czwartek, 28 lipca 2011

Northern Plague – Blizzard of the North (2011)


Za black metalem nigdy nie przepadałem i szczerze mówiąc nadal nie przepadam. Może wynikało to (i wynika) nie tyle z racji obieranej przez tego typu zespoły tematyki, odpychającego wizerunku czy wyjątkowo, z reguły, nieprzystępnego surowego, garażowego i bezsensownie łomoczącego i rzeżącego sposobu nagrywania pozbawionego melodii i jakiekolwiek większego, głębszego sensu. Tak naprawdę to w ogóle nie znam muzyki black metalowej, razi mnie ten rodzaj muzyki i raczej go unikam. Przyznam się, że moja znajomość black metalu w znacznej mierze ogranicza się do wczesnego Bathory’ego i Satyricona. Behemotha nie lubię, choć Nergala cenię jako człowieka niezwykle charyzmatycznego.

piątek, 22 lipca 2011

World To Ashes – In Contemplation Of Death (2009)


Pierwsza płyta niemieckiej grupy World To Ashes, wydana w dwa lata po bardzo ciekawej debiutanckiej epce „Of What There Is To Come” nie doczekała się jeszcze następcy, ale warto się jej przyjrzeć, zwłaszcza jeśli lubi się melodyjny death metal, a epka przypadła do gustu. Mroczna okładka w ciemnych barwach przedstawia postać, która stoi u wrót budynku wyglądającego na grobowiec albo świątynię jakiś starożytnych bóstw, zarośnięty ogród i wylewający się z wnętrza owego budynku oślepiający blask. Już patrząc na samą okładkę można dojść do wniosku, że będziemy mieć do czynienia z materiałem ciemnym i ciężkim – ciężkim w niemal każdym tego słowa znaczeniu. Przysłuchajmy się zatem:

Płytę otwiera instrumentalna miniaturka „Into the Abyss”. Najpierw wolne niemal black metalowe wejście, następnie wejście mocnych uderzeń perkusji i rwanego riffu. Całość narasta, wolny funeralny ton i zejście, które płynnie przechodzi w szybki, melodyjny „Beyond the Veil”. Niewątpliwie czuć w tym utworze (i w kolejnych też) silny wpływ dokonaniami legendarnej grupy Death, a także Opethem i Dark Tranquillity. Trzeci jest „Pale Cold Water”, w którym nie zwalniamy tempa. Znów mocne uderzenia perkusji, ostre jak brzytwa riffy i naturalnie growl – czysty, zrozumiały i bardzo przyjemny dla ucha. „Tie Killer Hypocrites”, czyli kolejny numer uderza melodyjnym riffem i dosłownie wbijającą w podłogę pędzącą perkusją, którą w niektórych przypomina wbijanie gwoździ w ścianę szybkimi, rytmicznymi ruchami młotka. Przy końcówce pędzący instrumental niemal do końca. Fantastyczny utwór.

Numer piąty to „Vanity”. Nieco mylące przywodzące na myśl power metalowe zagrywki wejście gitary i przywalenie. Znów pędzące riffy i łomocząca perkusja. W połowie zejście i instrumentalne uderzenie do którego po chwili dołącza wokal. W szóstce „The Lucent Gate” nie zwalniamy, od pierwszych sekund kolejna sieka ostrymi riffami, ciekawymi melodiami i szybką perką. W połowie jako żywo konstrukcja z wolniejszych fragmentów z twórczości God Dethroned czy Legion Of the Damned. Rewelacja. Trupie światło ogarnia całość jestestwa i w blasku przywala kolejnym utworem, znanym z epki „Path Of Uncertainty”. Brzmiącym jeszcze szybciej i drapieżniej, przede wszystkim dlatego, że płyta jest znacznie lepiej nagłośniona i ciekawej nagrana. Jest też od oryginału o kilka sekund krótszy ten utwór i naturalnie znów skojarzenia z death metalem niderlandzkim. Majstersztyk. 

Kolejnym, ósmym numerem jest dwie i pół minutowy instrumentalny przerywnik „Yesterday Is Burning Black” oparty na wietrznej akustycznej gitarze i delikatnych uderzeniach bębnów. Senny klimat to tylko cisza przed kolejną burzą, która przechodzi płynnie w melodyjny riff i kolejną dawkę walących po głowie bębnów w utworze „Riven”. Sieka do machania łepetyną, oj tak! Przedostatni jest „A Soul Divided” – z początku nieco wolniejszy, ale po chwili znów otrzymujemy jazdę bez trzymanki na najwyższych obrotach. I do tego fantastyczny, melodyjny płynący riff gitary. Perkusyjne zwolnienie na końcówce, szepty i wolne narastanie. Czy w tym utworze znów nie kłania się Opeth? Odnoszę wrażenie, że owszem. Różnicą jest przystępniejsza dla zwykłego, przeciętnego słuchacza długość utworu, niecałe pięć minut.
I na koniec przyszedł czas aby spotkać Śmierć w utworze „Facing Death”. Przywodzący na myśl thrash metal wjazd gitar i deathowa łomocząca perka. Przy końcówce dostajemy nawet black metalowe obroty… Majstersztyk. Zapachniało Lamb Of God? Może odrobiną Machine Head? Ja nie mogłem się takiego wrażenia pozbyć.

Podsumowując, nie poraził mnie ten album, ale też nie pozostawił złych wrażeń, wręcz przeciwnie, słucha się go bardzo przyjemnie. Podobnego grania jest sporo, ale w swojej klasie jest to materiał bardzo interesujący i słuchalny. I bardzo zachęcający do wypatrywania drugiego albumu. Warto zapoznać się z twórczością World To Ashes – ta płyta z pewnością spodoba się wielbicielom takiego grania i raczej nie pozostawi w niedosycie czy wielkim niezadowoleniu. Ode mnie: 8/10

środa, 20 lipca 2011

WNS III: Arcane Deception, World To Ashes

Nieoczekiwanie, przekopując się przez kolejną sporą turę płyt trafiłem na kilka ciekawych zespołów obracających się przede wszystkim w ramach melodyjnego death metalu, ale nie tylko. Niektóre z nich wydały już pełnowymiarowe materiały, a niektóre dopiero debiutują. W późniejszym czasie zajmę się długogrającym materiałem, na pierwszy ogień idą dwa krótkie płyty: Arcane Deception - Arcane Deception EP, World To Ashes – Of What There Is To Come EP .

1. Arcane Deception – Arcane Deception EP (2011)


Zespół powstał w listopadzie 2008 roku w New Delhi w Indiach. 17 kwietnia 2011 roku zrealizowali swoje pierwsze wydawnictwo, zatytułowane po prostu tak jak zespół.
W skład zespołu wchodzą: gitarzysta Saurabh Seth, basista i wokalista Manu Tyagi, perkusista Siddharth Kaushik i klawiszowiec Kshitij Banerjee. Współtworzona przez nich muzyka to wypadkowa groove, death i metalu progresywnego.

Płytkę otwiera numer „Troops In Oblivion”. Wolne melodyjne wejście i pojawiają się szybkie tempa oparte na riffach i ciekawych klawiszach. Interesująco na tle muzyki przywodzącej na myśl typowy metal progresywny w rodzaju DT wypada bardzo dobry growlowany wokal. Patenty melodyczne gitar z kolei bardzo przypominają te z melodyjnego metalu.
Drugi kawałek (tytułowy) zaczyna się od klawiszowej orkiestracji, uderzenia perkusji i wrzasku. Tempo jak w poprzednim utworze, dość szybkie, a riffy gitar współgrają z klawiszami, które odnoszę wrażenie spełniają w twórczości AD dużą rolę. Klawiszowe zwolnienie w środku utworu – czy nie zapachniało dawnym DT. Czysty wokal, przez chwilę instrumental utrzymany w spokojnym klimacie, następnie lekko przyspiesza – solówka gitarowa i klawiszowa i ponownie zwolnienie z growlem aż do zejścia.
Tróka to „Arcane Pain” – smutna, wietrzna gitarowa zagrywka i przyspieszamy. Znów pachnie epickim melodyjnym heavy metalem, przywodzącym nawet na myśl Iron Maiden. Ten numer jest nieco tylko wolniejszy od dwóch poprzednich, z takim trochę skocznym jakby dyskotekowym szlifem. Solo w połowie kawałka zapachniało nawet Dragonforcem, choć nie jest aż tak sztucznie i pompatycznie. Zwolnienie oparte na klawiszach i kolejne gitarowe solo. I przyspieszenie na zakończenie. Cztery: „Ghost in the Ghetto”. Wolne perkusyjno-klawiszowe wejście, krzyk i uderzenie rwanych riffów. Podobne tempo jak w poprzednim. Wysuwający się na wierzch dźwięk klawiszy. Przy końcówce niemal doomowy pasaż, zatrzymanie i powrót do szybkich temp, w których zostajemy do końca.
Ostatni jest „Coup de Grace”. Uderzenie perkusji i melodyjnej gitary. Średnie tempa, growl. Bardziej pędzący szlif, chóry w tle. Gdzieś przemyka po głowie Iron Maiden z ostatnich płyt.
Przy końcówce znów klawiszowy pasaż i gitarowe solo. Już – w sumie dwadzieścia osiem minut grania.

Na pewno nie jest to materiał świeży czy odkrywczy. Słucha się go dość przyjemnie, choć bez większej satysfakcji. Interesująca jest okładka i bardzo dobra jakość nagrania, szkoda tylko, że zabrakło oryginalności i pomysłu, wszystko już gdzieś bowiem było, a utwory są trochę za długie (średnio pięć minut, najdłuższy ma około siedem). Tę płytę można potraktować jedynie jako egzotyczną ciekawostkę.3,5/5

2. World To Ashes – Of What There Is To Come EP (2007)


O tym zespole wiem równie niewiele. Powstał w 2005 roku w Niemczech i dotychczas wydał dwa wydawnictwa: epkę „Of What…” w 2007 roku i debiutancki album długogrający „In Contemplation Of Death” w 2009. Skład grupy wyglądał następująco: na basie Sascha Hornberger, na perkusji Achim Wiedemann, Lorentz Schmidt i Daniel Muchy na gitarach, Christoph Zachariasz na wokalu i Andreas Moritz na klawiszach. Aktualnie zespół przechodzi zmiany personalne i szykuje materiał na drugą płytę.

Epkę otwiera „Crown Of Victory” - ciemne niemal black metalowe intro oparte na orkiestracji i dudniących bębnach i przywalenie szybkimi riffami i pędzącą perkusją. Czysty, przyjemny growl. Gdzieś wyraźnie pachnie Death, Insomnium czy Dark Tranquillity.
Drugi utwór „From Dust Into Haze” zaczyna się wolno, dość sennie i po chwili następuje przypierdol – melodyjna ostra gitara, pędzące bębny utrzymane w szybkich tempach.
Trójka: „Killing Ourselves” – nie zwalniamy tempa, tu od razu uderza się z grubej rury. Dalej mamy do czynienia z szybkimi tempami i wolnymi pochodowymi fragmentami.
Na chwilę pojawia się czysty wokal. I do zakończenia kawałka mamy dosłowną siekę do machania łepetyną w rytm. Numer czwarty to trwająca niecałe dwie minuty miniaturka „Into Your Presence”. Smutny gitarowy instrumentalny przerywnik jako żywo przypomina melodie z ballad Dark Tranquillity. Po nim następuje melodyjny i znów dość szybki, utrzymany w średnich tempach „My Hope In Your Hands”. Bardzo ciekawe riffy wyjęte trochę jak z wczesnego speed/thrash metalu. Majstersztyk. Ostatni jest kawałek „Path Of Uncertainty”. Nie zwalniamy tempa, znów jest ciężko i pędząco. Inspiracje death metalem niderlandzkim w rodzaju God Dethroned czy Legion Of The Damned? Jak najbardziej, absolutnie fantastyczny utwór.

Zaledwie dwudziesto trzy minutowy debiut fonograficzny zespołu World To Ashes to pozycja bardzo interesująca i przyjemna w słuchaniu. Oczywiście, znów nie do końca odkrywcza, ale dla wielbicieli podobnego grania na pewno jest godny polecenia. Bardzo dobrze pokazuje też to, co nadejdzie (zgodnie z tytułem) na kolejnej płycie, nieco tylko innej od tej epki. 4,5/5

wtorek, 19 lipca 2011

Progresywnie mi II - Above Symmetry, Borealis

1. Above Symmetry – Ripples (2011)


Grupa nazywała się Aspera i pod taką nazwą w 2010 roku wydała swój debiutancki album – „Ripples”. Z powodów technicznych zmienili nazwę na Above Symmetry i zdecydowali się, że debiutancki materiał nagrają ponownie. Zrobili to pod czujnym uchem uznanego producenta Jensa Bogrena, znanego ze współpracy z Opeth, Paradise Lost, Hammerfall i Symphony X. Sam Bogren o płycie mówi tak: „Debiutancka płyta tych kolesi to jeden z najlepszych albumów w stylistyce metalu progresywnego, jaki słyszałem od lat. To zaszczyt, że mogę im pomóc wydać tę płytę. W pełni na to zasługują”. „Każdy, nawet najmniejszy ruch ma swoją konsekwencję, zarówno w kontekście personalnym jak i globalnym”. – mówią z kolei o płycie muzycy tej młodej norweskiej grupy. Nie tak dawno pisałem o Sepulturze i ich pojęciu czasu wynikającego z najnowszego albumu „Kairos”. Podobne założenie towarzyszy też debiutanckiej płycie zespołu Above Symmetry. Z tą różnicą, że czynnikiem zmian jest marszczenie powierzchni fal…

Płytę otwiera króciuchne wyłaniające się intro z smutnymi klawiszowymi dźwiękami i fragmentami jakiś radiowych przemówień, które płynnie przechodzi do utworu zatytułowanego „Ripples” – uderzenia perkusji, motyw na klawiszach i frazowana gitara to zaledwie początek pędzącego melodyjnego kawałka. Interesująca linia klawiszy i wyraźnie słyszalny bas, a także dość wysoki, ale szorstki wokal. Trzeci jest nieco wolniejszy „Do I dare?”. Klawiszowe solo jakoś kojarzące się z latami siedemdziesiątymi? Po nieco zbędnym wyciszeniu utwór „Remorse” czyli numer czwarty otwierają ponownie klawiszowe ostre tony, gitarowy riff i następuje melodyjne rozwinięcie – czy nie pachnie to trochę wczesnym Dream Theater? Czy gdzieś Borealis nie przemyka w głowie? Unoszące się zwolnienie w połowie i powolne rozwijanie, mroczne dźwięki i przyspieszenie. Na koniec chóralny śpiew i instrumentalne zejście. Rewelacja. Piątka „Between Black & White” znów zaczyna się od klawiszy, a potem dołączają gitary i perkusja. Moment refrenu – wydaje się być dziwnie znajomy, ale najdziwniejsze jest to, że nie można sobie przypomnieć skąd (może ktoś sobie przypomni? Ja jakoś nie potrafiłem...). Zegarowe zwolnienie, Deep Purplowe organy, narastanie… właściwie ten ośmiominutowy kawałek to ballada, ale jak fantastycznie pomyślana, w jednym utworze dzieje się naprawdę sporo, czasem nawet za dużo, ale nie jest to wada, bynajmniej…
Sześć: „Catatonic Coma” – ciemne, mroczne wejście oparte na basie, przejście do spokojniejszej wolnej linii i wolne przyspieszenie. W sumie chyba najwolniejszy utwór na płycie, wyraźnie też pachnący hymnami Hammerfall, choć nie jest aż tak pompatycznie i nie ma tu śpiewania o rycerzach i podobnych sprawach. Przy końcówce znów pojawiają się mroczne tony z początku i dosłownie na chwilę następuje przepiękne instrumentalne przyspieszenie, mroczne tony kończą… Siódemka to „Torn Apart” – delikatne otwarcie akustyczną gitarą i smutnymi klawiszami. Bardziej liryczny, smutny tonaż daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z balladą, bardzo interesującą zresztą. Ośmiominutowy „Traces Inside” zaczyna się od uderzeń perkusji, gitarowego riffu i znów jest dość szybko. Orkiestracje i konstrukcja kompozycji po raz kolejny pachnie wczesnym DT, a także Symphony X i Paradise Lost. Instrumental w połowie utworu wręcz jest niemal powtórzeniem niektórych patentów DT z kongenialnego konceptu „Scenes From the Memory: Metropolis Pt. II”. Fantastyczna fragment z pędzącym riffem i klawiszowym zapętleniem… Miniaturka „Reflections” to gitarowo-klawiszowy przerywnik, ze spokojnym wokalem. Delikatnie nawet zapachniało „Space-Dye Vest” DT z płyty „Awake” czy eksperymentami Pink Floyd z płyt „Animals”. Bardzo sympatyczne w każdym razie. Na koniec przypierdol w ostrym i pędzącym „The Purpose”… gdzieś przemykają nawet skojarzenia z Pagan’s Mind i Dreamscape i naturalnie z DT, który spowalnia i przy końcówce bardzo wyraźnie nawiązuje do zakończenia suity DT „Octavarium”… Dalszy ciąg nastąpi zdaje się mówić schodzące w coraz cichsze dźwięki wyciszenie.

Podsumowując, nie jest to materiał, który wyważa od dawna otwarte drzwi, ani też specjalnie odkrywczy. Po prostu kolejna grupa, która w ciekawy i dość oryginalny sposób zabrała się za metal progresywny.
Moim zdaniem wcale nie jest to też jeden z najlepszych albumów w tej stylistyce od lat (debiutancki materiał Lost In Thought” czy druga płyta Perihellium są znacznie lepsze). To przyjemny i bardzo słuchalny materiał. Dziś nagrać płytę w stylistyce metalu progresywnego, która będzie dobra i nie jednocześnie nie popadnie w sztampę i zbytnią powtarzalność jest trudno. Above Symmetry na pewno wywiązało się z zadania obronna ręką, a fala poprowadzona przez debiut niewątpliwie jeszcze sporo może namieszać. Wysyp nowych grup grających niczym Bogowie może przyczynić się do zmian i świeżego spojrzenia. A tej Above Symmetry nie można odmówić. 8/10

2. Borealis – Fall From Grace (2011)


Zaciekawiony okładką najnowszego wydawnictwa sięgnąłem po debiutancki materiał zespołu - „Worlds of Silence” z 2008 roku, który zachwycił mnie i zachęcił do wyczekiwania drugiego albumu Borealis. Słuchając go zastawiałem się czy słusznie, za każdym razem odpowiedź była dwuznaczna. To świetna płyta, ale też mocno rozczarowująca.
Podobnie jak na pierwszej płycie mamy do czynienia z dość wysokim, szorstkim wokalem, szybkimi melodyjnymi riffami i solidnym tłem. Wciąż jest to połączenie klasycznego power metalu z progresywnym szlifem spod znaku takich zespołów jak Evergrey i Savatage z ich najlepszych płyt czy takich grup jak Vanden Plas czy Dream Theater. Lepsza jest produkcja, muzyka jest dojrzalsza i nieco cięższa. Nie zmieniły się długości utworów – wszystkie trwają w granicy czterech, pięciu minut. Zmienił się skład grupy – wzbogacając się o drugiego gitarzystę Kena Roberta. A niezwykłą, sugestywną i przyciągającą uwagę okładkę wykonał Frank Fiedler.

Przed oczami jawi się nam płonący księżyc, z którego unosi się dym. Widzimy też co najmniej cztery postacie – kobiety spowite w szkarłatne suknie przypominające płomienie, albo skrzydła pazia królowej (gatunek motyla). Spływają one w dół nieba prosto do asteroidy z gorejącą dziurą przywodzącą na myśl piekło. I do tego prostą niewymyślną białą czcionką nazwa zespołu: Borealis i pod spodem mniejszą, złotą kursywą „Fall From Grace”.
Moim zdaniem to jedna z najpiękniejszych i najbardziej niesamowitych okładek jakie kiedykolwiek widziałem. A muzyka? Przysłuchajmy się:

Otwierający płytę „Finest Hour” zaczyna się od ostrego, melodyjnego riffu i uderzeń perkusji, które ze stłumionego przechodzą w pełny dźwięk. Delikatny klawisz w tle. Nowością są growolowane wokale w tle, bardziej dudniąca perkusja (podwójna stopa) i przywodzące na myśl death metal, szybsze riffy. W drugim utworze „Words I Failed To Say” mamy do czynienia z podobną konstrukcją. Właśnie najpoważniejszą wadą tej płyty jest to, że wszystkie utwory brzmią niemal identycznie. No, ale słuchamy dalej – trójka to numer tytułowy. Znów wejście od perkusji i ostrych, pędzących riffów, melodyjny, dość ciekawy klawisz. Singlowy „Where we started” to numer czwarty. Szybkie wejście i zwolnienie do akustycznego, spokojnego motywu i przyspieszenie. Słaby utwór do promocji płyty w sumie.
Przeskakujemy dalej – piątka „Breaking the curse” – płynący klawisz, znów ostre riffy i perkusja, nieco wolniejsze tempo. Bardzo ciekawa, ale zupełnie nie odkrywcza solówka gdzieś w połowie utworu. Bodaj najciekawszy utwór na płycie, choć też niestety nieporażający. „Regeneration” to kolejny numer, szybkie melodyjne wejście oparte na klawiszach i riffach – właściwie takich samych jak w każdym utworze. Całość ratuje klawisz, którego na tej płycie nie wiedzieć czemu jest jak na lekarstwo i melodyjna zagrywka gitary.
Siódemka to gitarowo-klawiszowa ballada z wolnym uderzeniem przy końcówce pod tytułem „Watch the World Collapse” – która przywodzi na myśl „Space Dye-Vest” DT. Konstrukcja jest niemal identyczna, nawet długość jest podobna – najpiękniejszy i najbardziej udany moim zdaniem utwór na płycie. Pięknie też łączy się z okładką płyty – bardziej chyba nawet niż kawałek tytułowy. Najkrótszy na płycie „Take You Over” to numer ósmy. Perkusja, klawisz i po narośnięciu, średnie tempo i frazowany riff, melodyjne zagrywki. Wydaję mi się, że to właśnie on nadawałby się bardziej na singiel, ale cóż każdy ma swoje zdanie, zwłaszcza muzycy. Ten kawałek też bardzo mi się podobał. I ostatni: „Forgotten Forever” – mroczny początek oparty na bębnach, klawiszach i rwanym riffie, który przyspiesza do szybkich obrotów, a druga gitara gra melodyjny motyw. Średnie tempa i klawiszowo- gitarowe zwolnienie w połowie utworu, przyspieszenie, melodyjne solówki (bardzo kojarząca się z Savatage). I końcowe uderzenie.

Podsumowując, jest to płyta raczej przeciętna i nudna. Mnie osobiście strasznie denerwuje jednostajny ton wszystkich utworów, na poprzednim albumie działo się znacznie więcej.
Wkurza mnie też maniera wokalna Marinelliego, który niczego nie zmienił w swoich wokalizach, na tej płycie właściwie brzmią identycznie. Najlepiej wychodzi mu jednak czysty, bardziej liryczny wokal niż ten wyższy i szorstki. Ciekawy akcent z growlem w pierwszym kawałku, szkoda, że nie pociągnęli tego do innych utworów. Mocno ograniczona rola klawiszy, niesłyszalny bas, zlewające się ze sobą gitary w szybkich, pędzących momentach i mało interesująca perkusja. Nie, nie jest to zła płyta, wbrew pozorom jest całkiem sympatyczna, ale po dwóch miesiącach od czasu jej premiery wciąż nie mogę się jakoś do niej przekonać. Debiutanckiej płycie dałem 9/10 z nadzieją na nokaut ze strony drugiego albumu i zawiodłem się. Z żalem daję temu albumowi 6 punktów. Jest jeszcze okładka. Za nią jeden dodatkowy punkt. Ostatecznie wychodzi 7/10. Szkoda...

niedziela, 10 lipca 2011

Influence – Where Does Your Way Lead To? (2011)


Debiutanckie wydawnictwo goleniowskiego zespołu Influence, który nie tak dawno widziałem na żywo w gdyńskim Rockzie to zaledwie cztery numery oscylujące wokół melodyjnego death metalu, które fantastycznie pokazują możliwości tej grupy, a także stanowią piękny początek muzycznej podróży. Zarejestrowany i wydany w styczniu tego roku materiał to zaledwie przedsmak do planowanej na 2012 rok pełnowymiarowej debiutanckiej płyty. Na kolejnym wydawnictwie ma być dziewięć utworów, z czego dwa numery, które mają się tam znaleźć, znajdują się na debiutanckiej epce – „Where Does Your Way Lead To?”, pozostałe sześć mają być premierowymi, nigdy jeszcze niegranymi na żywo kompozycjami. Podobnie jak w przypadku epki materiał ma zostać zrealizowany w Monroe Sound Studio w Starogardzie Szczecińskim. Już w listopadzie tego roku Influence zaś planuje intensywne koncerty w kraju oraz w Niemczech wraz gdyńską formacją Manslaughter.
Aktualnie zespół szuka też wydawcy dla swojego pierwszego albumu.

A epka? Ciekawa sprawa w sumie z tym debiutem grupy Influence. Pierwsza rzecz na którą warto zwrócić uwagę to okładka. Utrzymana w ciemnoszarych barwach ukazuje świat po apokalipsie: zerwane sieci wysokiego napięcia, wypalone kikuty monumentalnych budowli, zapewne kiedyś wielkiego i bogatego miasta. U dołu obrazu mała postać podpierająca się kijkiem – ocalały po masowej zagładzie wędrowiec, który zadaje sobie pytanie (zawarte w tytule płytki): „Dokąd prowadzi ta Twoja droga?”
Odpowiedź wcale nie jest taka jednoznaczna, bo należy ją rozpatrzyć z dwóch perspektyw. Z jednej strony w kontekście samego materiału i opowieści na niej zawartej, a z drugiej w kontekście samego zespołu. Nie pozostaje zatem nic innego jak włożyć płytę do odtwarzacza i włączyć ją. Zaczynamy:

Pierwszy utwór to „Mental Disease”. Najpierw mroczne wejście gitar i wraz z growlowanym wrzaskiem (jakby przebudzeniem) zaczyna się ostre, i dość szybkie, melodyjne granie utrzymane jednak w średnich tempach. Wyraźnie słychać bas, gitary grają swoje, a perkusja jest odpowiednio wyważona. Growlowany wokal jest wyraźny i zrozumiały, a przede wszystkim bardzo przystępny. Na koniec instrumentalna partia i zejście.
Drugi kawałek „World of False” uderza perkusją i frazowaną gitarą, następnie melodyjne wolne wejście i przyspieszamy. Wyraźnie słyszalny lekko progresywny szlif inspirowany nieodżałowanym wciąż jeszcze zespołem Death, ale także szykującym w niedługim czasie nowy pełnowymiarowy materiał zespołem Insomnium, może też poczciwym Dark Tranquillity. Ponownie instrumentalna partia na koniec i zejście.
„Lie Poetry”, czyli numer trzy zaczyna się od skrzypnięć i pisków (znów skojarzyło mi się z „Asylum” Onslaught z jednej z moich najukochańszych płyt ever: „In Search of Sanity” z 1989 roku), które szybko przechodzą w pędzący riff i takąż perkusję. Szczekany wokal przywodzi na myśl stary klasyczny death metal z połowy lat osiemdziesiątych, brzmi trochę jak z wczesnej Sepultury, a trochę jak z Vadera.
Mroczne niemal black metalowe frazowanie i bardzo interesujące melodyjne solo nagrane trochę tak garażowo. Coraz rzadziej w każdym razie nagrywa się solówki w taki sposób. Ta przestrzeń… ostatnio chyba słyszałem ją w solówkach na ostatniej kongenialnej płycie Megadeth „Endgame” z 2009 roku.
I ostatni na płycie, czwarty kawałek, noszący tytuł „Nightmare” który zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończy się poprzedni – od uderzenia.
A następnie ewidentnie thrashowe wejście i pochodowy klimat. Melodyjna solówka i frazowanie, scream i instrumentalne zejście.

Trwający zaledwie piętnaście minut materiał zawarty na płytce jest nagrany bardzo przejrzyście, czysto i ciekawie. Nie ma zbędnych szumów i zgrzytów, jak to często bywa przy pierwszych wydawnictwach wydawanych własnym sumptem. Płytki słucha się bardzo przyjemnie i po skończeniu odtwarzania ręka mimowolnie sięga po pilot by włączyć odtwarzanie jeszcze raz. No właśnie, uczucie niedosytu to zdecydowanie największa wada tego materiału. Chce się po prostu więcej. I całe szczęście, że będzie więcej…

Całość jest utrzymana w ciemnych barwach i mrocznych, burzowych tonach. Oddają one charakter nie tylko tematyki tekstów (odrobinę za prostych i dość krótkich), ale także intrygującej okładki. W przypadku wędrowca z obrazka nie otrzymujemy odpowiedzi, gdzie prowadzi jego droga. On raczej nie ma gdzie pójść, jego świat to bezkresna pustynia przepełniona zniszczeniem i goryczą, porażką i smutną refleksją nad tym, co minęło i co nie powróci. Smutną refleksją nad własnym umysłem przepełnionym najgorszymi myślami i pozbawionym jakichkolwiek perspektyw na poprawę swojego losu.
Jeśli zaś chodzi o sam zespół… droga prowadzi w interesujące rejony. Zaznaczone na okładce jaśniejsze, mgliste linie horyzontu odzwierciedlają jakby miejsce, w którym się Influence znajduje. Jest to droga, którą zespół konsekwentnie dąży do podbicia serc, umysłów i uszu słuchaczy w bardzo przystępny i ciekawy sposób. Może nie do końca oryginalny, bo do tego można się przyczepić, ale podane intrygująco i świeżo. Moim zdaniem, Influence jest na dobrej drodze by zaistnieć szerzej (najprawdopodobniej niestety w niszy – tak jak Insomnium choćby), ale jestem przekonany, że będzie jeszcze o tym szczecińskim kwartecie głośno.
Oczekując na pełnometrażową płytę z wielkim zaciekawieniem niezwykłej (i niestety bardzo krótkiej) epce daje 8/10 – właśnie z racji długości całości, ale także z założenia, że po bardzo obiecującym krótkim metrażu, przyjdzie czas na równie obiecujący (lub nawet lepszy) pełny, długogrający album.

sobota, 9 lipca 2011

Relacja XVII: Trupwzsypie (5 VII 2011, Open Source Art, Państwowa Galeria Sztuki, Sopot)

Wtorkowy wieczór spędziłem na nietypowym koncercie odbywającym się w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie z okazji trwającego trzy dni (od 5 do 7 lipca) festiwalu Open Source Art w ramach którego prezentowano zarówno wystawy sztuki nowoczesnej jak i muzykę nastawioną na przestrzeń i minimalizm. Jednym z występujących artystów był Dawid Adrjańczyk, czyli Trupwzsypie – i na nim właśnie bym chciał się skupić.


Równo o dwudziestej na ekranie (czy też raczej w całym pomieszczeniu) pojawiły się psychodeliczne krwiste linie przesuwające się do góry, a wraz z nimi pierwsze dźwięki. Winylowo – śniegowy szum i ptaszki, jakieś skrzypiące huśtawki na wietrze, stłumione syreny przeciwmgielne i jakby dzwony wybijające południe, albo nawet północ. Po chwili dołączają do tego metaliczne, rytmiczne uderzenia. Mroczny, płynący i nieco senny klimat przywiódł mi na myśl „Asylum” – intro z płyty „In Search of Sanity” Onslaughtu, choć ta grupa akurat reprezentuje zupełnie inny gatunek muzyczny). Płynne przejście do strojącej się orkiestry i pojawia się utwór z „Intymnego Życia Pantofelka”. Na ekranie i wokół zaczynają się pojawiać zielone linie, a także takie w odcieniu ledwo dostrzegalnego niebieskiego.
Następnie w tym samym szumie pojawiają się kropelkowe bity z delikatnymi mocniejszymi uderzeniami. Skojarzenia z wolno rozwijającym się ambientem bez szybkich pulsujących elementów i wstępami do niektórych utworów Archive, gdzieś na tym tle zaczyna śpiewać kobiecy głos. Linie momentami zamieniają się w tęcze. Wraz z narastaniem oceany różnobarwne, jednoczesne zachody i wschody słońca i mgły złociste przechodzą w łagodne uderzenia instrumentów perkusyjnych i z cicha wyłaniającej się kołysankowej melodii.
Konstelacja barw i dźwięków zaczyna delikatnie kołysać, podczas gdy dalekie szczekanie psa i płacz dziecka (z publiki) fantastycznie uzupełniło się z żałobnym tonem trąbki.
Kolejne zejście do szumu zagłuszyły kolejne łagodne dźwięki, które lekko zniekształcone unoszą się w powietrzu i zaczynają pulsować tonami przypominającymi dźwięk oczekiwania na połączenie, ale bardziej basowo i mroczno. Wokół wielki powrót czerwonych linii z odrobiną toksycznej zieleni i przebłyskami niebieskiego. Powolne narastanie całości, gdzieś pomiędzy wszystkim delikatne orkiestracje, znów jakieś strojenia i dźwięki zaczynają pulsować coraz mocniej i bardziej noiosowo, stopniowo zamieniając się w tak zwany disturbing sound, czyli to, co u nas nazywa się ścianą dźwięku. Telefoniczne tony przechodzą w dudniące gwizdy ogromnych transatlantyków torujących sobie drogę poprzez lodowce albo nawet starych parowych lokomotyw sunących po szynach dawno zapomnianych przez czas, na tym tle delikatne elementy klawiszy, jakby odgłos gotującej się wody w starym czajniku, znów jakieś piski i wyciszenie do szumu, który po chwili zamilknął jakby wcale go nie było.


Trupwzsypie ukłonił się i na tym zakończył się jego niesamowity koncert. W szumach, zlepach i ciągach prezentowanych przez mojego Kuzyna (nie widzę przeciwwskazań, żeby o tym nie wspomnieć i nie jest to też bynajmniej powód do faworyzowania) zakochałby się nawet Miron Białoszewski, mój ulubiony poeta i pisarz. Fantastyczna akustyka pomieszczenia pozwoliła dźwiękom na płynięcie w przestrzeni, a wielobarwne wrażenia wzrokowe, choć nieskładne i niestety niełączące się z muzyką Dawida pozwalały na to, co mój dobry kolega, tu akurat nieobecny, Grzesiek nazywa „upijaniem się muzyką” lub nawet nieco radykalniej „naćpaniem się muzyką”. Ponad pół godzinny set był właśnie nastawiony na taki klimat, w którym się odlatuje coraz bardziej i głębiej w jakieś nieznane światy i wrażenia. Można było wraz z nimi unosić się w wielobarwnej przestrzeni i drzemać… niektórym się nawet to udawało, choć tym razem ja do tych osób nie należałem.
Niestety nie mam porównania z innymi koncertami Dawida, ale mając w pamięci niesamowitą płytę i ten nietypowy koncert, uważam, że było warto się wybrać.
Następna okazja by zatopić się w minimalistycznej podróży serwowanej przez Trupawzsypie po wakacjach, kiedy dokładnie i co po drodze, jeszcze nie wiadomo…