuć przestrzeń. Po co jednak głos Aekerfeldta w pierwszej zwrotce został poddany przetworzeniu nie wiem, w refrenach i w dalszych zwrotkach śpiewa przecież normalnie. Odczułem deja vu – podobnie brzmiał mi już płyta „Watershed”, której strasznie nie lubię. Kolejna usypiająca nuda, której nie ratują: deszczowy bardzo Wilsonowy klawisz w połowie i pojedyncze wybuchy gitar i perkusji w pędzącej stylistyce, która może przywodzić na myśl nawet Pink Floyd. Chóralne powtórzenia i same chóry też nie wypadają według mnie przekonująco. Na koniec, po wyciszeniu tego poprzedniego (a szkoda, że niezakończonego epickim pojedynczym uderzeniem) dostajemy akustyczny, wietrzny i smutny „Marrow of the Earth”. Ten trwający cztery minuty instrumental mógłby znaleźć się z powodzeniem na płycie „Damnation” jak też jako dodatek do akustycznych bonusów zrealizowanych na potrzeby „Blackwater Park”. Kolejny utwór, który mi zabrzmiał. Senny, ale w tej senności zawierający piękno, które lubię w muzyce – piękno zadumy. A przy okazji zapachniał mi ten kawałek zapomnianą już nieco grupą The Eagles.

Na dziesięć utworów tylko cztery przypadły mi do gustu. Przez resztę płyty dosłownie rzecz ujmując spałem i błądziłem wzrokiem po ścianach. Zabrakło growlowanych wokali Aekerfeldta, zdecydowanie jednego z najlepszych jaki kiedykolwiek słyszałem, choćby nawet przez moment. Zabrakło jednego choćby utworu, który by całość pociągnął. Kompozycje, nawet w krótkich jak na Opeth ryzach czasowych, dłużą się niemiłosiernie.
Słuchając tej płyty zacząłem się zastanawiać, na ile to jest płyta Opethu, a na ile Stevena Wilsona, który ostatnio zasmakowawszy w brzmieniu lat 60 i 70 nachalnie propaguje wyciszone, akustyczne i mocno przestrzenne granie z tamtego okresu. Kocham takie granie, co wielokrotnie podkreślałem, ale nie w wykonaniu zespołów i produkcji podpisanych nazwiskiem pana Wilsona. Dlatego też uważam, że czwarte spotkanie Aekerfeldta z Wilsonem to kompletne nieporozumienie. Zabrakło oryginalności, świeżości i ducha tamtych czasów, to po prostu ładna kopia podpisana przez Opeth. Gdyby płyta wyszła zaraz po „Damnation” prawdopodobnie uzyskałaby wyższą notę, tymczasem według mnie wypada po prostu słabo. To płyta spóźniona i zupełnie niepotrzebna. Rozumiem i cenię, że Opeth, a zwłaszcza Aekerfeldt, szuka czegoś nowego i zmienia stylistykę, ale jeśli kolejne wydawnictwa mają być takie jak „Heritage” to ja zdecydowanie i głośno podziękuję. Może jest to duży krok dla Opethu i niewątpliwie szok dla fanów tej grupy, dla większości objawiający się niezwykle entuzjastycznymi i ekstatycznymi reakcjami, ale ja należę do tej drugiej, nielicznej jak sądzę grupy osób, które nie są zachwycone tak radykalnym odejściem od wcześniejszej stylistyki.

Cztery dobre numery i okładka daje piątkę – to dobry zaczątek na włożenie kija w mrowisko piejących dziewiątek i czerwonych żarzących się dziesiątek – do tego dojdzie minus pół punkta za głośną perkusję psującą całą przyjemność ze słuchania i wychodzi mi do postawienia (z nieukrywanym smutkiem i żalem) poniższa ocena: 4,5/10.